Logo Przewdonik Katolicki

Moja latynoska Wielkanoc

Kamila Tobolska
Fot.

Z Wojciechem Cejrowskim, znanym podróżnikiem, pisarzem i publicystą, o przeżywaniu Wielkanocy na drugim końcu świata rozmawia Kamila Tobolska

 

 

W Europie, w okresie Wielkiego Postu popularnymi formami wyrażania pobożności są m.in. Drogi Krzyżowe czy Misteria Męki Pańskiej. Uczestnictwo w nich pomaga wiernym głębiej przeżyć ten ważny dla chrześcijan czas. Jak tego typu praktyki wyglądają za oceanem?

− W Ameryce Łacińskiej najważniejszym obrzędem dla Indian jest święcenie ognia w Wielką Sobotę wieczorem oraz... ofiara z człowieka, czyli Droga Krzyżowa odegrana bardzo naturalistycznie. Oni tam mieli, w czasach przed konkwistą, ofiary z ludzi − to dlatego. Latynosi są również bardzo dosłowni, dlatego podczas ich obrzędów leje się krew. Jest to często krew byków, którą smaruje się naturalnej wielkości krzyż oraz osobę, która odegra rolę Jezusa. We krwi zamacza się bicze, a potem tę osobę okłada tak, żeby krew bryzgała na tłum gapiów. Latynosi są dosłowni w podobny sposób jak my, w Europie, byliśmy dosłowni, gdy w Średniowieczu odgrywano dla ludzi niepiśmiennych misteria paschalne. To było takie teatralne tłumaczenie Biblii z łaciny na język obrazkowy.

 

A jak Latynosi przeżywają samą Wielkanoc?

− Latynosi chodzą do kościoła sprawdzić, gdzie się podział Jezus i czy na pewno zmartwychwstał. Ale prawdę powiedziawszy, Ameryka Łacińska jest wciąż terenem misyjnym − Latynosom trzeba wytłumaczyć Wielkanoc, bo na razie nie bardzo rozumieją...

Zwyczaj święcenia potraw występuje wyłącznie tam, gdzie wprowadzili go polscy misjonarze. To specyficznie polski obyczaj, w dodatku ludowy, a nie liturgiczny. Z liturgicznego punktu widzenia święcenie potraw trzeba by uznać za w pewnym sensie szkodliwe, bo odbywa się ono w Wielką Sobotę, kiedy to w liturgii trwa cisza − Bóg „zasnął”. Radosna wyprawa z dziećmi i koszyczkami do kościoła nie zgadza się z treścią czytań liturgicznych tego dnia... A w Ameryce Południowej święconka przynosi dodatkowe szkody, gdyż przypomina pogańskie obyczaje składania ofiar bożkom.

 

Mieszkańcy Ameryki Środkowej i Południowej postrzegani są jako ludzie o dość emocjonalnej naturze. Czy w związku z tym w sposób bardziej ekspresyjny, bardziej dosłowny przeżywają również swoją wiarę? Jakie odzwierciedlenie ma to w poszczególnych elementach liturgii?

− Bardzo głośno śpiewają. Mniej więcej tak głośno, jak śpiewały nasze babki, jak śpiewa się jeszcze na Podhalu i może w cerkwiach na wschodzie Polski. Modlą się też głośno i... nierówno. Ojcze Nasz w czasie Mszy każdy mówi jakby na wyścigi, a nie w zgodnym rytmie. Ja to lubię, ten hałas, to przekrzykiwanie, kto do Boga będzie pierwszy.

 

Czy przetrwały na tamtych terenach w tradycji ludowej jakieś elementy dawnej, bogatej kultury i religii zamieszkujących je ludów, powiązane obecnie w jakiś sposób z okresami liturgicznymi, o których rozmawiamy?

− Przetrwały raczej w głowie niż w naturze - tam ludzie co innego widzą pod tymi znakami, które dla nas są symbolem Ducha Świętego czy Ofiary Przebłagalnej Chrystusa. Oni widzą święcenie ognia tak, jak to widzieli Inkowie czy Majowie. Ogień jest święty, bo słońce jest święte. I mają na myśli boga-słońce.

 

Kościół, dbając o ujednolicenie praktyk liturgicznych wśród swoich wyznawców na całym świecie, pozwala jednocześnie na zachowanie pewnej różnorodności zwyczajów związanej z lokalnymi kulturami. Jak się Pan w tej różnorodności odnajduje?

− Przyznam, że lokalne obyczaje mi przeszkadzają. Ja jestem taki trochę Wyszyński, taki trochę przedsoborowy, bo wolę ten Kościół konserwatywny i liturgię jednolitą na całym świecie. Niekoniecznie musi chodzić o ponowne wprowadzenie łaciny, bo wówczas przestalibyśmy rozumieć treść, ale już sama liturgia, układ rąk kapłana, strój, ryt mszalny − to wszystko powinno być jednolite na całym świecie. A dlaczego? Właśnie dlatego bym po wyjeździe z kraju, do innej kultury, gdzie nie rozumiem języka, w jakim odprawiana jest Msza, wiedział dokładnie, co jest mówione w tym innym języku w danym momencie liturgii. Układ, kolejność i zawartość treściowa powinna być jednolita. Marzę o jedności mojego Kościoła w słowach, gestach, obrzędach, szatach... A tymczasem nawet w Polsce idę na Mszę i raz słyszę jedne słowa, a następnym razem inne, bo w Mszale jest kilka możliwych wersji tekstów liturgicznych.

 

Często zdarzało się Panu przeżywać święta Zmartwychwstania Pańskiego w Ameryce?

− Większość Wielkanocy mego życia spędziłem wśród Latynosów. Dla mnie to tam jest normalnie, tam jestem „u siebie”, a kiedy przypadkiem trafię na Wielkanoc do Polski, to trudno mi się odnaleźć. Polski Kościół jakoś zagubił Rezurekcję. Teraz jest w modzie ta „wielkanocna pasterka”, czyli Wigilia Paschalna. Moim zdaniem to dziwaczność i bałagan intelektualny. Ludzie myślą prostymi obrazami i dlatego Jezus wykładał Pismo przypowieściami - malował w głowach obrazy, komiksy przypowieści właśnie. Rezurekcja jest taką przypowieścią - trzy Marie idą o świcie do grobu (a my wraz z nimi) i odkrywają, że podczas minionej nocy wielkanocnej Jezus zmartwychwstał. Poszły tam o świcie, jak my - rezurekcje były o 6 rano. Odkrywają, że cud miał miejsce zeszłej nocy, ale nie wiadomo kiedy dokładnie. To jest czytelny obraz, natomiast Wigilia Paschalna... Gdyby ona trwała całą noc do poranka i KOŃCZYŁA się Rezurekcją, wówczas symbolika byłaby zrozumiała.

 

A co dla mieszkańców Ameryki Łacińskiej znaczy w ogóle świętowanie? Czego moglibyśmy się od nich, jako Polacy, nauczyć, jeśli chodzi o przeżywanie świąt?

− To inna kultura, o innych korzeniach i takie uczenie się prowadzi do kompletnego bałaganu i nieporozumień intelektualnych. Tak jak w porządnej szkole innym językiem naucza się matematyki dziewczynki, a innym językiem tłumaczy tę samą matematykę chłopcom, tak inny język należy zastosować do przeżywania świąt wśród Polaków, a inny wśród Latynosów.

 

Czy Polacy, z którymi miał Pan kontakt za granicą, zwłaszcza ci osiadli tam na stałe, starają się pielęgnować polskie zwyczaje świąteczne?

− Nie mam pojęcia. Nie znam Polonii. Mieszkam wśród Latynosów i tak mi dobrze. Nie należę do emigrantów, którzy opuszczali kraj z przymusu. Ja to zrobiłem z wyboru, a kiedy się to robi z wyboru, to człowiek nie cierpi, nie tęskni i nie ma potrzeby poszukiwania Polski za granicą, nie ma potrzeby odtwarzania polskich tradycji. Kiedy spędzam Boże Narodzenie w Meksyku, śpiewam tamtejsze kolędy, i one są moje, jem tamtejsze potrawy, i też są moje, i nie tęsknię za polskim stołem wigilijnym oraz za polskimi pieśniami. W Meksyku jestem jak najbardziej u siebie, ale bez odwracania się plecami do Polski. Polska to moja matka, ja jednak wyprowadziłem się od mamusi i mieszkam w innym miejscu, które też kocham, tyle, że inaczej.

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki