Logo Przewdonik Katolicki

Jestem szaleńcem pokory...

Dominik Górny
Fot.

Wiesław Komasa,aktor teatralny, filmowy i telewizyjny


Wiesław Komasa,aktor teatralny, filmowy i telewizyjny

 

 

Nawiązując do prezentacji „Verba Sacra”, na której przedstawił Pan fragmenty dzieła św. Jana Maria Vianneya „Nauka o grzechu śmiertelnym” – na ile wsłuchanie się w jego treść może być dla nas „rozgrzeszeniem”?

– To jest zarówno trudny temat, jak i tekst… a i pytanie nie jest proste… Mogę zatem przypuszczać, że „Nauka o grzechu śmiertelnym” jest dla nas „rozgrzeszeniem” na tyle, na ile potrafimy i chcemy w indywidualny sposób odnieść się do jego treści, znaleźć czas na zastanowienie się nad tym, co ten tekst sugeruje, do czego prowokuje i na jakie pytania żąda odpowiedzi. A nie są one łatwe do przyjęcia, ponieważ mamy do czynienia z tekstem radykalnym, który zarówno od jego słuchacza, jak i interpretatora domaga się zdecydowanej postawy.

 

W jakiej mierze wspomniany tekst zmienił w Panu sposób postrzegania grzechu? 

– Wszystko to, o czym ten tekst mówi, to jest jednak „konkret” odnoszący się do pytań i odpowiedzi, które w momencie doświadczania grzechu wywołują niepokój w naszych wnętrzach. Od „konkretu” w żaden sposób nie jesteśmy w stanie uciec, ponieważ nasze czyny ostatecznie muszą być poddane ocenie sumienia. Sądzę, że wszystko co ważne, mieści się w „konkrecie”… i należy pamiętać, że może mieć on wiele form. Ten sam „konkret” na różnych etapach życia należy pojmować wciąż na nowo, co jest nieodzownym warunkiem, żeby rozumieć je „bardziej i głębiej”. A po co „głębiej”? – aby znów zadawać te same pytania… Takie podejście i ten rodzaj postawy Gombrowiczowi udało się określić dwoma słowami: „Ważne – boli”…

 

Czy to, co „ważne” musi boleć?

– Oczywiście, że tak. Poruszamy się w obrębie tych samych pytań, które zadawane na różne sposoby, przynoszą nowe prowokacje, które też oczekują bliższych i dalszych pytań i odpowiedzi. A powinniśmy się z nimi mierzyć, bo jest to rodzaj pracy nad sobą. Ona zaś dąży do wewnętrznego zrozumienia i nazwania stanu, który się przeżywa. Wymaga od nas zmiany myślenia, sposobu postępowania, odnoszenia się do bliźnich. I nie muszę chyba dodawać, że właśnie owa zmiana bywa czymś najbardziej bolesnym, bo wymaga dostrzeżenia nowych „brzegów”, które człowiek sam sobie wyznacza. „Rzeka”, która w nim płynie, jest taka sama – sztuka polega na tym, żeby sprawić, aby w odpowiednim momencie „rzeka” płynęła wolniej bądź szybciej, a nawet zmieniła kierunek przepływu...

 

Odnosi się Pan tu do swojej książki „Mieć jak rzeka swoje źródło”…

Im więcej mam lat, tym bardziej ufam przekonaniu, że nie należy się zmieniać… Co więcej, powinno się wsłuchiwać w swoje korzenie, w tytułowe „źródło”, z którego czerpiemy swój początek. I to właśnie z niego należy brać najwięcej siły i energii do zrozumienia i wyjaśnienia wszelkich okoliczności życia. Jeśli pamięta się o swoim źródle, łatwiej „płynąć” przez długie lata, bo w „źródle” kryje się świadomość Domu – tego, że mimo burz ma się do kogo i do czego powracać, aby pójść jeszcze dalej. Ze świadomości własnego źródła można czerpać codzienną radość życia.

 

Zapewne również taką radość, jaka wypływa z przekonania, iż w krakowskiej szkole teatralnej nauczył się Pan „wielkiej pokory i wielkiego szaleństwa”. Czy nazwałby Pan siebie „szaleńcem pokory”?

– Tak, udało się panu uchwycić istotę moich rozważań, bo choć z reguły trudno sobie wyobrazić, aby szaleństwo można było pogodzić z pokorą, to jednak staram się być „szaleńcem pokory”.

Być pokornym wcale nie oznacza rezygnacji z szaleństwa – wręcz przeciwnie – szaleństwo może pokorze pomagać, na przykład w osiągnięciu wolności, zarówno wewnętrznej, jak i wypowiadania się. Szczególnie ten jej drugi rodzaj musi być podszyty szaleństwem. Przyznam szczerze, że to właśnie od ludzi „szalonych” najwięcej się nauczyłem i czerpałem wiele dobra. Pozostają dla mnie na tyle ważni, że o każdym z nich mógłbym napisać osobny rozdział książki. Mam nawet swoje prywatne przemyślenie, że Bóg musi mieć w sobie duże poczucie humoru, skoro nie tylko dostrzega „szaleńców”, ale im pomaga, obdarza cierpliwością, aby mieli czas na odnalezienie się w życiu. Kto jest tego przykładem? – św. Franciszek, św. Augustyn… ale również artyści współcześni, tacy jak na przykład Edith Piaf… Wyobrażam sobie, że jeśli człowiekowi uda się zwariować na punkcie pokory, to odbierze siłę swojej pysze, bo skoro pokora „wariuje”, to tak samo „szalona” nie może być przecież pycha.

 

Na ile pokora i szaleństwo pozwalają Panu umacniać więzi międzyludzkie?

Pomagają w bardzo dużym stopniu i myślę, że ciągle mierzę się z takimi sytuacjami… Jeśli chodzi na przykład o wychowanie moich dzieci. Za każdym razem, kiedy chciałem egzekwować stosowne zachowanie względem swojej osoby, to starałem się, aby moje relacje z nimi były podszyte szaleństwem, poczuciem humoru i nienazwaniem czegoś wprost. Najszczęśliwiej czuję się wtedy, kiedy udaje mi się zachować „szaleństwo życia”, czyli większą czujność i słyszalność „tonów”, impulsów, którymi grają moje dni. I tę „muzykę” może usłyszeć jedynie szaleniec, bo człowiek niemający „łaski humoru” będzie potrafił być wyłącznie skoncentrowanym na sobie i rzeczach nieszalonych, które są zazwyczaj „szare” i mało ciekawe. Tymczasem pokora, jako rodzaj koncentracji w człowieku, podszyta szaleństwem, nie musi być wcale nudna…

 

…i może się z niej zrodzić fascynacja drugim człowiekiem, o czym często rozmawia Pan ze swoimi studentami.

Niezmiennie mnie zaskakuje i wzrusza jedna rzecz – kiedy widzę, że młody człowiek ma jakąś pasję i jest utalentowany. Wtedy już wiem, że nie muszę go niczego uczyć, tylko powinienem być jak ogrodnik, który czuwa nad odwagą ukierunkowania go w dobrą stronę światła… Zadowolenie z mojej pracy na uczelni czerpię z dostrzeżenia sytuacji, kiedy młody człowiek pragnie się jak najwięcej dowiedzieć o życiu, postrzegając je przez pryzmat swojego talentu.

 

A jeśli mowa o poznawaniu życia – czy poezja jest retoryką zetknięcia z rzeczywistością, czy raczej próbą odpowiedzi na jej paradoksy?

Nie chciałbym się nigdy tego dowiedzieć, a jeśli już, to nie być świadomym odpowiedzi. Myślę, że poezja jest chwilą… uchwyceniem natchnienia. Wydaje mi się też, że na uchwyceniu takiej chwili powinna polegać jej interpretacja. Bo jeśli nawet poezję można przeczytać logicznie, to nie będzie to z sobą niosło żadnego odkrywczego waloru. Poezja to zapisane „nuty”, które trzeba samemu wyśpiewać…     

 

 

      

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki