Logo Przewdonik Katolicki

Życie duchowe to nie "fast food"

Weronika Stachura
Fot.

Z ojcem Pawłem Gużyńskim OP rozmawia Weronika Stachura

 

Kakofonia słów, dźwięków i znaków tak można by opisać współczesność. Mówimy, a w zasadzie częściej przekrzykujemy się nawzajem, o sprawach ważnych i nieistotnych. Wypowiadanie się na tematy, o których nie mamy pojęcia, stało się już swoistą modą. Czy w tym zgiełku możemy i chcemy usłyszeć głos Boga? Czy to możliwe, że Bóg mówi do nas cały czas?

– Pan Bóg mówi do nas cały czas. To od nas wyłącznie zależy, czy Go słyszymy, czy też nie. Na naszą percepcję ma wpływ m.in. poziom hałasu, jakiemu się poddajemy bądź jakiego staramy się uniknąć. Jeśli potrafimy odciąć się od natłoku informacji, to głos Boga dotrze do nas szybciej i wyraźniej niż w sytuacji totalnego hałasu. Najdogodniejszym „miejscem” spotkania z Bogiem jest modlitwa. Niektórzy wysuną argument, że modlić można się wszędzie, w każdym miejscu i sytuacji. Owszem, można z jakichś wyjątkowych racji spróbować modlić się nawet podczas koncertu techno, tylko nie wolno z tej sytuacji wyciągać wniosku, że koncert techno stwarza wymarzone warunki dla modlitwy, albo przynajmniej tak samo jej sprzyjające, jak wewnętrzne skupienie, milczenie i cisza. Nie, fundamentalną przestrzenią dla rozmowy z Bogiem, uchwycenia Jego słów jest cisza i o nią powinniśmy dbać. Wtedy będziemy słyszeć Pana Boga. Odpowiedzi, jak tego dokonać, znajdziemy np. u ojców Pustyni.

Mimo że ich nauki są dziś mało popularne czy wręcz staroświeckie, w najgorszym tego słowa znaczeniu, należy do nich powrócić. Ojcowie Pustyni mówili o koniecznej ascezie zmysłów. Zastanówmy się przykładowo nad zmysłem wzroku. Ojcowie powiedzieliby tak: „Powściągaj swój wzrok, nie musisz dostarczać sobie wszystkich bodźców wzrokowych, jakie funduje tobie świat”. Przecież nie muszę zaśmiecać swojego wnętrza analizowaniem wszystkich możliwych obrazów zamieszczonych np. na billboardach, które mijam, idąc ulicą. Przyniesie to pozytywny skutek dla mojego wnętrza. W ten sposób obniżę poziom „hałasu” w mojej duszy. Ojcowie Pustyni podkreślali bardzo mocno, że wszystko, co złe, zaczyna się od naszej wyobraźni. Ona jest niejako pierwszą rubieżą. Jeśli dostarczymy jej wiele niepotrzebnych obrazów i bodźców, to będziemy mieli z nią kłopot. Trzeba pilnować swojej wyobraźni, która jest nieustannie pobudzana przez najróżniejsze bodźce. Trzeba na nowo przypomnieć i uświadomić ludziom, że nie ma obojętnych obrazów. Jedne rzeczy wpuszczone do naszego środka skutkują dobrem, inne – złem.

 

 

W Kościele rozpoczyna się Adwent, czyli czas oczekiwania na Boże Narodzenie. Czy Pan Bóg i dzisiaj chce nam coś przekazać przez znaki charakterystyczne dla tego okresu liturgicznego?

– Najpierw trzeba zauważyć, że zupełnie niesłusznie sprowadzamy Adwent do oczekiwania na Boże Narodzenie. Jest to bowiem uproszczenie sprzeczne z duchem liturgii tego okresu i nauczania Kościoła. W pierwszym okresie Adwentu, do 17 grudnia, jest to czas, który przede wszystkim uwrażliwia nas na ostateczne przyjście Pana, na Paruzję. Dopiero dni między 17 a 24 grudnia to czas przygotowania na święta Bożego Narodzenia, do obchodu przyjścia Pana, które już się dokonało. Wspominając wydarzenie sprzed ponad 2000 lat – narodzenie Chrystusa – mamy odnowić swoją pewność, że Pan ponownie przyjdzie. Adwent przygotowuje nas przede wszystkim do tego ostatecznego przyjścia Chrystusa na końcu czasów.

Na to wydarzenie Jezus szczególnie kazał się nam przygotowywać: nie bądźcie ospali, niegotowi, czuwajcie, bo Ja powrócę. „Szczęśliwy ten sługa, którego Pan zastanie przygotowanym”. Chociaż co roku słyszymy to w czasie liturgii, nie traktujemy tego poważnie. I to jest nasz podstawowy błąd.

 

 

A może po prostu nie potrafimy rozszyfrować Bożych znaków. Jakie jest kryterium ich czytania?

– Posłużę się pewnym paradoksem: wszystko może być znakiem przemawiania Pana Boga do nas, lecz nie w sposób konieczny lub zależny od subiektywnego odczucia. Nie wolno zatem automatycznie interpretować każdej sytuacji, wydarzenia jako faktu objawienia się nam Pana Boga. Z punktu widzenia filozofii religii istnieją dwa zasadnicze stanowiska opisujące naturę rzeczywistości: sacrum i profanum. Dla tych, którzy nie są religijni, rzeczywistość jest zawsze jednowymiarowa, homogeniczna, taka sama w każdym calu. Nic tutaj nie nosi na sobie oznak czegoś innego niż to, czym jest samo przez się – wszystko należy wyłącznie do profanum. Krzesło jest tylko krzesłem, czyli sprzętem służącym do siedzenia, ulica zaś jedynie traktem komunikacyjnym. Dla człowieka religijnego każdy przedmiot może stać się nośnikiem sacrum, symbolem obecności Pana Boga. Człowiek religijny postrzega rzeczywistość wielowymiarowo. Jednakże jeden z najwybitniejszych filozofów religii Mircea Eliade twierdził, że nawet ludzie deklarujący się jako niereligijni, posługują się podziałem na sacrum i profanum, używając niekiedy języka kryptoreligijnego. Na czym to polega? Najogólniej rzecz ujmując, na podziale rzeczywistości na zwykłą i szczególną. Dzieje się tak, gdy np. zakochany zdeklarowany ateista powie: „Wszystkie ulice świata są tylko traktami łączącymi różne miejsca, lecz ulica, na której spotkałem swoją ukochaną, jest inna niż wszystkie, jest szczególna, ponieważ na niej zeszliśmy się z moją ukochaną”.

Takie różnicowanie odnosi się także do tego, co jest znakiem od Boga, a co nim nie jest. Znakom od Boga zawsze towarzyszą słowa wyjaśnienia. Aby się o tym przekonać, wystarczy przywołać w pamięci postać rytów sakramentalnych. Każdy z nich jest znakiem łaski Pana Boga, któremu towarzyszą słowa objaśnienia.

Przywoływani już przeze mnie ojcowie Pustyni nauczali stanowczo: nie przywiązuj się do żadnych obrazów, żadnych kolorów, żadnych uczuć, żadnej materialności. Nie przywiązuj się do tego, bo to zawsze zwodzi twój umysł i twoją duszę. Zachowaj dystans. Jeśli przyjmiesz taką postawę, to pojawiającemu się znakowi towarzyszyć będzie właściwe poznanie, co do tego, od kogo pochodzi. Niektóre z nich wyjaśniają się od razu, inne zaś po długim czasie, a jeszcze inne okażą się złudą. Zbyt łakome szukanie znaków i łatwe ich interpretowanie często zwodzi nas i sprowadza na manowce.

 

Czy możemy prosić Boga o znak dla siebie?

– Oczywiście, że tak, aczkolwiek... Istnieje frapująca zbieżność pomiędzy opisem zwiastowania Maryi narodzin Jezusa i opisem oznajmienia Zachariaszowi narodzin Jana Chrzciciela. Maryja została pobłogosławiona, a Zachariasz obdarzony niemocą mówienia. Maryja prosi o wyjaśnienie słów usłyszanych od anioła. Zachariasz postępuje podobnie – prosi o potwierdzenie zapowiedzi narodzin swojego syna. Oboje otrzymują znak od Boga, ale inaczej go odczytują. Dlaczego? Odpowiedź na pytanie to owo kryterium rozszyfrowywania znaków. Chodzi o wolność serca, niedeterminowanie siebie, a tym bardziej nienarzucanie czegokolwiek Panu Bogu. Taką postawę przyjęła Maryja. Wierzyła, że wypełnią się słowa anioła, ale zadawała pytania. To jest wskazówka dla nas. Jeśli zachowujemy otwartość serca, pozostajemy w otwartym dialogu z Panem Bogiem, to możemy prosić o znak, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy nie możemy sobie sami poradzić.

 

 

Jak zatem uczyć się tego otwartego serca?

– Tym, którzy prowadzą systematyczne życie wewnętrzne, dużo łatwiej jest rozeznać pewne sprawy. Człowiek żyjący w hałasie, o którym mówiliśmy na początku, będzie skłonny do magicznego traktowania rzeczywistości, do wybierania duchowego fast foodu. To, co głębokie, piękne, ważne, dobre, szlachetne z natury rzeczy nie przychodzi szybko. Dlaczego więc oczekujemy od życia duchowego, żeby było „na szybko”? Wydaje się nam, że pośpiech to wymuszony przez współczesność styl życia, od którego nie ma już ucieczki. Tymczasem od nas zależy, jak będziemy żyć. Jako chrześcijanie, z uwagi na deklarowaną troskę o swoje wnętrze, powinnyśmy zmienić styl życia i zdecydowanie zwolnić jego tempo.

 

Współczesny człowiek chce wszystko osiągnąć o własnych siłach, ufa jedynie w swoje możliwości. Postawa „Zosi Samosi” jest dzisiaj powszechna. Problem pojawia się wtedy, gdy coś nam się nie udaje za porażkę odpowiedzialny jest Bóg. Zapytam więc nieco przewrotnie: skoro Pan Bóg jest dobry, to czy porażka może być Bożym znakiem?

– Tak, ale trzeba pamiętać, że Pan Bóg, wbrew temu, co potocznie sądzimy, nie zsyła na nas w odwecie za nieposłuszeństwo klęsk czy porażek. On szanuje wolność człowieka, więc nie ingeruje w nasze pomysły, nawet wówczas, kiedy nie odniesiemy z nich żadnej korzyści. Porażka nie jest wynikiem złośliwości Pana Boga, lecz naszej głupoty. Sami stajemy się ofiarami własnej pychy. Kiedy już to zrozumiemy, możemy powiedzieć: przepraszam Cię, Panie Boże, że wybrałem złą drogę. Najlepiej tę sytuację ilustruje przypowieść o synu marnotrawnym. Ojciec jest otwarty na prośbę syna. Nie wzbrania mu jego części majątku. Pozwala na własną inicjatywę syna. Kiedy ponosimy klęskę wynikającą z własnych pomysłów, przyznajmy się do własnych błędów, a nie zarzucajmy złośliwości Panu Bogu. Pamiętajmy jednak, że Ojciec zawsze tak samo przyjmie nas z otwartymi rękoma i będzie się cieszył z naszego powrotu. Porażka też nas czegoś uczy.

 

 

Są takie momenty w życiu, kiedy trzeba być szczególnie wrażliwym na Bożą obecność, np. kiedy pojawia się pokusa. Czy można ją potraktować jako znak od Boga?

– W ziemskim życiu nigdy nie będziemy wolni od pokus. Jeśli jesteśmy wewnętrznie uporządkowani, to możemy sobie z nimi poradzić, stać się na nie odporni. To zależy od naszej współpracy z Panem Bogiem. Dzięki pokusom właśnie hartuje się nasza dusza. Natomiast umiejętność czytania znaków jest pochodną wrażliwości naszej wiary, a nie siły wyrazu tych znaków.

 

 


o. Paweł Gużyński – dominikanin, rekolekcjonista, wieloletni duszpasterz akademicki w Poznaniu i Rzeszowie, liturgista, znany z telewizyjnego programu „Rozmównica” (Religia.tv).

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki