Logo Przewdonik Katolicki

Uciekł - i wytrwał

Monika Białkowska
Fot.

Młody zdolny tak chciałoby się o nim powiedzieć. Studia teologiczne w seminarium, ale i w Münster i Freising, dyspensa umożliwiająca przyjęcie święceń kapłańskich mimo zbyt młodego wieku, doskonała opinia od bp. Laubitza i zgoda na studiowanie filozofii ścisłej i pedagogiki na uniwersytecie w Poznaniu, pielgrzymki do Rzymu, Ziemi Świętej, Lourdes…

 

Młody zdolny – tak chciałoby się o nim powiedzieć. Studia teologiczne w seminarium, ale i w Münster i Freising, dyspensa umożliwiająca przyjęcie święceń kapłańskich mimo zbyt młodego wieku, doskonała opinia od bp. Laubitza i zgoda na studiowanie filozofii ścisłej i pedagogiki na uniwersytecie w Poznaniu, pielgrzymki do Rzymu, Ziemi Świętej, Lourdes…

 

Wszystko to składa się na obraz człowieka, który mógł zrobić wielką karierę w strukturach kościelnych. Ale kwintesencją życia ks. Alojzego Sobaszka stała się nie kariera, ale męczeństwo.

 

Chwila słabości

Owszem, nie był ideałem. Miewał niewyparzony język – już na swojej pierwszej placówce wszedł w konflikt z proboszczem, który uznał za niezręczną którąś z jego wypowiedzi podczas lekcji religii. Aż z Kurii przyjechać musiał specjalny komisarz w celu wyjaśnienia tej sprawy, i to on uznał, że zarzuty proboszcza były przesadzone.

A kiedy wybuchła wojna uciekł, tak jak uciekało wielu innych. Uciekł, ale zaraz wrócił i ze łzami w oczach przepraszał swoich parafian w Siedleminie za tę chwilę słabości. Później jego mieszkający w Berlinie brat nakłaniał go do wyjazdu, który mógł ocalić jego życie – na próżno.

 

Działać przez cierpienie

5 października 1941 r. wpisał do parafialnych ksiąg ostatni ślub. 6 października, gdy odprawiał Mszę pogrzebową, przyjechało Gestapo. Część ludzi, uprzedzona przez kościelnego, uciekła bocznym wejściem, ale ks. Alojzy nie przerwał Mszy. Niemcy zaczekali więc do końca pogrzebu, a potem, nie pozwalając mu już nawet wejść na plebanię, aresztowali go i zawieźli do Fortu VII w Poznaniu. Tam przewodził codziennym modlitwom i medytacjom w celi, poprowadził wśród aresztowanych rekolekcje o cierpieniu, wygłosił też zapamiętane przez więźniów na długo kazanie o naśladowaniu Krzyża Zbawiciela.

Niespełna miesiąc później, 30 października, ks. Alojzy Sobaszek znalazł się w Dachau i otrzymał numer obozowy 28086. Nnajważniejszym przesłaniem, jakie głosił tam swoim życiem i słowem, było: „działać przez cierpienie”. Owo działanie przez cierpienie oznaczało duchową gotowość na śmierć męczeńską – bardzo wyraźną u ks. Alojzego Sobaszka.

 

Nie spodziewał się doczekać końca

W obozie znalazł się wraz ze swoim parafianinem Zygmuntem Sroczyńskim, który relacjonował po wojnie:

„Przez cały czas spotykałem się z ks. Sobaszkiem nieomal codziennie. Rozmawialiśmy często na temat naszych stron, wspólnych znajomych, dawnych wspólnych przeżyć i oczywiście o przyszłości naszej Ojczyzny. Przeżycia więzienne i obozowe, rygor i dyscyplina obozowa oddziałały ujemnie na psychikę ks. Sobaszka. Wątłe zdrowie, rygory obozowe, ciągłe apele, wystawianie na niekorzystne warunki atmosferyczne, głód, osłabiały księdza coraz bardziej. Pod koniec stan ks. Sobaszka był bardzo zły, tak że nie spodziewał się doczekać końca wojny. W lecie 1942 r. otrzymał ks. Sobaszek zajęcie w ogrodzie obozowym, w hodowli ziół leczniczych. Praca była nietrudna, na wolnym powietrzu. Mimo to wracał po pracy zmęczony. Na początku lipca 1942 r. czuł się już niedobrze. Przyjęcie do izby chorych napotykało trudności z powodu braku gorączki u księdza. Na tydzień przed śmiercią, tj. 25 lipca udało się ks. proboszczowi dostać do rewiru chorych, niestety przyjęto go do chorych na dyzenterię. Istniało przekonanie w obozie, że kto dostanie się do tej izby chorych, chociażby nie był chory, dostanie na pewno biegunki. Tak było też z ks. Sobaszkiem. Dostał krwawej biegunki i na skutek ciężkiego jej przebiegu, dnia 1 sierpnia 1942 r. o godz. 2 w nocy zmarł. Zwłoki śp. ks. Sobaszka spalone zostały w miejscowym krematorium”.

 

Związany silnymi więzami

Dalej Zygmunt Sroczyński relacjonował ostatnie chwile ks. Sobaszka: „Urzędowe doniesienie o śmierci ks. Sobaszka zostało przez pisarza blokowego bloku nr 28. Janeckiego z Kępna mi przedłożone. Na celi chorych tuż obok śp. ks. Sobaszka leżał ks. Konopiński Marian. Ks. Konopiński zaopatrzył ks. Sobaszka na śmierć i mnie powiadomił o wypadku śmierci, opisując bliżej szczegóły choroby i śmierci. Ks. Sobaszek prosił przed śmiercią ks. Konopińskiego, by przez moje pośrednictwo powiedzieć parafianom w Siedleminie: ks. Sobaszek wspomina swoich parafian jako ludzi dobrych, z parafią w Siedleminie czuł się związany silnymi i serdecznymi węzłami. Wszystkie cierpienia i katusze, jakie znosić musiał w obozie, poświęca Panu Bogu i ofiaruje za swoich parafian. Błogosławi wszystkim i prosi o modlitwę za swoją duszę”.

 

Nie byłem optymistą

Tyle naoczny świadek obozowego życia ks. Sobaszka. Ale i sam ks. Alojzy pozostawił po sobie świadectwa – głównie listy, które wysyłał z obozu pod adresem swojej dawnej gospodyni. Widać w nich wyraźnie, jak bardzo starał się nie pokazywać swego cierpienia, jak zachowywał pogodę ducha i jak wielką siłę czerpał z modlitwy. „Myślcie o mnie w modlitwie” – pisał ks. Alojzy. „Odczuwam opiekę Bożą nad sobą. Nie wiem, jak mam podziękować za serdeczną modlitwę. Ja modlę się bez pamięci, bez brewiarza, i polecam was opiece Bożej. Tutaj bez Mszy. Nie zamartwiajcie się, wojna uczy cierpieć i być cierpliwym”.

W ostatnich listach, krótko przed śmiercią pisał: „Czasem pragnę zasnąć spokojnie na zawsze. Polecam się nadal waszym modlitwom. To jest największa pociecha. Nie byłem optymistą, jak wiesz (…). W duchu, w modlitwie zawsze przy was”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki