Logo Przewdonik Katolicki

Dzikie Pola, rubieże i kresy

Adam Suwart
Fot.

Choć nie należą już do terytorium Polski, a ich polskie, swojsko brzmiące nazwy pozmieniano, albo zapisuje się je urzędowo grażdanką, to jednak nadal żyją w polskiej duszy. Już to w sercach coraz mniej licznej grupy tych, którzy na Kresach się urodzili czy wychowali, to znowu w znacznej części naszej narodowej literatury.

Choć nie należą już do terytorium Polski, a ich polskie, swojsko brzmiące nazwy pozmieniano, albo zapisuje się je urzędowo grażdanką, to jednak nadal żyją w polskiej duszy. Już to w sercach coraz mniej licznej grupy tych, którzy na Kresach się urodzili czy wychowali, to znowu w znacznej części naszej narodowej literatury.

 

Najpierw były bodaj Dzikie Pola. Już od XV w. te odległe stepy zwane Niżem, lub częściej Zaporożem, intuicyjnie odczuwano jako kres. Kres Polski, kres rozległej, dostojnej Rzeczypospolitej, która z małego państewka Mieszkowego, przyjmującego w X w. chrześcijaństwo, stała się rozległym europejskim mocarstwem. Ale też kres cywilizacji chrześcijańskiej, najdalszy bastion owego Antemurale Christianitatis. Hen daleko od Piastowskiej kolebki, z Gnieznem i Poznaniem, za rozległymi stepami, w dolnym biegu dzikiego Dniepru, za porohami, czyli skalnymi progami na rzece, leżało – nazwane tak od ich miana – Zaporoże. Można je uznać za początek polskich Kresów, nie tyle w sensie geograficznym, ile kulturowym, społecznym i historycznym. Niegdyś grasowali tam Tatarzy czy koczownicze plemiona Pieczyngów, by po unii lubelskiej z 1569 r., kiedy to ziemie te wcielono do Korony, zaczęli docierać tam Polacy. Mieszali się oni z ludnością tubylczą, a także licznymi osadnikami czy uciekinierami z Mołdawii albo ziem ruskich. Ten amalgamat nacji, wyznań, języków miał na zawsze – to znaczy aż do II wojny światowej, kiedy wchłonięty został przez sowieckiego Lewiatana i zdmuchnięty smoczym tchnieniem II wojny światowej – pozostać cechą immanentną Kresów. 

Powszechnie jednak, mówiąc o Kresach Wschodnich, myślimy o tych kresach, które istniały w II Rzeczypospolitej. W okresie międzywojennym obejmowały województwa: nowogródzkie, tarnopolskie, poleskie, stanisławowskie, wileńskie, wołyńskie oraz fragmenty województwa lwowskiego i białostockiego. Tereny te były najbardziej zróżnicowanymi narodowościowo, językowo i religijnie obszarami II Rzeczypospolitej. Przeto życie tam było z jednej strony trudne, z drugiej barwne, pełne uroku, niezwykłych tradycji, zadziwiających niejednego Polaka z innych części kraju. Wybuch wojny zabił ten świat. Kresy były okupowane przez Sowietów oraz Litwę kowieńską, a od czerwca 1941 r. przez Niemców. Od 1944 r. na tereny te ponownie wkroczyła Armia Czerwona. W 1945 r. dawne Kresy Wschodnie II Rzeczypospolitej zostały wcielone do republik związkowych Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. Polska straciła prawie połowę swojego przedwojennego terytorium, co zaakceptowała m.in. Wielka Brytania i USA, nie pytając polskich władz o zdanie.

Mimo to Kresy żyją w świadomości Polaków. Po przełomie roku 1989 modne stały się wyjazdy do Lwowa, Wilna czy mniejszych miejscowości. I choć relacje międzypaństwowe z naszymi wschodnimi sąsiadami są trudne, to jednak podróże po Kresach nadal fascynują i są podejmowane. W przeprowadzonych kilka lat temu badaniach ponad połowa Polaków określiła dawne kresy jako ziemie typowo polskie. Co ciekawe, wśród badanych byli też ludzie młodzi. W Polsce działają też stowarzyszenia kultywujące pamięć o dawnej kresowej Polsce. Tym jednak różnią się one od rozmaitych niemieckich ziomkostw „wypędzonych”, że nigdy nie przedstawiały one na poważnie czy oficjalnie żadnych roszczeń rewizjonistycznych, terytorialnych. Kresowi Polacy potrafią bowiem pięknie tęsknić, nie raniąc przy tym innych narodów i ludzi. A gdy odezwą się ze swym charakterystycznym kresowym zaśpiewem, nawet synowi odległej Wielkopolski, Pomorza czy Śląska mięknie serce.

Pamięć o Kresach podtrzymują także częste w ostatnim czasie publikacje, jak chociażby wydany właśnie album autorstwa Piotra Jacka Jamskiego pod tytułem Pocztówki z Kresów przedwojennej Polski. Możemy poznać owe wschodnie krańce przedwojennej Polski – mimo upływu 80 lat – z pierwszej ręki. Narracja książki oparta jest bowiem na odnalezionych archiwalnych kartach pocztowych z lat 1932–1939. Pisał je do swej córki Antoniny, mieszkającej w przedwojennym Poznaniu, nieznany już nam dzisiaj z imienia i nazwiska inżynier. Przebywał on we wspomnianym okresie, z niewielkimi przerwami, na Kresach Wschodnich, gdzie z ramienia Polskich Kolei Państwowych zajmował się nadzorem nad pracami przy modernizacji i budowie tras kolejowych. Zapewne ów inżynier miał tam niemało pracy, bowiem ziemie dawnego zaboru rosyjskiego były słabo opięte wątłą siecią kolejowych połączeń. Budowano więc nowe magistrale, a i starym trzeba było poświęcić wiele czasu i wysiłku, poprawiając ich stan techniczny. Wielomiesięczna rozłąka z domem rodzinnym sprawiła zapewne, że inżynier, tęskniąc za swą córką Antoniną, przypuszczalnie jedynaczką, wyrażał to ojcowskie uczucie w piśmie, zapełniającym kartonową powierzchnię pocztówki. Urzeka piękna polszczyzna, którą się przy tym posługiwał. W albumie znajdujemy aż sto takich relacji, uporządkowanych geograficznie, by poprowadzić czytelnika śladem anonimowego przedwojennego inżyniera kolejnictwa. Jest to zarazem podróż poprzez pejzaże, bujną przyrodę, gwar dużych kresowych miast, mniejszych miasteczek, poprzez rzewne w swej skromnej szacie wioski, przysiółki czy nawet bezdroża. Wspominając córce odwiedzone miejsca, zasłyszane anegdoty, napotkanych ludzi, inżynier odmalował prawdziwy, choć widziany oczyma jednego człowieka, koloryt, krajobraz, nastrój i atmosferę dawnych Kresów, których dziś już nie odnajdziemy namacalnie.

Mimo że korespondencja ta z natury rzeczy była prywatna, stała się ona po ośmiu dekadach prawdziwym reportażem historycznym, przenicowanym zgoła dydaktycznym wykładem kresowej historii, mieszającej się z anegdotami, legendą, a nawet bajką. Zredagowane relacje przedwojennego inżyniera zostały zilustrowane fotografiami, które wprawdzie nie pochodzą z konkretnych kart pocztowych, ale są do nich maksymalnie zbliżone. Zaczerpnięto je z różnych prestiżowych zasobów, wśród których dominują zbiory Biblioteki Narodowej, Narodowego Archiwum Cyfrowego i Instytutu Sztuki PAN. A jeśli dodamy do tego, że całość opatrzona jest przejrzystymi, ale rzetelnymi objaśnieniami i przypisami, to możemy być pewni, że zgoła sentymentalny i nostalgiczny album stanie się mimochodem podręcznikiem historii obyczaju, kresowej kultury, antologią tamtejszej architektury, znakomitym bedekerem, pomagającym w wyprawie w przeszłość.

 

 

W tekście korzystałem z książki Piotra Jacka Jamskiego, Pocztówki z Kresów przedwojennej Polski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2012.


 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki