Rozmowa z Piotrem Rubikiem, kompozytorem, dyrygentem, twórcą muzyki do „Cantobiografii”, która wpisuje się czas oczekiwania na beatyfikację Czcigodnego Sługi Bożego Jana Pawła II
Jak zrodził się pomysł stworzenia „Cantobiografii”?
- Utwór opowiadający o życiu Jana Pawła II od początku miał nosić tytuł „Santo Subito”. Chciałem skomponować go w 2005 r., zaraz po śmierci naszego papieża. Nie stało się tak, ponieważ nie miałem dobrego tekstu do muzyki i zajmowałem się innymi muzycznymi realizacjami. Postanowiłem wiec wrócić do papieskiego projektu, gdyż uznałem, że właśnie teraz, kiedy czekamy na beatyfikację Jana Pawła II, jest właściwy czas, aby poprzez muzykę zawołać „Santo Subito”. Mając fragmenty muzyki, zwróciłem się z prośbą o napisanie libretta do znamienitych autorów, z którymi wcześniej współpracowałem. Najlepsza propozycja wypłynęła od Jacka Cygana, który dodatkowo wymyślił znakomity podtytuł – neologizm „Cantobiografia”.
Jakie emocje powinny nieść w sobie muzyka i tekst, które chcą sugestywnie opowiedzieć życie papieża?
- Jan Paweł II był z natury radosny, miał niezwykłe poczucie humoru, dlatego „Cantobiografia” musiała mieć podobny klimat. Jeśli chodzi o libretto – zależało mi, aby nie było opowieścią encyklopedyczną, taką, do której jesteśmy przyzwyczajeni w książkach. Libretto przedstawia papieża jako „zwyczajnego człowieka”, który jak każdy z nas przeżywał swoje troski i problemy. Opowiada o życiu papieża poprzez pokazanie miejsc, w których pozostawił swój ślad i poprzez ciekawostki na jego temat – dowiedziałem się np. że Karol Wojtyła urodził się na ulicy Kościelnej. Jako twórca muzyki, byłem w uprzywilejowanej sytuacji, gdyż mogłem wyrazić to, czego Jackowi Cyganowi nie udałoby się przekazać w tekście. Zadaniem muzyki było podkreślenie emocji, które towarzyszyły życiu Ojca Świętego. Tak też postrzegam rolę muzyki w ogóle – powinna być na tyle melodyjna i przebojowa, aby ułatwiła zapamiętanie tekstu.
Czego dowiedział się Pan o swojej duchowości podczas tworzenia „śpiewanej biografii” papieża?
- Jako kompozytor dowiedziałem się, że warto było napisać utwór, który porusza tak wyjątkowy temat. I choć z każdą wcześniejszą kompozycją dowiadywałem się czegoś nowego o sobie, to właśnie „Cantobiografia” jest moim najdojrzalszym dziełem muzycznym. Tworząc muzykę, która odnosi się do tematów religijnych, można użyć środków przekazu, do których nie bylibyśmy uprawnieni, np. w muzyce filmowej. Chcę jednak zaznaczyć, że „Cantobiografia” nie jest muzyką religijną, kierowaną tylko do osób wierzących. Chciałem, aby miała uniwersalny charakter, niezależnie od wyznania osoby, która będzie jej słuchać. Papieżowi zresztą zawsze zależało na tolerancji i szacunku dla bliźniego.
„Człowiek idzie swoją drogą, ale zawsze go prowadzi słowo” – jakie słowa prowadziły Pana na drodze do stworzenia „Cantobiografii”?
- Nie zawsze były to słowa… Miałem szczęście do życzliwych ludzi i utalentowanych artystów, z którymi praca dawała mi wiele satysfakcji i doświadczenia. Spotkałem ludzi, którzy wpoili mi zawodową rzetelność, uczciwość i pracowitość. Proszę mi wierzyć, że jeśli nie ma się tych cech, to wcześniej czy później wypada się z gry w artystycznej branży, ponieważ przestaje się być wiarygodnym partnerem. To, że od wielu lat cieszę się zaufaniem szerokich kręgów publiczności, wypływa właśnie z tych względów.
Sprawił Pan, że polska kultura masowa zainteresowała się formą oratoryjną. Jak udaje się Panu zachować przy tym twórczą indywidualność?
- Mam na to jedną radę – trzeba robić swoje, zgodnie z własną intuicją i odczuciem, nie zważając na „podpowiedzi” innych, niezależnie od tego, czy na to, co się robi jest dobra koniunktura. Życie artysty jest bowiem jak sinusoida. Nie spodziewałem się takiego powodzenia moich oratoriów – wiedziałem, że hermetyczna forma przekazu, jak orkiestra i chór, mogą „odstraszyć” większość ludzi. Masowe zainteresowanie moją twórczością nie nastąpiło jednak od razu. Pierwszy zawodowy projekt zrobiłem dla telewizji w 1987 r. Tworzyłem wiele rzeczy na zlecenie, ale zawsze starałem się zachować cząstkę tego, co jest tylko „moje”, aby muzyka „wyjęta” np. z sygnału do reklamy mogła samoistnie trwać i mieć swoją wartość. Zawsze starałem się komponować tak, jak w danej chwili najlepiej potrafię, abym swojej muzyki nigdy nie musiał się wstydzić.
Który z Pana zawodowym sukcesów ma charakter osobisty?
- Osobistym sukcesem, a jednocześnie nagrodą, są dla mnie sytuacje pokazujące, że moja muzyka zrobiła coś dobrego... Często dostaję maile, z których dowiaduję się, że ta muzyka pozwoliła komuś przetrwać chorobę, łatwiej znieść cierpienie czy rozstanie z kimś bliskim. Piszą do mnie matki dzieci autystycznych. Dziękują za piosenkę „Niech mówią że, to nie jest miłość”, gdyż słuchanie klaskania w dłonie, od którego się zaczyna ten utwór, wyzwala w ich dzieciach emocje, dzięki którym mają z nimi lepszy kontakt. Piszą do mnie rodzice, których dzieci umarły w hospicjum. Mówią, że dzięki mojej muzyce ich ostatnie chwile życia były radośniejsze…
Jaki indywidualny pierwiastek wniósł Pan do muzyki?
- Tak naprawdę przekonamy się o tym – powiedzmy – za sto lat, kiedy ktoś sięgnie po moje partytury… Nigdy nie zakładałem, że moja muzyka ma być poważna albo rozrywkowa. I chyba właśnie dlatego udało mi się stworzyć własny, rozpoznawalny styl. Właściwym jest rozróżnienie chyba tylko na dwa rodzaje muzyki – złą i dobrą, czyli taką, której ludzie chcą słuchać. Staram się nikogo nie krytykować za artystyczną działalność, bo wiem, ile w nią trzeba włożyć pracy. Dobra sztuka nie może być „posągiem” – musi żyć, aby jej odbiorca nie był na nią obojętny. Podobnie jest z komponowaniem – jeśli chcę, aby słuchacz odczuwał radość z obcowania z moją muzyką, jej tworzenie powinienem traktować jak „zabawę” i przyjemność.
Kto jest dla Pana mistrzem radości w muzyce?
- Na pierwszym miejscu – Mozart. Mistrzem emocji jest dla mnie Czajkowski, a wzorem tworzenia pięknych melodii i śpiewu – Puccini.
Gdyby zdarzenia w Pana życiu przyrównać do nut – jaki stworzyłyby utwór?
- Każdego dnia inny, ponieważ nigdy nie nastawiam się na coś, co mnie spotka. Staram się maksymalnie wykorzystać każdy dzień, aby przeżyć go ciekawie, bo tylko wtedy przełoży się to na pozytywne emocje w muzyce. Nut jest tylko dwanaście, a ile można z nich stworzyć kompozycji, dlatego wydaje mi się, że najważniejsze jest to, co jest pomiędzy nutami. Podobnie jest z życiowymi zdarzeniami – ich emocje tworzą gesty, mimika twarzy, to, czego nie potrafimy wyrazić w słowach…
Jeśli nuty „Cantobiografii” zamienić na słowa – jaką niosłyby w sobie myśl?
- Człowiek żyje poprzez miłość…
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













