Potrafią samą recytacją skupić uwagę tysięcy osób. Mimo to częściej niż na teatralnej scenie można ich spotkać w przykościelnej salce. Bóg, patriotyzm i… Radio Maryja to wspólny mianownik ich dzisiejszej kariery, którego się nie wstydzą, ale za który przychodzi im płacić wysoką cenę. Halina Łabonarska i Jerzy Zelnik, aktorzy niepokorni.
Benefis Haliny Łabonarskiej w poznańskiej Piwnicy Duchowej karmelitów bosych. Sala ledwo mieści tych, którzy chcą ją usłyszeć, ale spotkaniu daleko do pompy, z jaką w świetle kamer kolejne lecia swojej pracy artystycznej świętują ulubieńcy mediów i władzy. Mogłaby tak i ona. Ta, która przez ponad 40 lat zagrała tak wiele ról, że nie sposób je wszystkie wymienić. Widzowie wciąż pamiętają jej Ankę z Aktorów prowincjonalnych z 1978 r. czy rolę Ilzy w Gigantach z gór Pirandella nakręconych pięć lat wcześniej. – Grałam tam postać aktorki, która niesie wielkie przesłanie, a świat jej nie rozumie. Ta walka ze światem, który stawia ogromny opór była pasjonująca – bo ona dla twórcy trwa zawsze. On ciągle zmaga się z materią, pokonuje trudności, niezrozumienie. Mnie to dotyczy w sposób szczególny, bo wiąże się nie tylko z teatrem, ale i światopoglądem, wiarą – tłumaczy, subtelnie się uśmiechając. Ma rację, choć nie do końca. Wiele jest przecież osób, które za świadectwo wiary i patriotyzmu cenią ją znacznie bardziej niż za znakomite role.
Odporna jak mama
Na to kim jest ogromny wpływ wywarło jej dzieciństwo, które upłynęło biednie w rodzinie Kresowiaków w gdańskich Siedlcach. – Mnie i moich braci wychowywała mama, która niemal przez całe życie była wdową. To dzięki niej jestem odporna na przeciwności losu – przyznaje. O tym, że ojciec – wileński akowiec – został zakatowany przez UB, gdy miała dwa latka, dowiedziała się dopiero, gdy stała się dorosła. – Mama była zakonspirowana całe życie i nie demaskowała szczegółów, ale fakty, które później poznałam, wpłynęły na to, że moja postawa wobec totalitaryzmów jest zdecydowana i określona. Chcę w ten sposób uszanować jakoś postawę mojego ojca – tłumaczy. Szkoła matki przydała się już na studiach. Do łódzkiej filmówki zdała celująco. Tam jednak nastąpiło pierwsze zderzenie dwóch światów: tradycyjnego, religijnego domu i aktorskiej bohemy. – To był okres otwarcia na różne możliwości, z których albo czerpie się pełną garścią i błądzi, albo orientuje się, że trzeba dokonywać wyborów w przyjaźni i zacząć podążać własną drogą. Wtedy wychodzą na wierzch rzeczy, które są dla człowieka ważne. Tak było ze mną, choć ja nie jestem w tym względzie wyjątkiem – przyznaje.
Aktorstwo zawsze gdzieś przemykało przez jej życie. – Zainteresowanie tańcem, śpiewem, sportem nie było niczym wyjątkowym. Decyzję o szkole aktorskiej podjęłam, idąc za wewnętrznym głosem. To był palec Boży. Moja droga. Dziś innej sobie nie wyobrażam – tłumaczy spokojnie. Palcem Stwórca wskazywał jej kolejne osoby – twórców, i to wielu, od których aktorka Halina mogła czerpać, wzrastając w swoim warsztacie. Między innymi Łomnicki, Dejmek, Holoubek, Zapasiewicz. To były ważne dla mnie spotkania. Grałam z nimi równorzędne role, a dla młodej aktorki, która dopiero co wchodzi w świat artystyczny Warszawy, było to bardzo istotne – podkreśla.
Mistrzowie ducha
Bóg swoim palcem wskazał pani Halinie na mistrzów, jednak znacznie większych niż aktorskie i reżyserskie tuzy. Mistrzów ducha. – Pierwsze zetknięcie z Janem Pawłem II bardzo wpłynęło na moje życie. To był rok 1979. Warszawa i pamiętna Msza św. Potem kolejne spotkania. Chłonęłam wszystko, co mówił. Później sięgnęłam do jego poezji. Cała jego twórczość od sonetów aż po Tryptyk rzymski to wejście w wielką przestrzeń, w której odnajduje się nie tylko Boga, ale i człowieka, który poprzez swą słabość pokazuje wielkość Stwórcy – nie ukrywa fascynacji polskim papieżem. Jeszcze bardziej namacalne było zetknięcie z drugim herosem ducha – bł. ks. Jerzym Popiełuszką. Niedługo po wybuchu stanu wojennego zaczęła uczestniczyć w organizowanych przez niego na Żoliborzu Mszach św. za Ojczyznę. Wraz z innymi aktorami organizowała oprawę artystyczną nabożeństw. Z błogosławionym kapłanem spotykała się najczęściej w zakrystii. – Mogłam dotknąć jego dłoni, zamienić z nim parę słów. W swej pokorze był i wciąż jest dla mnie takim przewodnikiem po tym, co w człowieku ukryte, a warte zauważenia – ścisza nieco głos.
Ks. Jerzy odpłacił pani Halinie za jej wiarę i patriotyczne zaangażowanie w sposób niezwykły. Z początku błaha wydawać by się mogła angina dwuletniego wtedy Tomka – najmłodszego syna pani Haliny, zakończyła się na oddziale kardiologicznym. Zapalenie mięśnia sercowego i powiększona o 205 proc. lewa połowa serca w stosunku do prawej. Diagnoza o konieczności przeszczepu w USA brzmiała jak wyrok śmierci. – W intencji Tomka za wstawiennictwem ks. Jerzego modliło się wtedy wielu. Wszystkie modlitwy były gorące. Ale tylko jedna – przyjaciółki, została wysłuchana w sposób absolutny – wzruszona na chwilę przerywa. Tą przyjaciółką była Teresa Pastuszka-Kowalska – artystka, która wyrzeźbiła pomnik ks. Jerzego w sanktuarium na Żoliborzu. – Dziś serce Tomka jest w pełni sprawne. Ma 195 cm wzrostu i gra w kosza. Proces jego uzdrawiania trwał 12 lat – uśmiecha się.
„Moje życie ma sens”
Ks. Jerzy głosił postulaty obrony życia, miłości Boga i ojczyzny. – Wtedy było to takie oczywiste, że pokonując lęk spotykaliśmy się, umacniając się nawzajem w modlitwie. Teraz to się powtarza na marszach w obronie Telewizji Trwam. Dziś też modlitwa łączy pewną radykalną decyzję o obronie wartości w sposób zdecydowany, z tą różnicą, że robimy to w ramach wolności, którą mamy, a której wtedy nie było, bo za każdym rogiem stał ten, który mógł nas zaatakować, nawet bardzo brutalnie, wręcz do utraty życia – tłumaczy. Radykalne opowiedzenie się 17 lat temu po stronie dzieł o. Tadeusza Rydzyka skutkuje dziś tylko ostracyzmem środowiska i mainstreamu. Był czas, że i ról było mniej. – Wielu twórców zanurzyło się w brutalnej próbie niszczenia wszelkich wartości. Demolują wszystko włącznie z wybitnymi autorami, pisząc swoje nazwisko z przodu przed Słowackim, Szekspirem. A oni nie mają nic do powiedzenia. Z takimi nie pracuję – mówi pani Halina. A ostracyzm? – Nim się nie przejmuję. Wychodzę poza konformizm, życiowe kompromisy. Wewnętrznie uderzam dobrą energią, próbuję obdzielić nią innych. Moje życie „ma sens, ma sens” – jak mówił Jan Paweł II, bo mimo różnych trudności prowadzi mnie do Tego, który mi je dał – kończy dobitnie.
Amant, który stał się sługą
Jerzego Zelnika można często spotkać na zakupach. Od czasu gdy choruje jego żona, czyli od ponad roku, to on odpowiada za domowe zaopatrzenie. Pani Urszula miała wylew. – Radzimy sobie z chorobą z radością, bo powtarzając za Janem Pawłem II już wiem, że: „cierpienie nie jest karą za grzechy, że można je tylko zrozumieć w perspektywie miłości Bożej” – mówi spokojnie. Po chwili dodaje: „Cierpienie otwiera oczy i uszy na słowo Boże, na to, że jesteśmy w stanie służyć, dawać, nie oczekując nic w zamian”. Pan Jerzy zrozumiał to dzięki głębokiej wierze, łasce, którą otrzymał dopiero jako dojrzały mężczyzna. Dziś, by lepiej opiekować się żoną, zrezygnował nawet z gry w teatrze. – Zawód aktora to niewolnictwo, ale w takim sensie, że zamiast skupić się na bliskich, myśli się o swojej roli. To jest bardzo niebezpieczne. Zdolność dzielenia siebie między pracę a sprawy rodzinne to jedna z największych umiejętności, jakie udało mi się już chyba osiągnąć – zaskakuje znakomity aktor, do którego przez lata wzdychały wielbicielki. Łatkę kinowego amanta przyczepiła mu… natura. – Oczywiście ułatwiało mi to życie. Czasem jednak też przeszkadzało. Ponieważ jestem związany z historią Polski, z tradycją religijną, ta moja troszkę egzotyczna uroda sprawiała, że miałem mniej propozycji, by grać typowych Polaków – wspomina, dodając, że takie szufladkowanie było błędem kolejnych reżyserów.
Nie faraon, a hrabia
Jego ojciec Jan był reżyserem radiowym i autorem sztuk scenicznych i słuchowisk. Wydał też trzy tomiki poezji oraz wiele pięknych jednoaktówek. Na aktorstwo pan Jerzy był więc niejako skazany. –Dziś trudno mi to stwierdzić. Jako młody człowiek nie byłem zapatrzony w ojca. Żyłem w swoim świecie, świecie witalności młodzieńczej. Bez Boga, bo dopiero jako dorosły dołączyłem do rodziny chrześcijańskiej – wspomina. Znakiem tego okresu był krótki cywilny związek z Barbarą Brylską. Z ponad stu różnych ról, które zagrał przez blisko pół wieku, widzowie najbardziej pamiętają go z kinowego debiutu – roli Ramzesa XIII w filmie Faraon Jerzego Kawalerowicza w 1965 r. – Byłem wtedy jeszcze dzieckiem, amatorem. Świadome aktorstwo przyszło dopiero później. Najbardziej zżyłem się z rolą Zygmunta Augusta w serialu Królowa Bona, piętnaście lat później – tłumaczy. Za rolę, która uformowała go aktorsko uważa natomiast postać hrabiego Henryka graną w telewizyjnym spektaklu Nie-Boska komedia Zygmunta Krasińskiego, wyreżyserowanym przez Zygmunta Hübnera dwa lata później. – To były takie słupy milowe – mówi krótko. Pan Jerzy podkreśla też wagę spotkania z Peterem Brookiem. – On nauczył mnie improwizacji, otwarcia wyobraźni na inspiracje wewnętrzne – podkreśla. Do dziś w grze kieruje się głównie intuicją, a pytany o mistrzów, odpowiada: – Od wielu ludzi nauczyłem się systematyczności, dyscypliny, pracy nad sobą w domu, przygotowania do kolejnych scen z dnia na dzień. Ale dopiero suma tych wszystkich doświadczeń sprawia, że jestem tu, gdzie jestem.
„Karierę i pychę zostawiłem za sobą”
Urszula i Jerzy małżeństwem są już 43 lata. To ona stała się dla niego drogowskazem do Boga. – Poprowadziła mnie do ołtarza, prosząc o ślub kościelny. W związku z tym jako młody, dociekliwy człowiek udałem się do krakowskiego kościoła pw. Bożego Ciała do ks. Droździewicza i tam doznałem łaski wiary – wzrusza się nieco. – Dzięki temu idę przez życie z podniesioną głową i z większym optymizmem – dodaje. Dziś wiara jest dla niego wszystkim. – Mimo że byłem chrześcijaninem, przez całe lata ulegałem wielu pokusom. Przedtem były te bardziej cielesne, dziś jest ich mniej i pewnie ze względu na wiek, bardziej dotykają one ducha. Od poniedziałku do niedzieli jestem obserwatorem samego siebie, staram się żyć wedle przykazań i Ewangelii, a jeśli się nie udaje, boli mnie sumienie – przyznaje szczerze. Pan Jerzy świadomie zrezygnował też z bywania na przyjęciach towarzyskich. – Nie chcę iść na kompromisy, nie chcę być też niewolnikiem spotkań wątpliwej jakości. Nie tęsknię za życiem towarzyskim w swoim środowisku, nie mam już potrzeby brylowania na salonach – to wszystko pozostawiłem za sobą. Dojrzałem, wyzbyłem się dziecięcych ambicji, karierowiczostwa i pychy. Dziś jestem wolny, jestem sługą – rzuca.
Kiedyś Wolna Europa, dziś Radio Maryja
O sobie mówi jako o nosicielu polszczyzny. Wzorce czerpie od wybitnych wieszczów. Na ich czele stawia Cypriana Kamila Norwida. – Norwid bardzo pomógł mi w stanie wojennym. Jego samotna walka, wierność, piękno duchowe. Zgłębianie jego słów prowadzi do objawień, bo on sam był ogromnie natchniony, przy tym głęboko wierzący – wyjaśnia. Pan Jerzy często interpretuje też twórczość ks. Piotra Skargi, bł. Jana Pawła II i kard. Stefana Wyszyńskiego. – Oni szalenie mnie inspirują, otwierają oczy na sedno patriotyzmu, na sens bycia Polakiem, na sens bycia obrońcą naszych głęboko zakorzenionych wartości – tłumaczy ten, któremu kiedyś zdarzył się występ przed Breżniewem. Tamtego spotkania z 1975 r. dziś się wstydzi. – To była akademia z okazji 30-lecia PRL. Gierek zaprosił na nią całą naszą grupę z Tadziem Łomnickim i Gustawem Holoubkiem na czele. Wtedy nie chodziło o ukłon przed tyranem, a głupio pojęty odruch patriotyczny, bo człowiek się cieszył, że choć uzależniony od wielkiego brata, to jednak ma ojczyznę, w której mógł mówić po polsku. Dziś uważam to za błąd. Mam nadzieję, że ten i kilka innych, które zdarzyły mi się, gdy miałem dwadzieścia kilka lat, zrekompensowałem tymi bardziej mądrymi posunięciami w życiu – tłumaczy dziś. Faktycznie, od lat przecież to choćby Kazania sejmowe ks. Skargi czy poezja Karola Wojtyły wypełniają jego występy. Od dwóch lat gorąco też wspiera Radio Maryja. Dlaczego? – Kiedyś słuchaliśmy Wolnej Europy – dziś wolnego polskiego radia z Torunia – odpowiada krótko.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













