Logo Przewdonik Katolicki

Czy dzieci są mądre z natury?

Bogna Białecka
Fot.

Niemal 100 lat temu (1928) Davies przeprowadził następujący eksperyment: niemowlętom w wieku 810 miesięcy pozwolono na swobodne wybieranie spośród różnego rodzaju jedzenia. Okazało się, że na drodze prób i błędów wybrały one optymalną dla siebie dietę.

Niemal 100 lat temu (1928) Davies przeprowadził następujący eksperyment: niemowlętom w wieku 8–10 miesięcy pozwolono na swobodne wybieranie spośród różnego rodzaju jedzenia. Okazało się, że na drodze prób i błędów wybrały one optymalną dla siebie dietę.

 

 

Wskazywałoby to na wrodzoną mądrość dzieci. A jednak wystarczyło, że w innym eksperymencie zastąpiono niemowlętom standardowe mleko napojem specjalnie dosładzanym, by natychmiast zaczęły pić go o 25 proc. więcej, niż jest zalecane. Oznacza to, że chociaż na podstawowym, biologicznym poziomie jest w dzieciach wrodzona mądrość, wystarczy niewielkie zakłócenie, by  ją zburzyć.

A jak to wygląda na poziomie psychologicznym, emocjonalnym, relacyjnym? Czy dzieci mają w sobie naturalną mądrość, a zadaniem dorosłych jest po prostu tę mądrość wspierać, zostawiając swym pociechom swobodę podejmowania decyzji i pozwalając na uczenie się na podstawie naturalnych konsekwencji tych decyzji?

Praktycznie nie spotkałam psychologa ani pedagoga, który popierałby zostawienie dziecku totalnej, niczym nieograniczonej swobody. Nie spotkałam też nigdy rodzica tyrana, który nie pozostawiałby dziecku najmniejszej możliwości wyboru i żądał absolutnego posłuszeństwa we wszystkim. A zatem gdzieś między tymi dwoma ekstremalnymi przypadkami tkwi pożądany model wychowania. Pytanie brzmi – gdzie?

 

Szkoła Summerhill

Założona w latach 20. ubiegłego wieku istnieje do dzisiaj. Często wskazuje się na nią jako na ideał szkoły, w której dobro dziecka stoi na pierwszym miejscu. „Zabraliśmy się do tworzenia szkoły, w której dzieci miałyby wolność bycia sobą. W tym celu musieliśmy zrezygnować ze wszelkiej dyscypliny, wszelkiego pouczania, udzielania rad, wszelkich nauk moralnych i religijnych pouczeń. (...) Potrzebowaliśmy jedynie tego, co mieliśmy – całkowitej wiary w dziecko, jako istotę dobrą, nie złą. W ciągu pięćdziesięciu lat nic nigdy nie zachwiało w nas tego przekonania” (A. Neil, Nowa Summerhill s. 31).

Czy jednak szkoła ta nie stawia dzieciom żadnych ograniczeń? Czy rzeczywiście jej podstawowymi zasadami są wolność i swoboda wyboru? Tak opisuje szkołę jej zwolenniczka, dr Gwen Dewar:

„Dzieci decydują o tym, czy chcą chodzić na lekcje, czy nie. Mogą też niszczyć meble czy zginać łyżki w stołówce. A jednak obowiązują tam ograniczenia. Neil nie był anarchistą. Wierzył w wagę odpowiedzialności. Jednym z jego powiedzeń było: <

A zatem szkoła ta i tak ma kodeks zasad, ograniczeń wolności. Co prawda, są one ustalane w drodze głosowania (nauczyciele i dyrektor też mają prawo głosu), jednak obowiązują. W szkole Summerhill granica została postawiona na styku wolności uczniów. Szkoda wyrządzana sobie lub przedmiotom jest akceptowana, innym dzieciom – nie.

Jakie są  osiągnięcia placówki? Szczyci się jedenastoma znanymi w Anglii absolwentami, z czego 9 osób to artyści. Trudno jednak  znaleźć dane o innych uczniach, np. ilu z nich ukończyło studia.  O rzadziej wspominanych „osiągnięciach” szkoły pisze Dariusz Zalewski:

 

„Prawdziwa <> pedagogiczna sprowadzała się do dania upustu popędom i egoizmom, by nie odkładały się w podświadomości. W praktyce wychowawczej takie poglądy doprowadzały do kuriozalnych sytuacji. Pewna uczennica kopała swojego dyrektora przez godzinę. On nie reagował, obawiając się konsekwencji tłumienia agresji. Innym razem ośmioletnie dziewczę nazwało dyrektora głupcem. Twórca Summerhill tłumaczył to … negatywnym sposobem wyrażania miłości”.

Szkoła promuje też wolność seksualną i chociaż chłopcy i dziewczynki mają osobne sypialnie, nauczyciele nie ingerują w aktywność seksualną uczniów. Zalewski zauważa: „Generalnie szkoła nie miała najlepszej reputacji. Kiedyś pod jej bramą kręcił się 17-latek. Zapytany przez dyrektora czego szuka, odpowiedział szczerze, że chce za darmo przespać się z dziewczyną” (Szkoła Summerhill, edukacja-klasyczna.pl).

Wygląda więc na to, że przekonanie pana Neila o wspaniałości jego szkoły wynika raczej z pozytywnej interpretacji wszystkiego, co tam się dzieje niż z rzeczywistych osiągnięć.

 

Zadziwiające osiągnięcia Chińczyków

Kilka tygodni temu pisałam o zbadanym niedawno zjawisku dotyczącym uczenia się. Otóż mieszkający w Ameryce Azjaci odnoszą sukcesy większe, niż wynikałoby z naturalnych predyspozycji. Gdy porównywano Amerykanów i  Azjatów o identycznym ilorazie inteligencji, stało się jasne, że Azjaci zdobyli wyższe wykształcenie i odnieśli większy sukces zawodowy niż Amerykanie. Jak się okazało, dużą rolę w sukcesie odgrywają rodzice, wychodzący z założenia, że jak dziecko czegoś nie rozumie, nie umie, musi popracować nad tym tak długo, aż zrozumie, nauczy się. A zatem dzięki dyscyplinie i nakładowi pracy człowiek może osiągnąć więcej niż to, do czego ma naturalne predyspozycje. Azjatyccy rodzice są bardziej autorytarni, podejmują wiele decyzji za dzieci – np. dotyczących wkładu pracy, jaki mają włożyć w naukę. Wynika z tego, że rodzic będący dla dziecka autorytetem jest w stanie zmobilizować je do większego wysiłku i lepszych osiągnięć niż ktoś pozostający na poziomie „kumpla”, czy jak to się obecnie modnie określa: „partnera”.

 

Gdzie zatem leży złoty środek?

Mottem współczesnego człowieka wydaje się być zdanie: „Wszystko, co nie krzywdzi innych ludzi jest dozwolone”. Bazujący na tym model wychowania zakłada, że należy wymagać od dziecka poszanowania praw innych ludzi, lecz zostawić swobodę w pozostałych decyzjach. Niech rozwija swój potencjał, samorealizuje się, uczy na błędach.

A jednak to za mało. Dziecko nie myśli strategicznie, dlatego obowiązkiem dorosłych jest chronić je przed skutkami decyzji, które będą miały długofalowe konsekwencje. Dotyczy to np. decyzji zdrowotnych – jak np. modyfikacje ciała (tunel w uchu może wydawać się fajny, ciekawe jak na to będzie się zapatrywać przyszły pracodawca), sposób żywienia czy aktywność seksualna. Rodzice akceptujący „aktywność seksualną” swych dzieci, pod warunkiem korzystania ze środków antykoncepcyjnych, wykazują się wyjątkowo niską wiedzą o skutkach takiej „wolności” zarówno dla zdrowia, jak i przyszłych relacji.

Dotyczy to też podejścia do nauki szkolnej, rozwijania umiejętności emocjonalnych itp. itd.  W rezultacie obszar zdrowych wolnych decyzji dziecka okazuje się jednak dość wąski. Ubrania, muzyka, hobby, w pewnym zakresie przyjaźnie... Oczywiście dobrym rozwiązaniem jest branie pod uwagę potrzeb dziecka we wszelkich decyzjach go dotyczących, natomiast nie ono powinno mieć rozstrzygający głos. Mądry rodzic podejmuje decyzje, biorąc pod uwagę nie tylko aktualne pragnienia dziecka, lecz jego przyszłość.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki