Logo Przewdonik Katolicki

Krzyż Karoliny

Monika Białkowska
Fot.

Osiem lat temu, 25 sierpnia 2002 r. zmarła Karolina Lanckorońska, arystokratka, historyk sztuki, pierwsza kobieta na Uniwersytecie Lwowskim, która uzyskała habilitację, więźniarka Ravensbrück.

 

 

Kiedy czyta się jej wspomnienia wojenne, uwagę przykuwają fragmenty, dotyczące krzyża – źródła nadziei; krzyża, który pokonywał zło nie siłą, ale świadectwem i prawdą.

 

Na śmierć

„Na drugi dzień, 9 marca, zaprowadzono kilkanaście z nas jako "zwolnionych" do łaźni i do rewiru. Tam koleżanki zupełnie inaczej zrozumiały to moje pozorne zwolnienie. Jedna z nich, przechodząc, jakby mimochodem wcisnęła mi maleńki przedmiot do ręki. Dopiero po chwili zdołałam stwierdzić, że był to miniaturowy krzyżyk z wiszącym na nim Chrystusem. Widziałam już poprzednio takie przedmioty w obozie. Były one wyrzeźbione scyzorykami z rączek od szczotek do zębów. Z tego daru zrozumiałam, że donatorka przypuszcza, iż idę na śmierć. Było to w każdym razie na dłuższą metę więcej niż możliwe, a dar jej głęboko mnie wzruszył”.

 

Irytująca siła

„Za każdym razem, gdy przychodził Suhren, prositam o to coraz natarczywiej, wreszcie zdecydowałam się na jedyną drogę, która mi została, by cel ten osiągnąć, na głodówkę. (...) Pewnego dnia, jeszcze w czerwcu, przestałam więc jeść i oświadczyłam Mewis, że nie będę jadła, póki mnie nie puszczą do obozu. Tu powiedzieć muszę, że głodówka jest rzeczą bardzo przykrą tylko przez pierwsze dwa dni, później apetyt jakoś przechodzi, nawet zapach potraw stawianych ciągle przede mną nie robił już takiego wrażenia. Suhren i jego zastępca przychodzili po parę razy dziennie i namawiali, abym jadła. Ich postępowanie było mi tylko dowodem, że właśnie nie mam jeść, że mogę tą drogą osiągnąć powrót do obozu. Wieczne dyskusje z gestapowcami były męczące, gdyż byłam już trochę osłabiona, ale wiedziałam, że im sprawiam kłopot, i to mi dodawało sił. Ponieważ już nie wstawałam, po prostu by się zbytnio nie męczyć, "goście moi" stawali u stóp mego łóżka i tłumaczyli mi, że głodówka nie jest środkiem walki godnym mnie (...) itd. Podczas tych niezbyt interesujących przemówień rzucali od czasu do czasu zabawnie zirytowane spojrzenie na miedziany krzyżyk z Asyżu, który wisiał nad moją głową, ale nigdy nic na ten temat nie powiedzieli. Ja ciągle powtarzałam to samo, że albo, skoro nikt nigdy żadnych zarzutów przeciwko mnie nie sformułował, powinnam być wreszcie zwolniona, albo, jeśli mnie tu trzymają za to tylko, że jestem Polką, co jest oczywiście największym dla mnie zaszczytem, powinnam być traktowana na równi z innymi Polkami”.

 

Przysięga na wierność

„W owych dniach wystąpił Boguś z projektem nowym. Wysyłali go teraz codziennie w pobliże Ravensbriick w celu wykonywania jakichś robót malarskich. Ponieważ potrafił sobie zdobyć jakiś pseudopapier i wpisał tam fikcyjne nazwisko, chce uciec do Polski i zawiadomić o wszystkim, co się tutaj dzieje. (...) Wyglądało na to, że nikt z nas nie miał wyjść żywcem przy końcu, który się nieubłaganie zbliżał. Zdecydowałam się wówczas spisać meldunek na chustce do nosa, którą chłopak wszył w kurtkę i dałam mu kontakt do Krakowa. (...) Gdy przyszedł, młodziutka jego twarz zdradzała wielkie wzruszenie. Wiedział, na co przychodzi. Po chwili przyciszonym, ale mocnym głosem powtarzał za mną słowa naszej przysięgi, trzymając palce na maleńkim moim krzyżyku z wiszącym nań Chrystusem. Jakże dziwnie ta nasza rota brzmiała w murach ravensbriickskiego bunkra! W dwa dni potem Ramdohr kazał zaaresztować Bogusia, który zdołał mi przez okno celi szepnąć, żebym była spokojna, gdyż chusteczkę spalił, a o przysiędze pamięta”.

 

Łatwiejsze

Raz zauważyłam, że grupka Sowietek nad czymś radzi, przy czym od czasu do czasu zerkają w moją stronę. Po chwili jedna się odczepiła i zbliżyła do mnie. Krzątając się koło stołu, który właśnie myłam, zapytała jakby od niechcenia: "Pani Karło, wy religiozna? Pytanie mnie zaskoczyło, bałam się, że prosta odpowiedź pozytywna nic nie da, nie wskaże drogi. "Tak, jestem wierząca, nie zawsze nią byłam, ale teraz już nią jestem od wielu lat i jestem bardzo szczęśliwa". -"Coś tam macie pod suknią na sznureczku" - i wskazała na moją szyję. Wyciągnęłam malutki krzyżyk z postacią Chrystusa. Popatrzyła uważnie. "A to wasz Bóg?" - zapytała. "Nie, to tylko jego obraz". - "A jak nie Bóg, to po co nosicie na sobie?" - "Przecież wiesz, że nas tu prawdopodobnie wszystkie zabiją". - "Tak jest" -powiedziała po prostu z godnością. "Widzisz, jak będę umierać, będę to trzymać w ręku i na to patrzeć". Podczas gdy mówiłam, zbliżyły się i tamte, które przedtem interlokutorkę wysłały, stanęły za nią i słuchały. Wreszcie ona odezwała się do mnie prawie szeptem: "Życie musi być łatwiejsze z tym niż bez tego". Wtem się lekko wzdrygnęła, bo teraz dopiero zauważyła, że towarzyszki stały tuż za nią; odwracając się, popatrzyła na nie spode łba i uciekła prędko. Tamte też się rozeszły, udając, że nie słyszały tych słów, tak bardzo niewłaściwych...

 

Prawda

„Raz, pamiętam, gdy przyniosłyśmy zwłoki do trupiarni jak zwykle, napadła na mnie z dzikim krzykiem grupa z Leichenkolonne, złożonej z Niemek i - głównie - z Cyganek. Padały jakieś straszliwe obelgi, których większości nie rozumiałam. Wreszcie zdołałam zapytać, o co w ogóle chodzi, "bo przecież między nami nigdy żadnej przykrości nie było". Znowu wrzask. "Ty, taka a taka, ciebie to my dobrze znamy. Ty zawsze twoim trupom składasz tak ręce (tu złożyły swoje prawie trupie szpony jak do modlitwy) albo tak (ręce na krzyż). My dobrze wiemy, co to znaczy, my dobrze wiemy!" I znowu obelgi. We mnie wstąpił dziwny spokój w tym strasznym hałasie. Przeczekałam - wreszcie powiedziałam bardzo spokojnie, ale dobitnie: "Nie macie pojęcia, jak ja się cieszę, wprost ogromnie się cieszę, że wiecie, o co tu chodzi. Nie ma na świecie rzeczy ważniejszej i jest wielkim szczęściem wiedzieć, co ten znak mówi". Cisza. Stały bez ruchu, jakby piorunem rażone, wpatrzone we mnie z przerażeniem. Potem wbiły wzrok czarnych oczu w ziemię, czarne kudły opadły na czoła. Cisza. Wreszcie je pozdrowiłam i wróciłam na blok z koleżanką, niosąc nasze drzwi. Od tego czasu Leichenkolonne odnosiła się do mnie z największym respektem, nie bez pewnego lęku. Nieraz później myślałam nad tym, czy to nie była w życiu tych nieszczęsnych istot jedyna chwila, w której przez wąziutką szparę ujrzały blask Prawdy?”

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki