Melancholia, smutek, samotność, cisza, alienacja, pustka – to słowa, które nasuwają się podczas oglądania prac Hoppera, jednego z najwybitniejszych amerykańskich malarzy. Słowa klucze, którymi posługuje się każdy krytyk sztuki próbując opisać jego twórczość. Amerykańskie muzea niechętnie wypożyczają obrazy Hoppera, retrospektywne wystawy w Europie właściwie się nie odbywają. Dlatego wystawa, która właśnie się kończy w Rzymie, żeby wkrótce wyjechać do Lozanny, jest tak ważna. Nie wiadomo, kiedy zdarzy się kolejna okazja, by zanurzyć się w świat ciszy i spokoju sugestywnie zbudowany przez Hoppera. Świat, który nie zasmuca a uspokaja, jest jak balsam na nasze zabieganie i życie pełne stresu. Zanurzamy się w przestrzeń, która trwa, w czas, który się zatrzymał. Zagłebiamy się w swoje wnętrze, aby je obserwować i kontemplować bez lęku i strachu. Może nawet jest to wnętrze pełne smutku i samotności, ale kto powiedział, że to jest złe?
Spokojne życie Edwarda
Edward Hopper był malarzem jakich mało. Żadnego dziwnego życia. Można wręcz powiedzieć, że jego życie było niczym jego obrazy: stałe i spokojne. Bez nerwów i szamotaniny, bez psychoz i ciągłych zmian. Jego rodzice należeli do amerykańskiej klasy średniej: mieli stałe dochody i mogli zapewnić swojemu utalentowanemu synowi dobrą edukację. Hopper więc grzecznie, bez żadnych niespodziewanych wyskoków, ukończył szkoły: Correspondance School of Illustraiting w Nowym Jorku oraz New York School of Art. Później, w 1905 roku, przykładnie poszedł do pracy w agencji reklamowej. Miał duszę artysty, więc pojechał – jak każdy artysta – do Paryża, gdzie oczywiście zafascynowała go sztuka europejska. Do Paryża przyjeżdżał, a raczej przypływał, jeszcze dwukrotnie, aż wreszcie, w 1910 roku, urządził sobie pracownię w Nowym Jorku przy Washington Square North 3 i właściwie nie ruszał się z niej – z wyjątkiem wakacji – przez ponad kolejne 50 lat. Wakacje spędzał w South Truro na półwyspie Cape Cod, gdzie po czterdziestce wybudował sobie letni dom. Lubił malować to, co widział przez okno. No i miał tylko jedną żonę przez całe życie. Z malarką Josephine (Jo) Verstille Nivison ożenił się w 1924 roku i przeżyli razem ponad 40 lat. Na dodatek Jo pozostała na zawsze jego jedyną modelką. Oczywiście nie brakuje krytyków sztuki, którzy dopatrują się przez ten fakt jakichś psychologicznych defektów, czy wręcz efektu rywalizacji pomiędzy małżonkami. Można się spotkać także z twierdzeniem, że Jo chciała, aby jej mąż po prostu zaoszczędził na modelkach. Edward Hopper i Jo tymczasem żyli zgodnie pomimo wielu różnic: Edward miał poglądy konserwatywne i był raczej wycofanym introwertykiem, Jo z kolei była towrzyską i żywiołową liberałką.
Jo wierzyła w talent Edwarda, a rok ich ślubu okazał się rokiem sukcesów artystycznych do tego stopnia, że Hopper mógł porzucić pracę ilustratora i poświęcić się wyłącznie malarstwu. W 1933 roku w Muzeum of Modern Art w Nowym Jorku ma miejsce pierwsza retrospektywna wystawa dzieł Hoppera. Od tego czasu wystaw jest coraz więcej, podobnie jak nagród, a Hopper staje się malarzem modnym. Nawet światowy kryzys mu nie zaszkodził – amerykańskie muzea oferują za jego obrazy tysiące dolarów. Zmarł w wieku 85 lat, w roku 1967, w swojej nowojorskiej pracowni. Jo przeżyła go o rok, a przed śmiercią przekazała wszystkie obrazy męża do Whitney Museum.
Metafory ciszy
Na pierwszy rzut oka obrazy Hoppera wydają się realistyczne, jednak malarz nie ograniczał się tylko do przedstawiania rzeczywistości. Obraz, który wydaje się, że niczym nie różni się od tradycyjnego realizmu, jest przekształcony w konstrukcję wywołującą bogate skojarzenia i psychologiczne odniesienia. Kompozycja, którą stosował Hopper, wychodzi poza zwykłe odwzorowanie rzeczywistości. Hoppera interesowało jej przekształcanie przez wyobraźnię i pamięć. Malował pozór zwykłego życia. Domy, ulice, stacje kolejowe, latarnie morskie, wnętrza, a także ludzi w tych wnętrzach. Niby zwykłe amerykańskie miejskie pejzaże, ale zastygłe, zatrzymane w kadrze, trochę niepokojące ciszą. Statyczny obraz ulicy i poruszająca się firanka w oknie, nieruchome twarze kobiet zapatrzonych gdzieś poza ramy obrazu, w przestrzeń, którą możemy sobie wyobrazić, która istnieje, choć jej nie widzimy. Ludzie na obrazach Hoppera nawet jeśli stoją obok siebie, są oddzieleni od siebie niewidocznym murem. Są samotni, a może zapatrzeni w siebie, pogrążeni w melancholii swojego ja. Paradoksalną dynamikę tych obrazów podkreśla Hopper kontrastami światła, nierealistycznym oświetleniem, grą między zatrzymaniem a ruchem. Mówił nawet: „Być może ludzie nie interesują mnie za bardzo. Chciałem namalować promienie słońca na ścianie domu”. Punkty widzenia, obramowanie i oświetlenie często odpowiadają konwencjom kina i teatru. Obraz jest kadrem. Często u Hoppera krajobrazy stanowią obrazy w obrazach. O jego płótnach mówiono, że są „metaforami ciszy”. Cisza odgrywa tutaj olbrzymią rolę dramatyczną. Rygorystyczna kompozycja obrazów, ograniczona tematyka i to eksperymentalne wręcz użycie światła tworzyło wrażenie spokoju.
Samotność w wielkim mieście
Od lat 20. Hopper stał się malarzem wielkiego amerykańskiego miasta i jego mieszkańców, amerykańskiej klasy średniej. Sekretarki, urzędnicy, klienci sklepów i barów, sprzedawcy, kobiety w pokojach hotelowych. Pejzaż miejski z barami, stacjami benzynowymi, kinami, biurami jest trochę przygnębiający. Jeden z najsłynniejszych obrazów tego okresu ukazuje wnętrze baru i fragment ulicy w nocy. Przy barze stoi dwoje ludzie: kobieta i mężczyzna. „Wydaje mi się, że «Nocni włóczędzy» pokazują, w jaki sposób wyobrażam sobie ulicę nocą. Nie uważam, żeby była szczególnie pusta. Bardzo uprościłem scenę i powiększyłem restaurację. Przypuszczalnie podświadomie namalowałem samotność w wielkim mieście” – komentował Hopper ten obraz. O innych mawiał, że to „…wspomnienia spojrzeń rzucane z ulicy do środka mieszkań”.
Obrazy Hoppera korzystają z dystansu, aby tworzyć pole różnym interpretacjom. Najważniejsze w nich jest to, co niewidoczne, to, co dzieje się pod powierzchnią rzeczy. Dystans, z jakim Hopper przdstawia swoje sceny, ma na celu ujawnienie pęknięć kryjących się pod powierzchnią współczesnego życia.
Nierzeczywista rzeczywistość
Na europejskiej wystawie zgromadzono ponad 170 prac Hoppera, w tym obrazy olejne, akwarele i rysunki wypożyczone z Whitney Museum of American Art w Nowym Jorku oraz kilkanaście dzieł będących własnością innych muzeów amerykańskich. Wystawa podzielona jest na siedem części i ukazuje drogę artystyczną malarza począwszy od dzieł najwcześniejszych, gdy Hopper zafascynował się w Paryżu impresjonizmem. Interesująca jest część wystawy ukazująca metodę twórczą Hoppera: od szkicu do obrazu. Można się przekonać, że obrazy Hoppera nie były prostą reprodukcją rzeczywistości, ale składały się na niepamięć o wydarzeniach pochodzących z różnych czasów i miejsc. Wkrótce wystawa przeniesie się do Lozanny, gdzie od 25 czerwca do połowy października będzie można ją oglądać w Fondation de l’Hermitage.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













