Logo Przewdonik Katolicki

Scenariusz dla trzech aktorów

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Wyborcze maski opadły, szumne deklaracje przeterminowały się, a dobre chęci potaniały. Zaczyna się czas żniw dla politologów, czas prawdziwych ocen naszych polityków.

Wyborcze maski opadły, szumne deklaracje przeterminowały się, a dobre chęci potaniały. Zaczyna się czas żniw dla politologów, czas prawdziwych ocen naszych polityków.

 

 „Zużywanie” – termin stosowany często na określenie spadającego poparcia politycznego. Co ciekawe jednak, w Polsce proces ten przebiega zupełnie wbrew książkowym regułom.

U nas zużywa zarówno rządzenie, jak i bycie największą partią opozycyjną. Kto w takim razie zyskuje?

 

Wojny nie było

Przegląd stanu posiadania naszej sceny politycznej i jej perspektyw na najbliższe półrocze zacznę może trochę nietypowo, bo nie według kolejności aktualnego poparcia sondażowego, ale zgodnie z pierwszymi poważnymi deklaracjami i ruchami politycznymi wykonanymi zaraz po wyborach. A te należały bez wątpienia do Prawa i Sprawiedliwości. Największa partia opozycyjna w Polsce dość miękko przeskoczyła z okresu kampanijnego w okres powyborczy - przyciskając mocno pedał gazu i podkręcając z dnia na dzień temperaturę debaty politycznej. Za szybko, za mocno, za gwałtownie. Doszło do szarpnięcia, które chcąc nie chcąc, odczuli wszyscy pasażerowie autobusu z napisem „Polska”.

Cofnijmy się jednak jeszcze na chwilę  kilka tygodni wstecz, do czasu gdy niemal wszyscy spece od marketingu politycznego i psychologii społecznej wychwalali sposób prowadzenia kampanii wyborczej przez PiS. A zwłaszcza jej główną myśl – pokazanie Jarosława Kaczyńskiego jako stonowanego, spokojnego, odpowiedzialnego męża stanu. I to się w dużej mierze sztabowcom Kaczyńskiego udało - zbudowano mocny kapitał, który w połączeniu z ogólnie znanymi cechami lidera PiS - charyzmą, zdecydowaniem, odwagą podejmowania trudnych decyzji oraz  wykrystalizowanymi poglądami - mógł dać w przyszłości naprawdę niezły rezultat polityczny.

Owa kampania łagodności przemówiła także do polskich wyborców. Bo to właśnie głównie dzięki stonowaniu wyborczej retoryki przez PiS nie doszło do powszechnie wieszczonej wcześniej krwawej wojny na górze, czy też - używając nieszczęsnego określenia Andrzeja Wajdy – polsko-polskiej wojny domowej. Pozytywnie zaprocentowało także konsekwentne niewykorzystywanie do samego końca tragedii smoleńskiej w kampanii wyborczej.

 

Szarpnięcie cugli

Aż tu nagle dosłownie kilka, może kilkanaście godzin po wyborach retoryka PiS zmieniła się o co najmniej 90 stopni. I o ile całkowicie zrozumiałe i jak najbardziej na miejscu wydają się słowa Jarosława Kaczyńskiego wypowiedziane tuż po ogłoszeniu pierwszych wyników wyborów, w których zapowiedział konieczność pełnego wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej, o tyle dziwić musi sekwencja późniejszych, szybko następujących po sobie coraz twardszych wypowiedzi szefa PiS i ludzi z jego najbliższego otoczenia.

Cała ta nagła przemiana daje niestety kiepski efekt. To woda na młyn dla tych wszystkich, którzy mówili głośno, że Kaczyński w czasie kampanii wyborczej powstrzymywał się od ataków na przeciwników politycznych jedynie z przyczyn taktycznych. Zamiast więc spokojnie odbudowywać dawne poparcie, odzyskiwać przyczółki umiarkowanej prawicy, utracone na skutek nieszczęsnej  koalicji z Samoobroną i LPR-em, Kaczyński zaczyna znów uderzać w tony, które i tak nie przysporzą mu więcej głosów po prawej stronie sceny politycznej. Tam PiS zgarnął już całą pulę i nie ma właściwie żadnych realnych konkurentów.

Porzucenie pokojowej retoryki wydaje się zatem poważnym błędem strategicznym. Tym bardziej że konkurenci z Platformy przez cały okres kampanii wyborczej nie byli w stanie wypracować skutecznego antidotum na pokojowy wizerunek prezesa PiS.

Najważniejsze pytanie brzmi: czy Kaczyński już ostatecznie porzucił wizerunek gołębia i wraca na stałe do roli pierwszego jastrzębia polskiej polityki, czy też jest to tylko efekt odreagowania smoleńskiej traumy? Niezależnie jednak od tego, jaką odpowiedź na to pytanie przyniesie najbliższe kilka miesięcy, możemy być pewni, że Smoleńsk jeszcze przez długi czas będzie determinował właściwie wszystkie ruchy na naszej scenie politycznej.

 

PO, czyli granat zaczepno-obronny

Ta ostatnia uwaga dotyczy w równej mierze rządzącej Platformy Obywatelskiej. Tym bardziej że wokół katastrofy smoleńskiej pojawia się coraz więcej wątpliwości, dowodów na liczne zaniedbania oraz niejasną postawę i niezrozumiałe decyzje strony rosyjskiej. Jeśli wiec ekipa Donalda Tuska nie postawi w tej sprawie na pełną transparentność, przejrzystość i współpracę z opozycją, jeśli w końcu nie przyciśnie Moskwy w egzekucji należnych nam praw, rzecz cała może wrócić bumerangiem i uderzyć w PO ze zwielokrotnioną siłą. Bo przecież gdzieś w tle całej tej dyskusji powraca nadal refren o Platformie, jako głównym politycznym „beneficjencie” Smoleńska. Czy PO tego chce, czy nie.

I choć nie wierzę specjalnie w możliwość takiego porozumienia ponad podziałami, to Donald Tusk może przynajmniej wyciszyć najbardziej radykalnych krzykaczy ze swojej partii. Przede wszystkim sztukmistrza z Lublina z jego dolewającymi oliwy do ognia, niebywale cynicznymi uwagami na temat ofiar smoleńskiej katastrofy. To już byłby krok w dobrą stronę - również z punktu widzenia politycznych planów PO. Taka decyzja mogłaby bowiem zostać uznana za ukłon w stronę konserwatywnego skrzydła partii, uosabianego przez krakowskiego posła Jarosława Gowina. Dziś wydaje się, że jest to dla Platformy najbardziej racjonalny kierunek ekspansji z największym, cały czas niewykorzystanym, potencjałem wyborczym.

Bo odchył na lewo, przy stale wzrastającym poparciu dla SLD, staje się coraz mniej realny. Podobnie jak korzystanie z elektoratu antykaczystowskiego, który – jak pokazały tegoroczne wybory prezydenckie - ma także swoje liczbowe granice. Reszta antypisowców po prostu w ogóle nie chodzi na wybory.

W ogólnym bilansie cała polityczna strategia PO jest zresztą tak naprawdę defensywna, bo uzależniona od tego, co powie i zrobi Jarosław Kaczyński. Jeśli PiS nie rozpocznie polityki ostrej konfrontacji, dostarczając tym samym kolejnych argumentów dla antykaczystów (a ostatnie lata pokazują, że na tym paliwie można jechać długo i skutecznie), to PO czeka trudny egzamin z rządzenia w sytuacji pełni władzy i konieczności przeprowadzenia całej serii niepopularnych reform. A to już pachnie wspomnianym na wstępie, „zużywaniem rządzeniem”. Może się więc jeszcze okazać, że Janusz Palikot znów stanie się potrzebny PO, przede wszystkim po to, by podgrzewać temperaturę debaty publicznej, antagonizować scenę polityczną i w konsekwencji sprowokować PiS do ostrej reakcji. Czyli robi się z tego trochę kwadratura koła.

 

Grzegorz ze Szczecina

Równie dobrze jednak za pół roku wszystkie te rozważania mogą okazać się niewarte złamanego grosza. Wszystko zależy bowiem od spodziewanego wzrostu politycznych notowań SLD. A „potencjalny potencjał” lewicy jest dziś spory i wykracza chyba poza obecne kilkanaście procent poparcia. Widać to po wynikach osiąganych przez lidera SLD Grzegorza Napieralskiego w sondażach społecznego zaufania. W tej chwili Napieralski notuje drugi wynik (za prezydentem elektem Komorowskim), wyprzedzając nawet premiera Tuska. Ufa mu aż 62 proc. Polaków. To dużo. Na takim właśnie kapitale zaufania do Lecha Kaczyńskiego (ówczesnego ministra sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka) zbudowana została w połowie lat 90. cała siła i zręby programowe Prawa i Sprawiedliwości.

Wiele zależy jednak od samego Napieralskiego. Lider SLD jest dokładnie taki, jak tego oczekują zdyscyplinowane partyjne doły: bezwzględny, pamiętliwy i zamordystyczny. To  jedyny partyjny lider, który jednocześnie szefuje zarówno partii, jak i klubowi parlamentarnemu. I już choćby to wiele mówi o stylu uprawiania polityki przez zawsze uśmiechniętego i chętnie rozdającego wyborcze jabłka „Grzesia z sąsiedztwa”.  Znacznie gorszą pozycję Napieralski ma jednak w szeregach eseldowskiego establishmentu. Tam robi sobie coraz więcej wrogów. Ale nawet gdyby z partii odeszli - coraz bardziej skonfliktowani z szefem Sojuszu - Wojciech Olejniczak i Ryszard Kalisz (wzmacniając zapewne opcję cimoszewiczowską w PO), to lewicy na pewno nie grozi dziś rola politycznej przystawki, zjadanej stopniowo przez silniejszego konkurenta.

To jednak stanowczo za mało – bo jeśli Napieralski rzeczywiście chce zrobić krok do przodu, musi odejść od dotychczasowej prymitywnej retoryki i programowej miałkości spod znaku antyklerykalizmu, aborcji i „za komuny było lepiej”. Innymi słowy, zbudować lewicę w klasycznym laburzystowskim stylu, bliższą problemom ludzi z radomskich dzielnic nędzy niż grupce nawiedzonych, świetnie zarabiających feministek z „warszawki”.

W ostatecznym rozrachunku wszystkie trzy partie i tylko te partie – bo PSL zaczyna coraz wyraźniej odstawać od politycznego peletonu – muszą coś zmienić w swojej obecnej strategii działania. I coś mi mówi, że za pół roku sytuacja będzie wyglądała zupełnie inaczej, a przetasowania na scenie politycznej okażą się o wiele większe, niż nam się dzisiaj może wydawać.

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki