Stało się jednak inaczej - nadzwyczajna mobilizacja obywatelska Polaków po tragedii smoleńskiej sprawiła, że wymagane sto tysięcy podpisów udało się bez większego trudu zebrać aż dziesięciu kandydatom do prezydentury. Siłą rzeczy zmieniła się więc także koncepcja całego artykułu. Poglądy kandydatów na kluczowe kwestie przedstawiliśmy ostatecznie w skróconej wersji, w formie tabelki, a ich sylwetki nakreśliliśmy w sposób bliższy raczej formule otwartych pytań niż próbie szukania gotowych odpowiedzi. A zatem dziesiątka na start!
Siła, czyli słabość
Kiedy jednych irytuje staromodny wąs Bronisława Komorowskiego, inni twierdzą, że uosabia on właśnie jego swojskość, przewidywalność i sympatyczną nadwiślańską przaśność. Gdy oponenci zarzucają marszałkowi Sejmu polityczną bezpłciowość, kompletną bezbarwność i nadmierną zachowawczość, jego zwolennicy argumentują, że takie właśnie cechy powinien mieć prezydent „wszystkich Polaków”. W istocie rzeczy dylemat potencjalnych wyborców Komorowskiego sprowadza się więc do rozstrzygnięcia prostej wątpliwości: czy szklanka jest do połowy pełna, czy może jednak raczej od połowy pusta?
Znacznie poważniejsze - a dziś nadal otwarte - pozostaje jednak pytanie dotyczące samej wizji potencjalnej prezydentury w wykonaniu Komorowskiego. Czy będzie to li tylko rola posłusznego wykonawcy partyjnych poleceń, płynących z gabinetu premiera przy Alejach Ujazdowskich, czy jednak w miarę samodzielna funkcja? Póki co „zastępczy prezydent” Komorowski pokazał na przykładzie ustawy o IPN-ie czy kilku innych swoich kontrowersyjnych decyzji, że prezydentura wcale nie musi ograniczać się jedynie do żyrandola, orderów i pałacowych marmurów.
Tu zaszła zmiana
Jeśli ktoś twierdzi, że Jarosław Kaczyński nie zmienił się pod wpływem smoleńskiej tragedii, ten chyba naprawę nie wie, o czym mówi. Wystarczy przecież rzut oka na twarz prezesa PiS-u, by stwierdzić, że to nie jest ten sam człowiek, którego znaliśmy przed 10 kwietnia. Pozostaje natomiast pytanie o kierunek, głębię i trwałość tej zmiany; pytanie, którego na pewno nie rozstrzygnie kilkutygodniowa przyśpieszona kampania wyborcza.
Nie miejmy złudzeń, Kaczyński będzie nadal politykiem z niezwykle wyrazistym programem. Zmienić się może za to forma uprawiania przezeń polityki. Do tej pory bowiem szef PiS-u zbyt często opierał się na złotej politycznej zasadzie „cel uświęca środki”. Stąd koalicja z „przystawkami” spod znaku LPR i Samoobrony, czy pamiętne, odbijające się do dziś polityczną czkawką, słowa wypowiedziane pod gdańską stocznią o tych, co „stoją tam, gdzie wtedy stało ZOMO”. To były poważne błędy, które wytrawnemu politykowi, aspirującemu do roli męża stanu, nie miały prawa się przytrafić. Czy teraz będzie inaczej?
Beton z czystą hipoteką
Nasz Zapateralski, Grzegorz Krzyżozabieralski, nowy jastrząb na lewicy - tak nazywano Grzegorza Napieralskiego po wyborze na stanowisko szefa SLD. Dziś niewiele zostało z tamtego entuzjazmu, a nowy przewodniczący Sojuszu szybko zyskał w szeregach własnej partii opinię mało inteligentnego, ale za to chorobliwie ambitnego aparatczyka.
SLD pod jego sterami nie udało się także otwarcie na nowy elektorat. Wręcz przeciwnie - do partii zaczęli wracać dawni pretorianie w rodzaju Leszka Millera czy Józefa Oleksego. Nie zmieniły się również najważniejsze założenia programowe Sojuszu, które wyznacza ciągle nieśmiertelny tercet: antyklerykalizm, postęp obyczajowy i reminiscencje z gatunku „za komuny był lepiej”.
Głównym atutem Napieralskiego pozostaje więc nadal jego młodość i czysta hipoteka z okresu PRL (symptomatyczne, że to właśnie on jako jedyny kandydat nie musi składać oświadczenia lustracyjnego). I szef SLD korzysta z tej karty często i chętnie. Czy jednak zdoła utrzymać partyjne przywództwo w razie wielce prawdopodobnej dotkliwej porażki w prezydenckich wyborach?
Przyczajona zielona kobra
Waldemar Pawlak zupełnie niezasłużenie bywa politykiem lekceważonym i niedocenianym. Nazywanie szefa PSL–u Lordem Vaderem polskiego Sejmu, Waldkiem Ochotniczym Strażakiem albo chodzącym eksponatem z gabinetu figur woskowych Madame Tussaud, śmieszy jednak tylko tych niewtajemniczonych. Ci, którzy mieli okazję poznać drugie oblicze premiera Pawlaka wiedzą, że to najwyższej klasy gracz polityczny, a jego rzekoma ospałość, niezborność ruchów i spłoszony wzrok to tylko pozory. W rzeczywistości Pawlak jest zawodnikiem wyjątkowo odpornym na ciosy, wręcz „teflonowym”, prącym do przodu z siłą konia pociągowego, a jednocześnie niezwykle elastycznym, by nie powiedzieć wręcz obrotowym w politycznych kompromisach. I to właśnie on, jak mało kto, umie działać w myśl zasady: wszystko jest kwestią ceny. Czy takie cechy powinien mieć mąż stanu? I czy - tak często zachwalana przez PSL - „zielona strona mocy” oznacza coś więcej niż tylko politykę rozszerzania wpływów ludowców oraz chuchania i dmuchania na wiejski elektorat?
Dandys na rozdrożu
Polityczna hybryda, człowiek, który nieustannie przepoczwarza się, zrzuca skórę, pączkuje i ewoluuje. Tak w skrócie można podsumować całą dotychczasową karierę Andrzeja Olechowskiego. On samo mówi o sobie jednak „liberał”, a jeszcze częściej: „bezpartyjny fachowiec”.
Ale czy słusznie? Wiele jego poglądów nijak nie pasuje do klasycznych założeń liberalizmu, a sam Olechowski ma permanentne problemy z oderwaniem się od mainstreamowej otoczki i koleżeńskich grup interesu. Podobnie wyglądają zresztą poszczególne etapy jego politycznej aktywności: Od Platformy Obywatelskiej, przez filtry z „postępową częścią postkomunistycznej lewicy”, aż po nieustanne powroty do koncepcji „niezależnego kandydowania”.
Olechowski ma przy tym zadatki na klasycznego polityka w amerykańskim stylu: dobrą prezencję i elokwencję, a także pewien rodzaj uroku osobistego, z którego niewątpliwie potrafi robić użytek. Tyle tylko, że nie idzie za tym jakakolwiek stałość poglądów owego ujmującego kandydata warszawskich salonów - dziś liberała, wczoraj konserwatysty, a jutro…?
Pragmatyczny idealista
Marek Jurek ma właściwie wszystkie cechy potrzebne dobremu politykowi: inteligencję, szerokie kontakty, szacunek nawet wśród politycznych przeciwników, skrystalizowane poglądy, a nade wszystko mocną „legendę” niezłomnego obrońcy ludzkiego życia.
Dlaczegóż więc wlecze się w ogonie politycznych rankingów popularności?
Niektórzy uważają, że jest po prostu zbyt spokojny i nie ma tego wewnętrznego ognia, który pociąga tłumy. Sama uczciwości, elokwencja i kultura osobista to za mało – przekonują. Bo też czy każdy z nas musi lubić szkolnych prymusów? Inni z kolei przypominają, że Jurek nie zawsze był taki bezkompromisowy i pryncypialny, wypominając mu krótką pamięć o dawnych politycznych przyjaciołach, niezagłosowanie przeciwko prezydenturze gen. Jaruzelskiego czy też przyjęcie z rąk prezydenta Lecha Wałęsy politycznej synekury w postaci lukratywnego szefostwa w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji.
Tak czy owak jest dziś na pewno jednym z niewielu polityków, którego stać na bezkompromisowość w najbardziej fundamentalnych kwestiach. Tylko czy to wystarczający atut wobec braku szerszego politycznego zaplecza?
O cztery ruchy za daleko
Janusz Korwin-Mikke – najlepszy szachista wśród polityków i najlepszy polityk wśród szachistów. To wyświechtane zdanie doskonale oddaje jednak istotę sposobu pojmowania i uprawiania polityki przez najbardziej radykalnego polskiego zwolennika gospodarski wolnorynkowej.
JKM znany jest wszak ze swojego myślenia „kilka ruchów naprzód”, sprowadzającego się do planowania bieżących działań wyłącznie w perspektywie długodystansowej. Szkopuł w tym, że zapomina przy tym często o tym, co „tu i teraz”. Konsekwencją takiego bujania w obłokach oraz całkowitego braku politycznego pragmatyzmu jest nieprzerwane pasmo wyborczych porażek. I pod tym względem właściwie nic się nie zmieniło od 1992 roku. Podobnie jak fascynacja, by nie powiedzieć wręcz nabożny stosunek, jakim darzą Korwin-Mikkego młodzi ludzie, a zwłaszcza studenci. Bo jak tu nie zachwycać się jego błyskotliwością, niezwykłą barwnością języka, celnością porównań i łatwością syntetycznego myślenia? Cóż jednak z tego, skoro coraz bardziej jest to bezproduktywna sztuka dla sztuki?
Wielbiciel Hugo Chaveza
Bogusław Ziętek to z pewnością najbardziej tajemniczy ze wszystkich kandydatów startujących w tegorocznych wyborach prezydenckich. Niby mówi dużo i głośno, ale tak naprawdę na polskiej scenie politycznej jest cały czas postacią anonimową.
Wiadomo, że Ziętek i jego związkowcy z „Sierpnia 80” są radykalni. Bardzo radykalni. Polityczne credo Ziętka zawiera się zresztą w słynnym, po wielokroć cytowanym, zdaniu: „My nie chcemy zabijać kapitalistów. My ich żywcem obedrzemy ze skóry”. Jego teorii walki klas nie powstydziłby się partyjny czynownik z okresu rozkułaczania wsi, a w radykalizmie lewicowych postulatów bije na głowę samego Grzegorza Napieralskiego (jako jedyny opowiada się np. za prawnym zakazem umieszczania symboli religijnych w przestrzeni publicznej).
Ale to naprawdę materiał na rasowego polityka, na dodatek świetny mówca, który cały czas się uczy, i to uczy bardzo szybko. A poza tym jest wszędzie tam, gdzie nie docierają inni kandydaci: w biedaszybach, na komorniczych eksmisjach i w noclegowniach dla bezdomnych…
Drugie podejście fizyka
On nie pasuje do dzisiejszego politycznego świata – stwierdził ktoś na wieść o kandydowaniu Kornela Morawieckiego w tegorocznych wyborach prezydenckich. Legendarny twórca „Solidarności Walczącej” wraca po prawie dwudziestu latach politycznego niebytu, choć jeszcze kilka lat temu w wywiadzie dla „Przewodnika Katolickiego” mówił: „myślę o polityce, ale jej nie uprawiam”. Dlaczego więc zdecydował się na start? Jego zwolennicy przekonują: z uczciwości i troski o Polskę. Tych przymiotów nikt mu zresztą nie odmawia. Morawiecki od zawsze uchodził za kryształowo uczciwą postać, ale jednocześnie jakby trochę odklejoną od rzeczywistości. I to nie tylko dlatego, że jego zawodowym żywiołem był hermetyczny akademicki świat fizyki i algebry, ale przede wszystkim ze względu na poglądy społeczne, odwołujące się do dziś do haseł „solidaryzmu” rodem z wieców 1980 roku.
Ale to nie pierwsza jego przygoda z wyborami prezydenckimi. W 1990 roku kandydatura Morawieckiego w ostatniej chwili nie została zarejestrowana. W ciągu jednej nocy zginęła wówczas część podpisów z poparciem dla jego osoby.
Mulat na targowisku
Przykład Andrzeja Leppera pokazuje dobitnie, że opanowanie efektu „wańki-wstańki” jest dla polityka równie istotne, jak obowiązkowa niebieska koszula i plakat wyborczy z optymistycznym tłem. Sam lider „Samoobrony” skromnie deklaruje jedynie powrót do korzeni – odwiedza targowiska i bazary, przystaje na prowincjonalnych ryneczkach i zapyziałych uliczkach, pozując przy tym na dawnego krewkiego watażkę. Czy to mu jednak pomoże odzyskać zaufanie wyborców? Wszak gołym okiem widać, że to już nie ten dawny „niesplamiony rządzeniem” Lepper we flanelowej koszuli, fryzurze na Piasta Kołodzieja i beretce z antenką. Zamiast tego widać „człowieka po przejściach”, opakowanego w dobrze skrojony garnitur i firmową opaleniznę. Tylko czy tak wygląda trybun ludowy?
Trzeba wszak przyznać, że Lepper nie stracił zupełnie swojej specyficznej politycznej charyzmy, którą potrafił kiedyś porywać chłopów na wagony pełne zagranicznego zboża. Tyle tylko, że w międzyczasie pojawili się inni kandydaci - bardziej radykalni i nie tak „zużyci” w polityce. A nade wszystkim mający czyste konto w sądowy rejestrach…

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













