Logo Przewdonik Katolicki

Modlitwa ramię w ramię z przyszłym męczennikiem

Adam Gajewski
Fot.

Z ks. Henrykiem Jankowskim, uczestnikiem ostatniej publicznej, bydgoskiej modlitwy bł. ks. Jerzego Popiełuszki w dniu 19 października 1984 r., rozmawia Adam Gajewski

 
Był ksiądz wówczas wikariuszem w parafii Świętych Polskich Braci Męczenników… Czuło się w tych dniach, że pisana jest właśnie wielka historia tejże wspólnoty?
– Takich rzeczy oczywiście nigdy się nie wie, nie przeczuwa. Ale gdy teraz cofam się pamięcią, to zaraz widzę scenę uwiecznioną przed Mszą św. W środku stoi ks. Jerzy Popiełuszko, po jednej jego stronie ja oraz pan Czesław Rykowski, po drugiej – ks. Jurek Osiński, dalej jeszcze jeden pan z grupy świeckich skupionych wokół Jurka. Gdy rozpoczęła się modlitwa, świeccy oczywiście się oddalili, my zostaliśmy zaś w koncelebrze. I tu właśnie widać nieubłagany pęd historii, ale też czasu – z trójki kapłanów zostałem tylko ja. I jeden, i drugi Jurek są mi jednak duchowo wyjątkowo bliscy.
 
Ks. Popiełuszkę zapraszał do Bydgoszczy ks. Jerzy Osiński?
– Jurek angażował się ofiarnie we wspomaganie „Solidarności”, opozycji wobec komuny. Ks. Popiełuszkę osobiście spotkał na Jasnej Górze podczas Pielgrzymki Ludzi Pracy i zaprosił go do naszej parafii – tak „na gorąco”, bez konkretnej daty. Po jakimś czasie sam Popiełuszko do niego zadzwonił, by powiedzieć: 19 października. Dobrze! Jurek Osiński poprosił o pomoc – miała nas przecież czekać naprawdę trudna rozmowa z proboszczem ks. Romualdem Biniakiem, dziś również już nieżyjącym. Sytuacja skomplikowana – proboszcz wciąż buduje kościół, a tutaj takie otwarte wyzwanie dla władzy: przyjazd Popiełuszki! Entuzjazmu ks. Biniaka nie było; dziś doskonale rozumiem jego racje, ale wtedy myśleliśmy, że cała sprawa nie do końca nam wyszła. Gdy zjawił się Popiełuszko, pojawiła się proboszczowska prośba, by nie głosił kazania. Ks. Jerzy podporządkował się, za to zaproponował, że wygłosi rozważania podczas modlitwy różańcowej; przed każdą dziesiątką – kilka myśli. To było rozwiązanie salomonowe!
 
Siła tych rozważań okazała się niezwykła! Odpisy ostatnich publicznych słów ks. Jerzego wędrowały potem z rąk do rąk, są dziś świadectwem jego niezłomnego ducha…
– Muszę zwrócić uwagę na wielki w znaczeniu fakt: ks. Jerzy Popiełuszko był wspaniałym propagatorem nauczania Prymasa Tysiąclecia Stefana kardynała Wyszyńskiego oraz papieża Jana Pawła II. Przepięknie czerpał z ich nauki, z ich siły moralnej, był w te postaci wpatrzony. Towarzyszyli mu w kapłańskiej drodze aż do końca. Tego wieczoru czuliśmy moc wypowiedzianych słów, nie wiedząc zupełnie, że na Jurka już czyhają…        
 
Czy ks. Popiełuszko dawał do zrozumienia, że i w Bydgoszczy czuje się obserwowany przez Służbę Bezpieczeństwa, że obawia się o swój los?  
– Jurek sam nie dotykał generalnie tego tematu, ale wspomniał o pewnym groźnym incydencie – na trasie z Gdańska do Warszawy zrzucono na jego samochód spory kamień. Wtedy kierowcy udało się wymanewrować, ale było jasne, że bezpieka szykowała zamach. Wokół Jurka było groźnie, ale on tego na zewnątrz nie okazywał. Gotów był pewnie ponieść każdą ofiarę.
 
Wspomina się również, że był gotów do wyrzeczeń, do trudnej pracy duszpasterskiej. Wyglądał w Bydgoszczy na zmęczonego? 
– Było mi go szkoda, współczułem mu. Przyjechał tutaj, pokonując gorączkę, był w zasadzie chory, powinien zostać w Warszawie; a jednak przybył, nie zawiódł bydgoszczan. Gdy skończyła się już modlitwa, wielu ludzi wdarło się na plebanię, na nieformalne spotkanie – tymczasem my namawialiśmy ks. Popiełuszkę na spoczynek. „Zostań w Bydgoszczy do rana, zażyj tabletki, wyśpij się” – prosiliśmy. Zaprotestował: „Nie, nie; muszę być w Warszawie, o ósmej rano mam spotkanie! Wracam!”.
I wyruszył – w swoją męczeńską drogę.
 
Wtedy nie wiedzieliście, że rozpoczyna się dramat. Szybko dotarły do Księdza komunikaty o uprowadzeniu ks. Popiełuszki?                                     
– Na następny dzień telewizja postawiła nas na nogi! Nie mieliśmy wiadomości z Torunia, gdzie kuria wiedziała najwcześniej o porwaniu. Informacja, choć już tragiczna, pozostawiła u mnie cień nadziei: wydawało się, że esbecy do mordu nie mogą się posunąć. Przecież pozostał przy życiu kierowca Jurka – czyli zawsze świadek. Tymczasem kapłana zamordowano, zmasakrowano wręcz! Jak trzeba męczyć człowieka, aby po śmierci nie rozpoznała go własna matka?! To była okrutna i straszliwa zbrodnia.
 
Wkrótce potem rozpoczął Ksiądz swoją pracę misyjną w Wenezueli. Czy z tak daleka mógł ksiądz obserwować narodziny i wzrost kultu oraz pośmiertnej chwały ks. Jerzego?
– Ofiara Jurka Popiełuszki stała się znana na całym świecie; w Wenezueli także znaleźli się ludzie, którzy widząc teksty o zamordowanym kapłanie z Polski, przynosili mi je, ofiarowali. Czuli, że polskiego kapłana może to zainteresować, choć naturalnie nikt nie mógł wiedzieć, że z tym męczennikiem modliłem się ramię w ramię. Ks. Popiełuszko budził zatem szacunek nawet w Ameryce Łacińskiej, gdzie niestety porwania i zabójstwa kapłanów są stałym zagrożeniem ich posługi.    
    

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki