Logo Przewdonik Katolicki

Coś więcej niż rekonstrukcja?!

Michał Bondyra
Fot.

Dowódca daje rozkaz do ataku. Blisko 20 koni galopuje środkiem łąki. Pędzą 50 km/h. Wśród nich ja, 110 kg husarz w pełnym rynsztunku na tonowym koniu opowiada 20-letni Krzysztof Tomal, absolwent Technikum Transportowego w Gdyni, miłośnik XV i XVII wiecznych rekonstrukcji.


– Dowódca daje rozkaz do ataku. Blisko 20 koni galopuje środkiem łąki. Pędzą 50 km/h. Wśród nich ja, 110 kg husarz w pełnym rynsztunku na tonowym koniu – opowiada 20-letni Krzysztof Tomal, absolwent Technikum Transportowego w Gdyni, miłośnik XV i XVII wiecznych rekonstrukcji.

 

Gniew pełen oręża

Areną jednej z bitew jest Gniew. Śródzamcze przygotowane jest doskonale. Drewniane makiety murów obronnych i domu. Na palisadzie ustawia się jedna ze stron. Zmierzcha, to znak że zaraz 150 osób ruszy do walki. Ta odbywa się systematycznie. Atakują to jedni, to drudzy. Kilka najazdów konnicy, indywidualne spięcia, grupy piesze. Nagle zaczyna płonąć dom, właściwie jego makieta. W błocie leżą ludzie imitujący zabitych. Co rusz zbierają ich ci, którzy jeszcze walczą. Wystrzały z pięciu armat i blisko 70 samopałów i muszkietów powodują dym, przeradzający się w mgłę. W tle krzyczący ranni, leżące konie, w powstałym ogniu wciąż błyskają zbroje, z oddali słychać szczęk oręża.

Bitwa trwa kończy się po blisko trzech godzinach. Jest już ciemno. Teraz uroczyście z pochodniami ulicami Gniewu maszerują wszyscy uczestnicy walk. Idziemy na ucztę. Na niej istny raj dla podniebienia. Na długich stołach przy zapalonych świecach przynoszone jest mięsiwo, a w szklanicach pitny miód. Wszystko to w gwarze rozmów i przy akompaniamencie bębnów. Na dziedzińcu zamku także w historycznych strojach jedna z tanecznych grup prezentuje starodawny taniec. Wszystko to przenosi mnie kilka wieków wstecz. Nie tylko mnie i uczestników, ale i widzów, którzy po kilku godzinach z aparatami fotograficznymi w ręku, mają teraz czas na wzięcie udziału w festynie.

 

Na rozkaz galopem

W centrum wydarzeń towarzyszą jeszcze inne emocje. Przed samą bitwą wytwarza się nerwowa atmosfera. Dowódcy grup udają się na odprawy choreograficzne, my czyścimy sprzęt, sprawdzamy też jego niezawodność. Ktoś napełnia bukłaki wodą, ktoś się ubiera. Cały czas powtarzamy nasze role, sprawdzamy miejsca, gdzie w bitwie nastąpią spięcia z przeciwną grupą. Ciągłe skupienie, choć setki ludzi z aparatami nam tego nie ułatwiają. Konie czują zbliżające się starcie, szamocą się niespokojnie. Bitwa rozpoczyna się punktualnie. Wszystko odtąd toczy się błyskawicznie. Dowódca daje rozkaz do ataku. Blisko 20 koni galopuje środkiem łąki. Pędzą 50 km/h. Wśród nich ja, 110 kg husarz w pełnym rynsztunku na tonowym koniu. Po bitwie napięcie spada, wzrasta znowu na przenoszącej nas po raz drugi w odległe stulecia uczcie.

 

Husarz to nie tylko zbroja

Przygotowanie do bitwy zaczyna się dużo wcześniej od wertowania książek na temat przebiegu bitwy, kontaktu z historykami, czy innymi pasjonatami historii, którzy tylko mogą poszerzyć twoją wiedzę. Zaopatrzeni w wiedzę, musimy zaopatrzyć się w sprzęt. Ten do tanich nie należy. Minimalny koszt zbroi husarza, czyli zamożnego szlachcica to wydatek rzędu 4 tys. złotych. Zbroję robi się pod wymiar. Do tego dochodzi szabla za 500 zł, kopia za minimum tysiąc. Są jeszcze skrzydła, koncerz, pistolet, nadziak. Uzbrojenie to jednak nie wszystko, zamożny szlachcic musi być przecież odpowiednio bogato ubrany. Lniana bielizna, koszula, spodnie i wełniane żupany i płaszcze – delie z mosiężnymi guzami, do tego futrzana czapka z zaponą i piórem, pasy – rapcie pod szable ze zdobieniami, skórzany bukłak do wody, również skórzane rękawice, husarskie buty z żółtej skóry. To wszystko wydatek setek kolejnych, a nawet tysięcy złotych. Szyje się to wszystko na wymiar, a materiały kupuje w hurtowni. Mam to szczęście, że mama jest krawcową, więc jest mi dużo łatwiej.

Cały swój strój kompletowałem przez trzy lata. By na niego zarobić chwytałem się dorywczych prac. Na zbroję na przykład zapracowałem przez dwa sezony oporządzając konie w jednej z irlandzkich stajni.  

 

Czyszczę, poleruję, konserwuję

Przy dużych wydatkach na sprzęt, po jego skompletowaniu, trzeba o niego solidnie zadbać. Husarską zbroję czyszczę z rdzy, jeśli się pojawi, następnie kilkakrotnie wcieram w nią wazelinę i poleruję. Trzeba też wyczyścić i naoliwić broń, naoliwić pasy, wypolerować ozdoby, wypastować buty, zacerować dziury powstałe podczas walki w ubraniach, wreszcie uprasować same ubrania. Wszystko z największą starannością i dokładnością.

Atrybut w walce to obok broni - koń. On też wymaga specjalnej opieki. Trzeba go solidnie wyczyścić, jednak nie dłużej niż godzinę, bo potem staje się niespokojny. Musimy też sprawdzić sprzęt przypisany do zwierzęcia, a więc ogłowie, strzemiona, popręg czy wodze.

Nie lada wyczynem jest też włożenie całego wyczyszczonego sprzętu na siebie, a potem jeszcze usadowienie się w pełnym rynsztunku w siodle. Żupan, kirys i naplecznik, naramienniki, karwasze, hełm, szable, bukłak z wodą, sakwy, wszystko razem waży około 40 kg, stąd dobrze jest mieć osoby które pomogą nam to na siebie założyć i jeszcze wygodnie usadowić się w siodle. Teraz już tylko kopia do ręki i krzepiące „Gotowe, miło cię było poznać!”

 

Jak zwinni rycerze

Moja pasja i działalność w grupie pokazowo-historycznej Chorągiew Wejhera, której trzonem są konni z Husarii, Lisowczyków i Dragonów, to jednak nie tylko dobra zabawa, nauka historii w praktyce, fechtunku szablą, walki wręcz, czy jazdy konnej. To także, a może przede wszystkim pomoc niepełnosprawnym dzieciom. Dzięki naszym działaniom mają one okazję, by choć przez krótki czas zapomnieć o swoim cierpieniu i poczuć się jak dawni rycerze. Dzieciaki nie tylko jeżdżą konno, ale i oglądają i namacalnie poznają poszczególne sprzęty, elementy dawnych strojów, doświadczają też życia w historycznych namiotach. W ten sposób urozmaicamy im hipoterapię, wspomagając zajmujących się tym terapeutów, którzy w zamian doszkalają nas w jeździe konnej. Zajęcia te są z pożytkiem nie tylko dla rehabilitowanych dzieci, ale i nas samych. Rozwijamy się dzięki nim nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim emocjonalnie, uwrażliwiając się tym samym na potrzeby innych, słabszych, którym choć w niewielkim stopniu można ulżyć w cierpieniu, realizując przy tym to co się kocha.

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki