Logo Przewdonik Katolicki

Szukam prawdy i piękna...

Dominik Górny
Fot.

Z Katarzyną Łaniewską, aktorką teatralną i telewizyjną, rozmawia Dominik Górny

 

Niedawno, w ramach cyklu „Verba sacra”, przedstawiła Pani rozważania św. Teresy z Avila na temat krzyża. Czy jest coś, co w szczególny sposób w nich Panią ujmuje, nie tylko w życiu aktorskim, ale także w refleksji dnia codziennego?

– Wspomniane teksty zawierają w sobie coś szczególnego, co w życiu zakonnym i świeckim rzadko się spotyka. Mam na myśli wyczuwalny i jasny przekaz głębokiej wiary, z której wynika bezgraniczne powierzenie siebie i wszelkich aspektów swojego życia Chrystusowi. Żeby jednak odnaleźć w sobie taką wiarę, winno się wpierw posiąść umiejętność bycia pokornym wobec siebie, drugiego człowieka i względem Boga. Wydaje mi się, że bez umiejętności wzbudzenia w sobie pokory wobec bliźniego, nie można mówić o pełni jej odczuwania w odniesieniu do Stwórcy. Z rozważaniami św. Teresy już tak jest, że są bardzo mądre, ale przez to trudne do zrozumienia, a tym bardziej do wcielenia ich w życie…

 

Na ile w wypełnianiu tych prawd czuje się Pani Teresą z Avila?

– Nie będę kryć, że wiele brakuje mi do pełnej wierności prawdom, którym była posłuszna św. Teresa z Avila. Jej świętość postrzegam jako tajemnicę. Dowodem na to jest jej skromna postawa i człowieczeństwo, którego wypowiedzenie i „zamknięcie” w słowach nie jest do końca dla nas możliwe. Czujemy jednak, iż właśnie w takim sposobie życia, jakie wiodła św. Teresa z Avila, można odczytać credo, któremu powinniśmy być wierni…

 

Wspomniane „rozważania” usłyszeliśmy podczas obchodów niedawnego Dnia Papieskiego. Postawy Jana Pawła II i św. Teresy z Avila były jak szczera modlitwa…

– …która nauczyła mnie, że do Boga trzeba mówić słowami prostymi i prawdziwymi. Przyznam, że nie lubię, gdy modlitwy są śpiewane – zatracają wtedy swą prostotę i bezpośredniość. Modlitwę powinno się odmawiać, a muzyczne wykonanie winno być przypisane dawnym pieśniom, takim jak np. „My chcemy Boga”, która to pieśń nieraz już nadała rytm mojemu sercu. Wracając zaś do słowa mówionego – bardzo często odmawiam „Zdrowaś Maryjo” i „Ojcze nasz”, najważniejsze modlitwy w moim życiu.

 

„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj…” – za jaki „powszedni chleb” jest Pani najbardziej wdzięczna Bogu?

– Szczególnie jestem wdzięczna za łaskę godnego życia, za to, że w wieku 77 lat jestem jeszcze w miarę zdrowa i mogę służyć ludziom. A „służby” tej nauczył mnie bł. ks. Jerzy Popiełuszko, z którym nieraz stawałam przy ołtarzu. Zanim go spotkałam, nie byłam tak blisko Kościoła. Dopiero świadectwo bł. ks. Jerzego sprawiło, że w czasie stanu wojennego tak bardzo uwierzyłam w słuszność powierzenia się Bogu, iż wystąpiłam z blisko 460 przedstawieniami o tematyce patriotycznej. Później część moich koleżanek i kolegów aktorów odeszła od Kościoła, ale ja – i nie jest to żadna zasługa – starałam się pozostać przy nim, co czynię do dziś. Od chwili spotkania bł. ks. Jerzego wszystko, co robię, powierzam Bogu i dziękuję Mu, że mogę dany i zadany mi talent „odrabiać” w codziennym dniu, np. w mojej parafii pod Warszawą, w której służę jako lektor.

Dziękuję też Bogu, że pozwolił mi spotkać się z Ojcem Świętym Janem Pawłem II.

Możliwość recytacji przed papieżem tekstów naszych wielkich poetów, a także utworów Karola Wojtyły w jego letniej rezydencji w Castel Gandolfo traktuję jako największe osobiste, a jednocześnie aktorskie szczęście i osiągnięcie. Mówiłam wtedy. Później obejrzałam nagranie z tamtego wydarzenia, zarejestrowane przez Telewizję Watykańską. Moją szczególną uwagę przykuł gest dłoni papieża, który w pewnym momencie, podczas mojej recytacji, w charakterystyczny dla siebie sposób odjął dłoń od swojego podbródka i – pewnie sobie pomyślał: „Co ta stara kobieta recytuje? Przecież to są moje teksty!”. A najpiękniejsze jest to, iż właściwie nie wiem, dlaczego tak potoczyło się mojej życie, że mogłam przeżyć tak wartościowe chwile.

 

Co jest dla Pani najtrudniejsze w przyjmowaniu nauk Jana Pawła II i bł. ks. Jerzego Popiełuszki jako drogowskaz?

– Były to wielkie osobowości, a jednocześnie urzekały swą bezpośredniością, prostotą i naturalnością w sposobie odnoszenia się do ludzi. Potrafiły „przytulać” zarówno chrześcijan, jak i tych, którzy nie wierzyli. W bł. ks. Jerzym urzekała mnie jego życiowa mądrość, nie wykształcenie, ale doświadczenie codzienności, które sprawiało, że jego modlitwy odczuwało się jako pełne szczerości i wiarygodne, dające świadectwo wiary i patriotyzmu. To świadectwo było wówczas prawdziwą odwagą. Można było nawet ponieść za nie karę. Wspomnę tu np. takie zdarzenia, jak spalenie samochodu mojego i Kazimierza Kaczora czy podpalenie stodoły Piotra Szczepanika. Bł. ks. Jerzy był inwigilowany non stop, a jego męczeńska śmierć była czymś ponadziemskim. I choć wzbudziła we mnie przerażenie, to noszę w sobie przekonanie, że błogosławiony kapłan zapewne wybaczył swoim oprawcom krzywdę, jaką mu wyrządzili. I właśnie sztuka przebaczania jest dla mnie największym wyzwaniem, jakie stawia przede mną pragnienie naśladowania bł. ks. Jerzego i Jana Pawła II. Od wybaczania należy jednak rozróżnić pamięć o wyrządzonym złu. Wydaje mi się, że można wybaczać, ale nie powinno się zapominać.

 

Sumieniem wybaczania jest wiara, miłość i nadzieja…

– „Matką głupich cię nazwali, nadziejo” – ale to właśnie ona jest dla mnie najważniejsza, bo „umiera jako ostatnia”. Zaraz po niej jest wiara i miłość do ludzi. Z nich zaś wynika „Bóg, honor, ojczyzna”. Proszę swoją Nadzieję, aby drugim imieniem Polski była prawda, a nie zakłamanie. Żeby – jak w „Modlitwie” pisze Tuwim – „trumny były z polskiej sosny, chleb z polskiego zboża”, żebyśmy my – jako wierzący ludzie – potrafili dać świadectwo swojej wiary, że nie wolno profanować krzyża; abyśmy zrozumieli, że dogodne miejsce na modlitwę jest dosłownie wszędzie – modlić się można nie tylko w kościele, ale w domu, na spacerze, w sadzie…

 

Na Pani życie niemały wpływ miały przyjaźnie i zaufanie, jakim obdarzała Pani innych ludzi...

– Tak jest do dziś. Duchowym oparciem jest dla mnie mój kolega po fachu – ks. Kazimierz Olechowski, z którym grałam kiedyś w Teatrze Polskim. Wspominam przyjaźń z Gustawem Holoubkiem czy z Kazimierzem Dejmkiem. Jeśli zaś chodzi o rozwój mojej osobowości, to bardzo często powracam do postaci mojej babci – autorytetu człowieczeństwa, stosownego zachowania się, wyroczni w kwestiach tego, z kim się przyjaźnić, umówić na spotkanie, a z kim wypić „wódeczkę”. Nie zapomnę też pani profesor Janiny Romanówny, która zapytała mnie kiedyś: „Kaśka, jak tam twoja córka i rodzina?”, po czym dodała: „Wiesz, a moje życie i miłość to teatr”. Ujmowało mnie tak zaangażowane podejście do aktorstwa.

Wspominam też, jak w Skolimowie przez siedemnaście lat opiekowałam się ojcem Marka Kondrata. Powiedziałam wtedy: „Tadziu, musimy godnie urządzić twój pokój. Powiedz tylko, jakie masz oczekiwania”. A on odparł: „Daj spokój, powiedz lepiej, co słychać w teatrze”. Po takich rozmowach łatwo było odczuć, że traktowali teatr jako coś „swojego”, na wskroś bliskiego i ważnego. Ja również tak go traktuję, chociaż jestem na emeryturze i nie ukrywam, że bardzo brakuje mi bezpośredniego kontaktu z widzem. A zresztą teraz nie można mówić o istnieniu prawdziwego teatru, bo nie ma w nim już kultury słowa i zachowania oraz etosu człowieczeństwa. W życiu, w teatrze czy w poezji szukam prawdy i piękna. 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki