Logo Przewdonik Katolicki

Co odnalazł Gunnar?

Natalia Budzyńska
Fot.

Odkąd obejrzałam norweski dokument Gunnar szuka Boga, zastanawiam się, czy to ironiczny portret mężczyzny z początku XXI wieku, czy prawdziwa, szczera wypowiedź? Czy reżyser Gunnar Hall Jansen nabija się sam z siebie, czy poważnie szuka absolutu, który pomoże odnaleźć mu sens w życiu?

 
Gunnar szuka Boga  jest jednym z niewielu filmów dokumentalnych, które wchodzą na ekrany polskich kin. Warto zwrócić na niego uwagę także z innego powodu: jest świetnym, choć przygnębiającym dowodem na to, co dzieje się z człowiekiem, który od dawna żyje poza jakąkolwiek duchowością. Dwa lata temu, podczas Festiwalu Era Nowe Horyzonty, publiczność najwyżej oceniła inny skandynawski obraz – szwedzki film pt. Burrowing. Oto współczesne „dziecko z Bullerbyn” patrzy na otaczający je świat, którego symbolem jest wózek na zakupy stojący przed supermarketem. „Dziecko z Bullerbyn” mieszka teraz na osiedlu wygodnych domków jednorodzinnych, gdzieś na przedmieściach i robi zakupy w Lidlu. Obserwuje otoczenie i sąsiadów, którzy mijają się bez słowa. Nikt nikogo nie obchodzi. Kompletna pustka i żadnego porozumienia. Gdzieś, całkiem niedaleko, rośnie las i płynie rzeczka jako namiastki utraconego świata. W takim osiedlu mieszka także Gunnar. Można powiedzieć, że Gunnar szuka Boga  jest dalszą częścią fabularnego filmu Burrowing.
 
Pozór udanego życia
Skandynawskie domki, wyłożone sidingiem, z niewielkim ogródkiem. Są bardzo wygodne. Każdy ma swój pokój, a gospodyni jeszcze na dodatek przestronną kuchnię z oknem wychodzącym na trawnik. Trawnik strzyże pan domu. Przed domem stoją dwa samochody, całkiem dobre volvo. Dzieci jest troje w każdej rodzinie, bo przecież Norwegia dba o swoich obywateli i mogą oni sobie pozwolić na dzieci dzięki systemowi pomocy socjalnej. Nie można też narzekać na bezrobocie. Bohaterowie filmu mają pracę. Gunnar zarabia tyle, że jego żona może poświęcić się pracy w domu. Nie są jakoś specjalnie bogaci, to zwykła, przeciętna norweska rodzina. Z przyjaciółmi spotykają się na grillu. Nic złego się nie dzieje, ale Gunnar uświadamia sobie, że żyje w pustce, która nagle zaczyna go uwierać. Patrzy na znajomych i widzi swoją producentkę, kobietę po czterdziestce, która wprawdzie ma dzieci, partnera i pracę, ale musi łykać antydepresanty. Widzi dźwiękowca, ateistę, który uważa, że się wspaniale bawi, ale to tylko bezmyślne wygłupy. Widzi swojego kamerzystę, który jest ojcem i mężem szczęśliwej rodziny, niepraktykującym muzułmaninem, ale w ogóle nie ma czasu dla siebie i innych. Wszyscy żyją tak, jakby wszystko można było kupić za pieniądze. I wszyscy są zabiegani i w jakimś sensie nieszczęśliwi. Kiedy Gunnar pewnego dnia wyciąga ze skrzynki pocztowej list, wypadają z niego zdjęcia zrobione w jednym z egipskich klasztorów. Zastanawia go wzrok mnicha koptyjskiego, pełen spokoju. Gunnar zadaje sobie podstawowe pytanie: skąd on to ma?
Gunnar postanawia poszukać. Razem ze swoją ekipą: producentką, dźwiękowcem i kamerzystą, wyjeżdżają szukać Boga, który daje mnichom spokój. Chcą szukać u źródeł, więc spędzają kilka dni w starym klasztorze w Egipcie. Czy znaleźli tam Boga? Pytanie jednak powinno brzmieć inaczej: czy w ogóle szukali Boga?
 
Osobisty „Bóg” Gunnara
Być może nie będziemy umieli znaleźć z Gunnarem nic wspólnego. Bo to rozkapryszony facet w średnim wieku, wszystkiego ma w nadmiarze i jeszcze narzeka. Być może część z nas jednak znajdzie z nim wspólne cechy: pracoholizm i brak czasu na głębsze więzi. Syndrom wieku średniego i zawodowego wypalenia. Ja jednak widzę w Gunnarze (i jego współpracownikach, bo Gunnar jest jakby obrazem całej czwórki) obraz współczesnego człowieka czasów ogólnej konsumpcji, pozbawionego całkowicie duchowości. Żałosny jest fakt, że jedyny przejaw uczucia metafizycznego nachodzi Gunnara podczas koszenia trawy spalinową kosiarką. Ten film jest pełen ironii, bo ta metafizyka to żadna metafizyka, tylko po prostu święty spokój. Bóg jest tu utożsamiany albo z wojnami religijnymi, albo ze spokojem, jakiego doświadcza Gunnar przy koszeniu trawy. Jak wobec tego wypadnie konfrontacja z mnichami w Egipcie? Odpowiem od razu: trzy dni nie wystarczą, żeby odnaleźć Boga, o którym zapomniało się tak dawno temu. Gunnar wraca i mówi bzdury. W tle gra piosenka zespołu Depeche Mode Personal Jesus i Gunnar wymyśla sobie Boga na własny, wygodny użytek. Postanawia więc więcej czasu spędzać z rodziną i nie chodzić w wolny dzień do Ikei na zakupy oraz nie kupować sobie kolejnego drogiego i niepotrzebnego przedmiotu. Nie wiem tylko, czy Gunnar mruga do mnie okiem, czy naprawdę uważa, że żyjąc w swojej rzeczywistości, niemożliwym jest spotkać Boga. W każdym razie mam nadzieję, że to pierwszy krok w długim procesie odszukania drogi do autentycznej duchowości dla Gunnara i jego znajomych.
 
 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki