Logo Przewdonik Katolicki

PO żałobie, czyli co zrobi Hiob

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Tegoroczne wybory pokażą czy nasi politycy dorośli do roli mężów stanu - a tego wymaga dziś sytuacja państwa czy pozostali prowincjonalnymi watażkami pozbawionymi genu państwowości.

 

Tegoroczne wybory pokażą czy nasi politycy dorośli do roli mężów stanu - a tego wymaga dziś sytuacja państwa – czy pozostali prowincjonalnymi watażkami pozbawionymi genu państwowości.

 

Nad tym artykułem od samego początku unosi się niestety realne widmo jego rychłej dezaktualizacji. Wszystko dzieje się bowiem tak szybko, że wszelkie próby odpowiadania już dziś na pytanie: „co dalej z polską polityką”, bliższe są raczej wróżebnemu spoglądaniu w studnię, niźli realnej ocenie sytuacji. Stawiać tego rodzaju pytania jednak trzeba –  szczególnie dziś, w obliczu poważnego kryzysu instytucjonalnego państwa – i to nawet za cenę wyprodukowania przeterminowanego humbuga.

 

Państwo

Czasu na polityczne decyzje oraz ich oceny jest rzeczywiście bardzo mało – wiadomo już, że pierwsza tura wyborów , zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami, odbędzie się 20 czerwca, a ewentualna druga tura zaplanowana została na 4 lipca. Kampania wyborcza będzie więc bardzo krótka, polityczne ruchy szybkie jak nigdy wcześniej, a nieuchronne niespodzianki wliczone w prezydenckie starcie.

Na razie wszyscy powtarzają jednak pytanie: czy Platforma dokona skoku na państwo? I czy ludzie Donalda Tuska sięgną po pełnię władzy? Zaraz, zaraz, a po co od razu używać takich wielkich słów? Nie lepiej nazwać tego po prostu „ratowaniem państwa”, „odpowiedzialnością za kraj”, „koniecznością zachowania tak bardzo pożądanej dziś przez naród jedności”? Prawda, że brzmi o wiele lepiej? I zapewne właśnie w tym kierunku podążać będą działania marszałka Komorowskiego w roli p.o. Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej. Nie, nie jest to wcale myślenie cynika z głową zatrutą manichejskim postrzeganiem świata. Taka jest po prostu żelazna logika rzemiosła zwanego politykowaniem, sprowadzającego się do trójzasady: zdobyć – powiększyć – obronić co się da. I nie zmieni tego największa nawet narodowa tragedia, a już na pewno nie w roku kampanii i wyborów prezydenckich. Porzućmy wszelkie łudzenia: polityka naprawdę nie jest dziedziną dla łagodnych pastuszków z fujarkami, pasających owieczki na zielonych łąkach. Tak, wiem, że to truizm, ale dziś trzeba go powtarzać do znudzenia, bo znaczna część społeczeństwa chyba rzeczywiście uwierzyła, że teraz będzie już tylko pięknie, mądrze i szlachetnie.

Nie neguję przy tym wcale bardzo przyzwoitej postawy polityków w dniach narodowej żałoby. Nie jątrzyli, wycofali się z doraźnych sporów, gryźli się w język nawet wtedy, gdy wyraźnie mieli coś do powiedzenia. Ale to już było. Dziś przed PO otwiera się za to niepowtarzalna szansa przejęcia kilku instytucji o newralgicznym dla sprawowania władzy znaczeniu. Mowa oczywiście o wakującym po Sławomirze Skrzypku stanowisku szefa Narodowego Banku Polskiego, pustym fotelu prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, czy też możliwości nowej obsady Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, po spodziewanym odrzuceniu jej sprawozdania zarówno przez sejmową i senacką większość jak i przez samego Bronisława Komorowskiego. Wątpliwe więc, aby Platforma zrezygnowała z takiej okazji. Tutaj troska o zewnętrzny wizerunek musi przegrać z doraźnym łupem. Oczywiście, pojawią się pewnie opinie, że to żerowanie na cudzym nieszczęściu i głosy oburzenia na zawłaszczanie państwa - ale kto o tym będzie pamiętał za kilka lat, a może nawet już za parę miesięcy?

 

Partie

W chwili gdy piszę te słowa, nie znam jeszcze ostatecznej decyzji Jarosława Kaczyńskiego, co do jego startu w wyborach prezydenckich. A to właśnie ewentualna deklaracja szefa PiS-u stanowi pierwszą kostkę domina, która uruchomiona, wyznaczy kierunek nie tylko najbliższego wyborczego starcia, ale prawdopodobnie także całej polskiej sceny politycznej na co najmniej kilka najbliższych lat. Jeśli jednak Prawo i Sprawiedliwość chce się jeszcze liczyć w tej rozgrywce i w ogóle w polskiej polityce, to Kaczyński musi podjąć prezydenckie wyzwanie. Żaden inny kandydat nie jest w stanie nadać tej partii nowej jakości i przekuć smoleńskiej traumy w procentowe poparcie.  Pytanie tylko, czy Hiob polskiej polityki –jak chyba trafnie Jarosława Kaczyńskiego określił Jan Rokita – zdoła przezwyciężyć ból i szok po tak wielkiej tragedii i osobistej stracie?    

Cała reszta aktorów wyborów prezydenckich siłą rzeczy będzie zmuszona definiować się wobec Jarosława Kaczyńskiego oraz szybko powstającej legendy jego tragicznie zmarłego brata. Tutaj personalnych niespodzianek nie ma żadnych: w Platformie już dawno namaszczono Bronisława Komorowskiego,  a tego wyboru nie mógł zmienić nawet bezbarwno-sztywny styl, w jakim marszałek Sejmu przeprowadzał kraj przez dni narodowej żałoby. Ludowcy  postawili z kolei na Waldemara Pawlaka, co tylko potwierdza obiegową opinię o wyjątkowo krótkiej peeselowskiej ławce rezerwowych.

W SLD, po śmierci Jerzego Szmajdzińskiego, wyborczy wózek mógł pociągnąć tylko szef tej partii, Grzegorz Napieralski. On sam nie palił się do kandydowania, wiedząc, że w wypadku wielce prawdopodobnej sromotnej porażki już w pierwszej turze wyborów, zapłaci za to utratą szefostwa w partii, ale zgodzić się musiał. Nie miał wyboru. Bo kto niby miałby go zastąpić? Ryszard Kalisz, spełniający się głównie w krotochwilnych niedzielnych śniadaniowych programach politycznych? Marek  Siwiec - dawny kapciowy Aleksandra Kwaśniewskiego? Albo egzotyczny z punktu widzenia lewicowego elektoratu Andrzej Olechowski?

 

Wybory

Śmieszą mnie trochę niektóre „gadające głowy”, które w tonie nie znoszącym sprzeciwu wyrokują już dziś, w jaki sposób przebiegać będzie scenariusz tegorocznych wyborów prezydenckich. Bo też ile tak naprawdę wiadomo o obecnych nastrojach naszego społeczeństwa?  Niewiele, lub zgoła nic. Czy ktokolwiek potrafi określić w tej chwili głębię narodowej traumy, spowodowanej smoleńską tragedią? Nie sądzę. A zatem nie wiemy najważniejszego: czy dojdzie do jakiegoś przewartościowanie politycznych opinii Polaków oraz czy przekuje się to na ich wyborcze preferencje? Co więcej, odpowiedzi na to pytanie nie znają także sami politycy. Będą więc musieli bardzo ostrożnie wchodzić w kampanię, dostosowywać ją na bieżąco do społecznych nastrojów, wręcz antycypować słupki sondażowego poparcia. Kto zrobi to najlepiej, ten ma największą szansę na wygraną. I od tego też w największym stopniu zależy przebieg tegorocznej kampanii prezydenckiej: czy będzie to, tak jak do tej pory, okładanie przeciwników pięściakami i końskimi szczękami - tyle, że ze zdwojoną siłą, co zresztą wieszczą już teraz niektórzy komentatorzy - czy też raczej ostra walka, ale na jakichś zastępczych polach, w myśl zasady „nie ruszamy personaliów, ale możemy doczepić się do rozmaitych kwitów w rodzaju nieopłaconych rachunków za ryby zjedzone „na mieście”.

Na pewno nie należy się spodziewać jakiegoś szczególnego embarga na krytykę osoby Lecha Kaczyńskiego. Już teraz zresztą słychać nawoływania do konieczności wystawienia oceny jego prezydenturze, która „ nie powinna zostać zatrzaśniętą w wawelskiej krypcie”. Problem tylko w tym, jak ów nieuchronny spór polityczny zostanie rozegrany? Czy górę wezmą świńskie ryje, czy szacunek dla politycznego przeciwnika? Troska o PR-owski wizerunek czy spór o istotę podatku liniowego? Osobista wrogość czy polemika w stylu „nie zgadzam się z szanownym przedmówcą w jego ocenie sposobu rozwiązania problemu”?

Wiele zależeć będzie na pewno od pierwszych akordów, jakie wybrzmią w tej kampanii wyborczej. I to one powinny ustawić temperaturę walki o prezydenturę. Na dziś można co najwyżej obstawiać prawdopodobny scenariusz: Wersalu raczej nie będzie. Szarż palikotowych harcowników chyba również nie.

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki