W Pańskiej bibliografii niezwykle symbolicznymi wydają się dwie książki: Wielka sława to żart wydana z okazji 50. rocznicy Pana urodzin, oraz najnowsza, Smak sławy. Czy w czasach współczesnych można być sławnym w słusznej sprawie?
– Pytanie to jest o tyle trudne, że jeśli ktoś chciałby odpowiedzieć, iż pragnie być sławnym w słusznej sprawie, to musiałby się przyznać, że nie jest łatwo takiemu zadaniu sprostać; co więcej, powinien poświadczyć taką sławę wieloma osobistymi wyrzeczeniami i nade wszystko rozpoznać to, czego od niej oczekuje.
Czym różni się bycie sławnym obecnie od piastowania takiego tytułu w czasach minionych?
– Dzisiaj ktoś jest zazwyczaj sławny tylko dlatego, że jest popularny, a przecież sława istniejąca dla niej samej nie jest wartością trwałą. Coraz częściej zdarza się, że nikt nie wie, dlaczego wcześniej nie znana nikomu pani bądź pan pojawia się na okładkach czy rozkładówkach kolorowych pism. Są w nich opisy tak niesłychanych zdarzeń z ich życia, że właściwie nikogo to nie interesuje, a już na pewno nie wiąże się z żadną społeczną zasługą. Czy naprawdę czymś wyjątkowym jest przeczytanie, że pewna piosenkarka jest frywolna i chodzi obnażona z bielizny, bo przecież bardzo podobne są tematy naszej prasy codziennej? Odpowiadam wtedy: niech sobie tak chodzi, byleby nie śpiewała. Taka sława jest na chwilę, gdyż nie wypływa bezpośrednio z talentu przypisanego danemu człowiekowi, ale z zapotrzebowania na sensację.
Sława prawdziwa, która jest w stanie przetrwać w różnych kulturach i być ceniona jako dobro społeczne, rodzi się na gruncie ciężkiej pracy twórczej, wewnętrznej walki artysty ze słabościami ludzkiej natury i z rzeczywistością, przez którą nie jest w pełni rozumiany, a która weryfikuje jego idee w sposób wręcz brutalny.
To, co realne i godne marzeń, warto więc zadedykować sztuce i dla sztuki. Pan utwierdza mnie w przekonaniu, że życie dla sztuki wiąże się z poczuciem odpowiedzialności za siebie i za innych; kryje w sobie muzykę takich nastojów, które nie są w stanie być w pełni odgadnione.
– Życie ze sztuką jest bardzo trudne od pierwszego momentu z nią obcowania. Wymaga przeto sztuka od człowieka miłości bezwarunkowej, całkowitego zaangażowania emocjonalnego, a często też fizycznego; bezwzględnego oddania się jej nastrojom. Sztuka nie znosi żadnej konkurencji, jest szalenie zazdrosna o żonę, dzieci, jakiekolwiek inne zauroczenia i sprawy, które sprawiają, że zaniedbuje się ją w codzienności. Sztuka po czasie potrafi się zemścić na osobie, która nie dochowała jej wierności – w na pozór nieoczekiwanym momencie: na scenie, na estradzie, w postaci braku twórczej inwencji. Co więcej, sztuka jest na tyle kapryśna, iż sama nigdy ze swojej strony nie przyrzeknie podobnej wierności i oddania.
Czy sztuka kryje w sobie coś z dzikiej orchidei?
– O tak, bo jest bardzo delikatna. Jeśli się jej odpowiednio nie podlewa, nie nawozi, nie wietrzy i nie zamyka na noc w cieplarni, aby jej nie przestudzić, staje się zwyrodniała. Nie jest skora do obietnic i zapewnień o wielkich zaszczytach i korzyściach materialnych, które być może przyjdą do nas któregoś jasnego dnia, ale – zapewniam – stanie się to bez naszego bezpośredniego udziału.
Znam ludzi, którzy prawdziwie umiłowali sobie sztukę, lecz ona ich nie wybrała, a wręcz odtrąciła. Istnieją również takie osoby, które sztuce nie podarowały pełni rytmu swojego serca, a ich udziałem stały się kariery na miarę wielkości świata. One już urodziły się ze sztuką w sobie i nie musiały zabiegać o jej względy. Ale nawet osoby, które uznajemy za wybrańców sztuki, nigdy nie otrzymują od niej gwarancji godnego życia. Bycie mądrym artystą nie może więc polegać na tym, aby powiedzieć: „Kocham sztukę, żeby być bogatym, sławnym i szanowanym”. I to jest ta wielka niepewność, a jednocześnie sprawiedliwość. Sztuka sama wybiera sobie osoby z rozmaitych środowisk, krajów i kontynentów, niezależnie od ich tytułów, rodowodów i stanu majątkowego. Lubimy powtarzać, iż aby być wielkim śpiewakiem, trzeba urodzić się we Włoszech, bo tam jest klimat, włoskie wino, które nigdzie indziej tak nie smakuje jak w Rzymie. A jednak nie musi tak wcale zawsze być.
Znamiennym przykładem tego jest postać legendarnego dla kultury światowej śpiewaka – Jana Kiepury, który urodził się w Sosnowcu, niekojarzonym wcześniej z miejscem sprzyjającym działaniom tak wiarygodnie twórczym.
– Dokładnie tak, a został przecież jednym z największym śpiewaków dwudziestego stulecia. Sztuka go sobie wybrała, chociaż nic na to racjonalnie nie wskazywało. Nieoczekiwaną też karierę zrobiła Anna Pawłowa, jedna z najwspanialszych tancerek świata, która niegdyś jako dziecko leżała na stercie bielizny jako córka praczki z Petersburga. I tak jest do dziś: spotkałem niedawno śpiewaczkę, która urodziła się na Syberii – jest to bardzo trudne do wyobrażenia, w jaki sposób, daleko za Bajkałem, jej talent mógł zaistnieć do tego stopnia, by zadziwiać teraz widownię Opery Rzymskiej.
Tajemnicę sprawiedliwości przypisanej naturze sztuki odgadnąć można zatem jedynie poprzez pokorę.
– Dlatego też taką wagę – my – ludzie sztuki, przywiązujemy do swoich profesorów. U nas, w świecie sztuki, pierwsze pytanie, którego zadaniem jest rozpoznanie twórczej natury drugiej osoby, brzmi: „U kogo się Pan uczył?”. Odpowiedź na nie sprawia, że się prawie wszystko wie. W drugiej kolejności liczy się talent, czyli zdolność wykorzystania wiedzy mistrza – profesora. Umiejętność bycia pokornym jest też psychologiczną ochroną przed zawiedzeniem i ułudą tegoż świata. Trzeba mieć w sobie talent, ale jednocześnie odporność „konia pociągowego” – nawet nie wyścigowego – winno się umieć znieść ciężar sławy i zagrożeń z nią związanych. A wiedzę, jak to uczynić, daje solidne przygotowanie profesorskie, a także wzajemne dzielenie się wiedzą i wątpliwościami twórczymi pośród samych jego uczniów. Wtedy można nauczyć się opanować tremę i stres – na tyle wyćwiczyć psychikę i w takim wymiarze rozpoznać swoje predyspozycje, żeby opanować nerwy w chwili wyjścia na scenę Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu bądź Międzynarodowego Konkursu im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Dodam, iż nie można wyzbyć się odczuwania nerwów, bo to właśnie one gwarantują odniesienie wielkiego sukcesu, tylko muszą być przez nas kontrolowane. Tego zaś uczą szkoły muzyczne i wielcy profesorowie.
I jest to wiedza spełniająca się zarówno życiu artystycznym, jak i poza sceną – jak nadmienił niegdyś prof. Jan Miodek – „jeżeli dzieciństwo było bogate i silne, to przez całe życie ma się z czego czerpać”.
– Cieszę się, że nawiązał Pan do refleksji prof. Miodka. Życie ludzkie jest jak budynek, a dzieciństwo to jego fundament, na którym wznoszą się wszystkie chwile życia. I jeśli jest on wystarczająco mocny, to mamy dużą szansę, że całe życie będzie równie „mocne”, a my sami zdolni będziemy przetrwać jego trudy i porażki, których choć nie sposób uniknąć, to poprzez oparcie na wartościach, można zmniejszyć ich liczbę. Życie nie jest już wtedy „kulawe” i kruche.
Miałem szczęście mieć właśnie takie solidne podstawy pod tworzenie wspomnianego „budynku”. Z domu rodzinnego wyniosłem poczucie serdeczności, wzajemnej miłości i okazywania sobie szacunku. Wielką mądrość mieli w sobie moi rodzice, wiedząc, że dzieciom zapewnić trzeba atmosferę pogodną, podarowującą dobro. I choć czasy, w jakich przyszło nam wtedy żyć, były pod wieloma względami trudne, nie okazywali nigdy przy mnie zdenerwowania.
Proszę przywołać rady od rodziny bądź najbliższych, które w chwili ich otrzymania na pozór nie wiele mogły znaczyć dla Pana przyszłego życia, a jednak stały się drogowskazami prawdy.
– Otrzymałem wiele takich rad, sugerowanych w taktowny i dyskretny sposób – były to często spojrzenia bądź pojedyncze słowa. W pamięci serca słyszę szczególnie szczerze dwie z nich – otóż, miałem wówczas siedem lat. Z okazji jednej z rodzinnych uroczystości przyjechała do nas kuzynka, absolwentka Akademii Medycznej. Rodzice poprosili ją o wypisanie recepty. Zwróciła się do mnie: „Bogusiu, zechciej udać się do drugiego pokoju i z mojej torebki przynieść recepty”. Tak też uczyniłem. Kiedy mój ojciec zobaczył, że jej prośbę spełniam w sposób dosłowny – wyciągając z jej torebki recepty, upomniał mnie: „Zapamiętaj sobie na całe życie: nigdy nie wkłada się ręki do cudzej torebki, tylko przynosi się ją do właściciela, aby on sam mógł wyciągnąć z niej to, co uważa za słuszne”. Od tej pory nigdy nie zajrzałem do czyjegoś portfela bądź torebki. To była pierwsza rada – przestroga. Druga wiąże się z pewnym spacerem, na który udałem się wraz z moim ojcem. Minęliśmy po drodze znajomych, których ojciec pozdrowił serdecznym słowem i gestem zdjętego z głowy kapelusza. Powtórzyłem jego gest, lecz zdecydowanie skromniej – jedynie pochwyciłem dłonią daszek od mojej czapki, nie zdejmując jej jednak. Wtedy ojciec zatrzymał się i powiedział: „Jeśli mówisz komuś „dzień dobry”, nie udawaj, że zdejmujesz czapkę, ale uczyń to naprawdę. W przeciwnym razie lepiej nie mów w ogóle dzień dobry”. Do tej pory nigdy nie udaję, że się komuś kłaniam. Realizacja tych rad świadczy o osobistej elegancji i wrażliwości, o kulturze, którą się w sobie nosi. Z nich przecież składa się dobry obyczaj, którego przestrzeganie i kultywowanie nie jest w żadnym razie przesadą.
Zgodzi się Pan zatem ze stwierdzeniem, że sztuka powinna być dedykacją tego, co w nas prawdziwie ludzkie.
– Oczywiście, sztuka rodzi się z poczucia wrażliwości, dlatego nie może się odciąć od naszych emocji. Z tego też względu słucham rozmaitych kompozycji klasycznych w poczuciu, że ich każda nuta kryje w sobie echo nastrojów kompozytora. Z tej perspektywy Bach jawi mi się bardzo często jako osoba o naturze niezwykle burzliwej. Z kolei Chopin ma nade wszystko osobowość liryczną, wręcz krystaliczną. I to właśnie w muzyce kocham najbardziej – potrafi być tak różna w swoich nastrojach, a jednocześnie tak samo „wielka” w kunszcie ich ujawnienia i przekazania.
A Pan chciałby być zapamiętany bardziej jako szlachetny człowiek czy znakomity artysta?
– Nie chciałbym oddzielać od siebie tych dwóch ról, jakie można by mi przypisać. Proszę mi wierzyć, że pośród tych wszystkich wspaniałych artystów, z którymi dane było mi obcować, nie spotkałem ani jednego złego człowieka. Mówimy często o artyście, że jest nie do wytrzymania i w obcowaniu z nim jesteśmy narażeni na różne ekscesy, które dyrektorów instytucji kulturalnych przyprawiają o migotanie przedsionków serca. Wtedy odpowiadam: to jest urok artysty – Callas nie była zła i chimeryczna, ale czarująca. Nie była nieznośna, tylko wymagająca w pracy, dążyła do osiągnięcia doskonałości kunsztu artystycznego. Przekonany jestem, że właśnie dzięki temu spektakle z jej udziałem na trwałe zostały zapisane w kronikach. W życiu i sztuce nie można bać się żądać twórczej doskonałości.
Bogusław Kaczyński (1942-2016)
Absolwent Akademii Muzycznej w Warszawie, teoretyk muzyki i pianista, dziennikarz, publicysta i krytyk muzyczny, popularyzator opery, operetki i muzyk poważnej. Prowadził transmisje telewizyjne najważniejszych wydarzeń muzycznych w kraju i za granicą. Ulubieniec publiczności, zdobywca trzech „Wiktorów” i „Super Wiktora”, laureat trzech „Złotych Ekranów”, Kawaler Orderu Uśmiechu.