Logo Przewdonik Katolicki

Test na św. Mikołaja

Magdalena Guziak-Nowak
Fot.

O chaosie, z którego rodzi się życie, karmieniu za kierownicą i domach, które przychodzą z ósmym dzieckiem, czyli z wizytą u Asi i Wojtka Lejmelów.

 
Najstarszy jest Eryk, ma 16 lat i z międzynarodowymi sukcesami trenuje kajakarstwo slalomowe. Potem jego siedem sióstr, prawiewszystkie o imionach zaczerpniętych ze skarbnicy Starego Testamentu. Najstarsza Estera kiedyś grała na skrzypcach i oboju, teraz chętnie fotografuje i jest molem książkowym. Sara lubi opiekować się dziećmi. Chciałaby kupić wózek dziecięcy, żeby móc sobie dorabiać jako opiekunka. Miriam to wiolonczelistka. Tym, co najbardziej interesuje Franię, są cukierki, rycerze i kowboje. Mała Debora mówi, ku zdziwieniu rodziców: „będę grała na flecie poprzecznym”. Co wyrośnie z Noemi i najmłodszej 4-miesięcznej Racheli – czas pokaże.
Gromadka dzieci to owoce miłości Asi i Wojtka Lejmelów z Krakowa, którzy poznali się „jakby to było wczoraj”. Nie standardowo: nie w duszpasterstwie, nie w kościele, nie w sklepie i nie na zabawie, ale na strzelnicy. Pasja mamy Aśki, którą było strzelanie, udzieliła się także jej córce. W WKS Wawel Asia spotkała swojego przyszłego męża. Gdy się pobierali 18 lat temu, strzelanie zamienili na inną życiową przygodę – wychowywanie dzieci.
– Czy dzisiaj bym sobie postrzelał? Pewnie tak – przyznaje Wojtek. – Tylko na to trzeba mieć czas. Niektórzy idą na strzelnicę z nudów. A ja się nie nudzę.
Bo trudno w 10-osobowej rodzinie (która nie jest rodziną trzy-, ale dwupokoleniową…) narzekać na brak obowiązków. Wojtek przyznaje z uśmiechem, że nie ma problemu z rekonstrukcją powszedniego dnia: „Wychodzę rano, wracam wieczorem”. Prowadzenie domu jest na głowie Asi. To ona robi codziennie jedno lub dwa 9-kilogramowe prania, sprząta, gotuje, jeździ do lekarzy i chodzi na wywiadówki. – Muszę jeszcze tylko opanować dar bilokacji i nauczyć się karmić piersią za kierownicą – dodaje radośnie.
 
Płomień, którzy ogrzewa
– Są różne stereotypy rodzin wielodzietnych. Ludzie mają w głowach albo patologię i postrzegają je jak pasożytów, albo widzą sentymentalne obrazki domu, w którym nikt się nie kłóci, wszyscy się kochają, rodzeństwo tylko marzy o tym, żeby sobie nawzajem pomagać. My nie pasujemy do żadnego z tych opisów, a pytanie „dlaczego ja mam to zrobić, a nie siostra lub brat?” pojawia się u nas sto razy dziennie – obala mity Asia. – Nasze życie to chaos, nad którym czasami bardzo trudno zapanować. Ale z tego bałaganu rodzi się życie.
– Jesteśmy na nie otwarci. Choć ten dar z zewnątrz pięknie wygląda, czasami przypomina orkę na ugorze. Mimo to jego owoce są wspaniałe, a są nimi nasze dzieci – mówi dumna głowa rodziny.
Czy decydując się na małżeństwo, mieli ambitny plan wychowania niezwykle żywej i wygadanej ósemki? Asia marzyła o dużej rodzinie, ale Wojtek nie brał jej planów na serio. Życie napisało im scenariusz, w którym są mamą i tatą w planie maksi. I dlatego właśnie czują się spełnionymi małżonkami i rodzicami. Małżonkami w pierwszej kolejności, bo jak sami podkreślają, w rodzinie najważniejszy jest płomień ich miłości. Kiedy małżeńskie ognisko płonie, ogrzeją się przy nim także i dzieci. Żeby podtrzymać żar swojego zakochania, wyrywają więc kiedy tylko się da trochę czasu dla siebie. Jadą wtedy sami na liturgię lub ze spokojem wybierają się na zakupy. – Jeśli akurat mamy za co – dodaje z uśmiechem Asia.
 
Gdy budżet się nie domyka
Asia, Wojtek i ich ośmioro dzieci mieszkają z dziadkami w domu na obrzeżach Krakowa. Do swojej dyspozycji mają trzy pokoje, kuchnię i łazienkę, o którą rano nie tylko nastolatki toczą nieustanne boje. W pokoju dziennym, aczęściej w kuchni przyjmują gości. W sypialni Asi i Wojtka stoją jeszcze trzy małe łóżeczka dla najmłodszych dziewcząt. Cztery starsze śpią w jednym pokoju, a rodzynek Erykzałapał się na „jedynkę” u dziadków. Marzy im się dobudówka na garażu – udałoby się wtedy powiększyć metraż o kilka pokoi. – Nie mamy zdolności kredytowej i żaden normalny bank nie udzieli nam kredytu, ale wiemy, że w to wszystko jest zamieszana jeszcze jedna osoba: Pan Bóg. On jest naszym światłem w tunelu – mówi pewnie Wojtek. – Jest taki moment w życiu, kiedy opierasz się na tym, co masz. Gdy jest kasa, Pan Bóg staje się tylko miłym dodatkiem. Ale gdy pieniądze się skończą i na wszystko brakuje, otwierają się oczy i uszy. Czasem mam wrażenie, że wydajemy więcej, niż jest w portfelu, zsumowanie kwot na paragonach daje więcej, niż faktycznie mamy, a mimo to wychodzimy na zero. Nasze życie jest pełne takich Bożych interwencji.
Lejmelowie zaraz po ślubie mieszkali u rodziców w śródmieściu, później w Hucie, potem w Swoszowicach, a od paru lat w Skotnikach. – Mamy teraz pewien mieszkaniowy zastój i jest nam ciasno, ale pamiętamy, że nasi znajomi, którzy wychowują 12 dzieci, po urodzeniu ósmego dostali dom. Żartujemy więc, że domy przychodzą z ósmym dzieckiem i czekamy na naszą kolej – dodają pogodnie.
 
Małe cuda
Małżonkowie naprawdę wierzą w to, co mówią. Kilka lat temu pewien człowiek zasponsorował im wakacje w Egipcie. Pojechali na nie z sześciorgiem dzieci na świecie i siódmym pod sercem. Za mały cud uważają też ostatni wypis Asi ze szpitala. Po urodzeniu Racheli, która jako jedyna przyszła na świat przez cesarskie cięcie, pani doktor zaprosiła mamę na rozmowę. Nie pogroziła jej palcem, że więcej dzieci to już mieć nie powinni, ale życzliwie powiedziała, że gdyby zdecydowali się na kolejne, to na poród naturalny raczej nie ma szans.
Ostatnim wielkim cudem jest test na św. Mikołaja. Święty przeszedł go pomyślnie 6 grudnia. Nie było pieniędzy nawet na najmniejsze upominki. Jednak Mikołaj nie zawiódł i zjawił się z wymarzonym materacem dla rodziców, nową komodą, blenderem, odkurzaczem, biurkami i komputerem.
A jak przeżyją święta? – Na razie myślimy, gdzie by się tu pomieścić… – zastanawia się Asia. – W tym roku dzieci są niezadowolone, bo dziadkowie wybierają się na wigilię do mojej siostry i będzie przy stole tylko 10 osób.
Zanim zasiądą do wspólnej kolacji, ulepią „miliony uszek”, przed domem dziadek zbuduje dużą szopę, a dzieci włożą do niej wyrzeźbione przez niego figurki. Obok szopy stanie wielki anioł. Miriam będzie dyrygentem na próbach grania kolęd na przeróżnych instrumentach. Gdy rozmawiamy, docierają do moich uszu dźwięki fortepianu, gitary i tamburynu.
 
Teraz „jest czym oddychać”
Wojtek: – Gdy mieliśmy troje dzieci, nie mogliśmy tego wszystkiego ogarnąć. Cały czas mijaliśmy się z naszym planem dnia, z niczym nie mogliśmy zdążyć, a wieczorem umieraliśmy ze zmęczenia. Patrzyliśmy wtedy na znajomą rodzinę, która wychowywała sześcioro pociech, była szczęśliwa, spokojna, a w ich domu „było czym oddychać”. Zaczęliśmy się zastanawiać, co jest kluczem do tego pokoju. Asia powiedziała mi wtedy, że ci znajomi są w neokatechumenacie. Nie byłem do tego przekonany i na początku szukałem wymówek, żeby tylko nie iść na spotkanie wspólnoty, ale tak się to wszystko potoczyło, że wybrano nas na odpowiedzialnych jednej ze wspólnot neokatechumenalnych w parafii św. Szczepana w Krakowie. I tak już jest od 12 lat.
Asia: – Na Msze św. jeździmy wszyscy razem w sobotę wieczór. Niedzielę zaczynamy laudesami, czyli jutrznią z brewiarza, a potem jest czas na dialog z dziećmi. Kończy się to różnie np. wylaniem wosku lub rozbitą lampą. Podstawą jest też wspólny obiad.
Zadałam Asi i Wojtkowi pytanie, które zadaje się raczej rodzicom jedynaka lub dwójki: „czy chcecie powiększyć swoją rodzinę?”. – Na pewno wyznacznikiem nie są dla nas pieniądze i względy materialne. Jesteśmy trochę zmęczeni, mamy 40 i 46 lat. Ale nie mówimy „nie”. Zobaczymy, co Pan Bóg wymyśli.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki