Logo Przewdonik Katolicki

Droga krzyżowa z Krzemieńca

Adam Suwart
Fot.

Według Ewy Siemaszko, jednej znajbardziej uznanych badaczek ludobójstwa dokonanego na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich wczasie IIwojny światowej, wrzezi tej zginęło nawet 60 tysięcy ludzi. Wśród nich była rodzina89-letniej dziś Marii Gogulskiej.

Według Ewy Siemaszko, jednej z najbardziej uznanych badaczek ludobójstwa dokonanego na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich w czasie II wojny światowej, w rzezi tej zginęło nawet 60 tysięcy ludzi. Wśród nich była rodzina 89-letniej dziś Marii Gogulskiej.

 

Gdy zamykam za sobą drzwi wejściowe do kamienicy położonej na poznańskim Łazarzu i wchodzę na pierwsze piętro budynku, zamiera zostawiony za plecami gwar miasta, a historia, jaką za chwilę usłyszę, jest dowodem na to, jak banalne są często nasze codzienne „problemy”, do których przykładamy tyle wagi.

Pani Maria Gogulska z domu Mackiewicz ma prawie 90 lat, choć jej spokojne i dystyngowane oblicze oraz łagodny uśmiech wcale tego nie sugerują. Wprawdzie przed 10 laty przeszła udar i ma od tego czasu problemy z chodzeniem, to jednak zachowała znakomitą pamięć, chęć do rozmowy i podzielenia się wspomnieniami. I chociaż opowiadana melodyjna frazą, z pięknym kresowym zaśpiewem historia jest dramatyczna, ba, niepojęta dla młodych pokoleń, to jednak pani Maria opowiada ochoczo. Ona, jak mało kto wie, że pamięć jest najważniejsza. A takich świadków już z każdym miesiącem jest coraz mniej…

 

Krzemienieckie losy

– Pochodzę z Kresów Wschodnich, gdzie urodziłam się w 1923 r. Miałam więc ukończone 16 lat, gdy wybuchła wojna i po 17 września 1939 r. naszą rodzinną miejscowość, Podhajcową k. Krzemieńca, zajęli Sowieci.

Dla Polaków na Wołyniu i Podolu nastały ciężkie czasy. Wkrótce po jednym zaborcy przyszedł kolejny najeźdźca – Niemcy, które w czerwcu 1941 r. napadły na ZSRR, swego dotychczasowego sojusznika. – Przebywałam wtedy w Krzemieńcu, gdzie zawiózł mnie ojciec, bym uczestniczyła tam w tajnym nauczaniu – opowiada pani Maria. – Początkowo miasta dobrze nie znałam, szybko jednak je polubiłam. Urzekło mnie centrum z budynkami urzędowymi, kościołem i gmachem słynnego liceum. Tego samego, do którego uczęszczał Juliusz Słowacki. Obok owych „Aten Wołyńskich” pani Maria wspomina też dom polskiego wieszcza narodowego, zamieniony już w czasach jej dzieciństwa na muzeum rodzinne poety.

Szczególnie chętnie młoda Maria spacerowała nad przepływającą przez Krzemieniec rzeką Ikwą oraz wybierała wędrówki na obrzeża miasta. – Pamiętam zbocza nad rzeką, pokryte zielenią i malowniczo położonymi budynkami – opowiada po 70 latach, przywołując pejzaże, które poruszały też wyobraźnię Słowackiego: „A tam, gdzie Ikwy srebrne fale płyną,/Byłem ja niegdyś jak Zosia dzieciną”.

 

Dar krzyża

W pierwszy dzień wiosny 1942 r. 19-letnia Maria zawędrowała na malownicze obrzeża Krzemieńca, gdzie napotkała pochylonego staruszka. – W drewnianej szopce zobaczyłam sędziwego rzeźbiarza. Okazało się, że jest Ukraińcem wyznania prawosławnego. Miał wokół siebie mnóstwo drewnianych rzeźb, świątków. Spojrzał na mnie, długa broda dodawała mu powagi, a ja zauważyłam, że rzeźbi krzyż – relacjonuje pani Maria. Rzeźbiarz oprowadził młodą Polkę po swoim warsztacie, pytając, które z dzieł podobają się jej najbardziej. Maria wskazała na krzyż, „na którym wisiał wyrzeźbiony pan Jezus, z koroną cierniową wykonaną z korali, a pod nogami Syna stała Matka Boleściwa”. „Dytyno, pryjdy zawrta, ja tobi dam” – odpowiedział ukraiński rzeźbiarz. – Na drugi dzień poszłam do niego i z radością przyniosłam ten krzyżyk do mojej krzemienieckiej kwatery. „Dziecko, dam go tobie, trzymaj się krzyża” – powiedział mi Ukrainiec i nie zażądał zapłaty – dodaje Maria Gogulska.

– Moja radość nie trwała jednak długo – oczy pani Marii zachodzą łzami, pogodna twarz przygasa, gdy powoli wspomina następne wydarzenia. – Na drugi dzień rano zapukał do mnie sąsiad, Niemiec, który ze swoją rodziną mieszkał w tym samym budynku. Powiedział mi, że moi rodzice – mama, Barbara z domu Pazińska i tata, Emilian – oraz siostra Halinka ze swoją dwuletnią córeczką, Grażynką, zostali zamordowani przez Ukraińców z dowództwa Bandery. Ojciec miał odciętą głowę, mama na pewno krzyczała, bo miała wbity nóż w usta, siostra Halinka miała rozpruty brzuch, odcięte piersi i rozbitą głowę, a moja siostrzenica, Grażynka, była przybita dużym gwoździem przez szyję do progu w drzwiach – wyznaje pani Maria. Wkrótce relację Niemca potwierdził jej szwagier, który nie padł ofiarą tego mordu tylko dlatego, że akurat nie było go w rodzinnym domu.

– Był to jeden z pierwszych mordów, których ukraińscy nacjonaliści dopuścili się na wołyńskich Polakach, za co mieli obiecaną przez Niemców wolną Ukrainę – komentuje pani Maria.

 

Droga z krzyżem

– Gdy dowiedziałam się o zamordowaniu w tak bestialski sposób moich najbliższych krewnych, zaczęłam krzyczeć i szlochać, wybiegłam na ulicę. Skierowałam się, krzycząc, do kościoła po drugiej stronie ulicy. Usiadłam w ławce, długo płakałam i szlochałam. Wchodziły kobiety, pytały co mi się stało, a ja zalana łzami odpowiadałam, że Ukraińcy mordują Polaków. Ludzie patrzyli na mnie z przestrachem, wychodzili szybko z kościoła i uciekali do domów, by sprawdzić co z ich najbliższymi. Byłam w kościele bardzo długo, aż w końcu pojawił się kościelny, żeby zamknąć świątynię. Gdy mnie odprowadzał, docierało już do mnie, że zostałam sama na świecie.

Po powrocie do domu pani Maria jeszcze bardziej przywarła do krzyża. – Ten krzyżyk, który dostałam dzień wcześniej od ukraińskiego rzeźbiarza, wzięłam ze stołu, ucałowałam i postanowiłam z nim się już nie rozstawać. Ten krzyż to byli teraz moi rodzice i siostra z dzieckiem. W ten sposób moi zamordowani najbliżsi wędrowali ze mną przez całą wojnę. Są też ze mną do dziś! – puentuje swą historię pani Maria Gogulska.

Przestrzegana przez mieszkańców Krzemieńca Maria zdołała uciec przed ukraińskimi prześladowaniami. Droga ucieczki prowadziła jednak tylko na zachód, do kolejnego piekła na ziemi, jakim była III Rzesza. Wielu Polaków starało się „załapać” na możliwość robót przymusowych na terenie Niemiec, w nadziei, że choć i tam warunki były straszne, to może jednak dzięki pracy uda im się przetrwać. Po tygodniowej, męczącej podróży Maria dotarła do Berlina, gdzie została skierowana do pracy przymusowej w zakładach zbrojeniowych. Po jakimś czasie trafiła do obozu pracy. Któregoś dnia wezwał ją do siebie oficer z obozowej komendantury. Okazało się, że oprawca chce młodą i urodziwą Polkę wykorzystać. I znów, zrządzeniem Opatrzności, hitlerowski oficer o złych zamiarach musiał wyjść nagle z pokoju, wywołany do telefonu. Odważna i zdesperowana Maria wykorzystała tę chwilę i uciekła z budynku przez okno. Następnie udało jej się wydostać z terenu obozu. Biegła przed siebie przez lasek, płacząc, zmęczona i wstrząśnięta tym, co chwilę wcześniej mogło się wydarzyć.

(akapit) Gdy dotarła do najbliższego domostwa, otworzyła jej Niemka. Wpuściła ją do środka, podała coś do jedzenia i starała się ją uspokoić. Wkrótce przyjechał mąż Niemki. Okazało się, że jest to wysoki funkcjonariusz NSDAP. Maria pomyślała, że jest już skończona. Widziała bowiem, co Niemcy wyprawiali z Polakami. Jednak znów Boża Opatrzność miała wobec niej inne plany. Młoda Polka bardzo spodobała się Niemce, gdyż przypominała jej zmarłą córkę. Niemka uprosiła więc męża, by zostawili Marysię u siebie, aby pomagała im w domu. I tak się stało. Maria Gogulska przetrwała resztę wojny w Berlinie. – Pamiętam, jak Niemcy, u których mieszkałam, ewakuowali się pod koniec wojny z Berlina razem z najważniejszymi dygnitarzami III Rzeszy w obliczu postępującej ofensywy sowieckiej. Ja zostałam, mimo że Niemka chciała mnie zabrać ze sobą. Nie było to jednak możliwe. – Pamiętam, jak płonął Berlin, a ja pośród bombardowań, pożogi, walących się ścian budynków biegłam przez rumowiska z moim ukraińskim krzyżem w ręku. Przeżyłam dzięki niemu – dodaje Maria Gogulska.

Po wojnie pani Maria zamieszkała w Środzie Wielkopolskiej, a od kilkunastu lat mieszka w Poznaniu z najbliższą rodziną. Doczekała się 10 wnucząt i tyleż samo prawnucząt. To dla nich spisała swoje wspomnienia i im opowiada o najtragiczniejszych losach Polaków, których i ona doświadczyła, gdyż uważa, że pamięć i prawda historyczna są najważniejsze.
 


***
 
Rzeź wołyńska była ludobójstwem, jakiego w latach II wojny światowej ukraińscy nacjonaliści dopuścili się wobec ludności polskiej byłego województwa wołyńskiego II RP, okupowanego przez Niemcy po ataku III Rzeszy
na ZSRS. Apogeum zbrodniczej działalności przypadło na okres od lutego 1943 r. do lutego 1944 r. Choć dokładna liczba ofiar nie jest znana, to historycy szacują ją od 30 do 60 tys. Polaków. Według badań przeprowadzonych przez Władysława i Ewę Siemaszków, na Wołyniu liczba udokumentowanych ofiar
polskich wyniosła 36 543–36 750 znanych z nazwiska Polaków oraz dalsze od ok. 13 500 do ponad 23 000 ofiar, których okoliczności śmierci nie są znane, co daje szacunkową liczbę 50–60 tys. zamordowanych Polaków.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki