Logo Przewdonik Katolicki

Okiem maturzysty refleksje z lat katechezy

Patryk A. Nachaczewski, Szymon Puchalski
Fot.

Przez dwanaście lat chodziliśmy do różnych szkół, spotkaliśmy wielu katechetów. Teraz staramy się spojrzeć na okres szkolnej katechezy z pewnej perspektywy. Niektóre stwierdzenia będą może trochę bolesne, jednak rodziły się zawsze z pragnienia, by katecheza rozwijała naszą i naszych kolegów wiarę. By przybliżała do Jezusa. Naszymi pierwszymi...

 


Przez dwanaście lat chodziliśmy do różnych szkół, spotkaliśmy wielu katechetów. Teraz staramy się spojrzeć na okres szkolnej katechezy z pewnej perspektywy. Niektóre stwierdzenia będą może trochę bolesne, jednak rodziły się zawsze z pragnienia, by katecheza rozwijała naszą i naszych kolegów wiarę. By przybliżała do Jezusa.


Naszymi pierwszymi katechetami byli rodzice. Uczyli nas pacierza i prowadzili do kościoła na coniedzielną Eucharystię. Z regularnymi katechezami spotkaliśmy się w przedszkolu, gdzie poprzez zabawę, śpiew lub inne formy katecheta starał się nam przekazać podstawowe wiadomości z religii i otworzyć nas na Jezusa.


Zainteresować i zachwycić Obraz katechezy, tak jak i pozostałych przedmiotów, uległ przeobrażeniu w szkole podstawowej. Trafiliśmy do nowych środowisk i podjęliśmy nowe formy nauki. Beztroska zabawa ustąpiła miejsca systematycznej pracy. Nauczyciel, w tym także katecheta, stawał przed zadaniem zachęcenia nas i naszych rówieśników do nauki. Wiązały się z tym pierwsze problemy i trudności…


Nasze pierwsze lekcje religii w dużej mierze były kontynuacją katechezy przedszkolnej. Oczywiście nie siedzieliśmy już na dywanie, lecz w ławce. Katecheta proponował jednak zajęcia, które kojarzyły się nam wówczas z rozrywką: rysowanie, śpiewanie, prace techniczne czy małe formy teatralne. Religia zdawała się być takim samym przedmiotem jak pozostałe. Nasi rówieśnicy nie odczuwali wobec niej żadnych uprzedzeń, pod warunkiem że nie odczuwali ich też rodzice. Nauczyciel miał szansę pokazania, czym tak naprawdę jest Kościół i co znaczy być chrześcijaninem. Wszyscy starali się zresztą, abyśmy przeżywali katechezę w radości i nie odczuwali nadmiernego przeciążenia, a przy tym zdobywali wiedzę. Wówczas mieliśmy też okazję zauważyć, że chrześcijanin to człowiek radosny, a Kościół to wspólnota. Czuliśmy, że droga do Boga nie jest nudna. Był to czas, kiedy katecheta stawał się nie tylko nauczycielem, ale nade wszystko przewodnikiem młodego człowieka na drodze zbawienia.


Pierwsze problemy W szkole podstawowej zaczęły narastać pewne problemy. W naszych klasach byli uczniowie, którzy wyraźne okazywali brak zainteresowania katechezą. Na nieszczęście katechetów nie ograniczało się to tylko do braku aktywności na lekcji, lecz przeradzało w chęć udowodnienia, że na religię chodzić nie warto.


Dla świętego spokoju, by w przyszłości nie było problemów, rodzice kazali dzieciom uczęszczać na katechezę, a katecheta stawał w takich przypadkach przed trudnym zadaniem niedopuszczenia do dezorganizacji zajęć. Ten, który przybierał pozę spokojnego nauczyciela, lekceważącego często skandaliczne zachowanie uczniów, tracił autorytet nie tylko wśród niezainteresowanych religią, ale także wśród tych, którym na katechezie naprawdę zależało. Przykrym skutkiem tej postawy był totalny brak zainteresowania ze strony wszystkich uczniów, często potęgowany także monotonnym prowadzeniem zajęć.


Gimnazjalna rzeczywistość Już dziewięć lat polski system edukacji zmaga się z placówką oświatową pośrednią między szkołą podstawową a szkołą średnią, czyli gimnazjum. Niejeden nauczyciel przyzna nam pewnie rację: młodzież w tym wieku stanowi trudny „materiał” do wychowania.


Przychodząc do gimnazjum, spotykaliśmy rówieśników z bardzo różnych szkół, rodzin i środowisk. Różnice tak w poziomie edukacji, jak i stopniu dojrzałości były ogromne. Oprócz tego w gimnazjach nakłada się na siebie wiele innych problemów, które utrudniają prowadzenie zajęć, a nawet utrzymanie elementarnego spokoju i porządku na lekcjach. Nie tylko na religii.


Zarówno podstawy wiary, jak i dobrego wychowania wynosimy z domu. Niestety, wielu rodziców o tym nie pamięta. Negatywnie wypowiadają się o Kościele i sprawach dotyczących wiary. To podejście przejmują gimnazjaliści, co niestety widoczne jest na lekcjach. Sami uczniowie zdają sobie sprawę, że religia jest przedmiotem dodatkowym, dlatego często nie traktują jej poważnie. Z chęcią przestaliby może nawet uczęszczać na lekcje religii, ale wiedzą, że jest to konieczny warunek np. do przyjęcia bierzmowania. Traktując więc obowiązki religijne jako zło konieczne, z niechęcią i negatywnym nastawieniem przychodzą też na katechezę.


Duży problem stanowi również program nauczania. Zakłada się bowiem, że każdy uczeń, w równym stopniu, tak jak w przypadku innych przedmiotów, z roku na rok będzie się rozwijał. Niestety, poziom świadomości i wiedzy religijnej, jak i zresztą religijności (pobożności), w gimnazjum jest bardzo zróżnicowany. Niemożliwe więc okazuje się przeprowadzanie lekcji zgodnie z programem. Skoro np. przy okazji cyklu lekcji o Duchu Świętym spora p g p p y j część uczniów w ogóle nie wiedziała, o czym mówimy, nie dało się zgłębiać siedmiu darów Ducha Świętego czy y y, ę g ę innych szczegółowych kwestii.


 Bez winy nie pozostają także uczniowie. Wielu naszych gimnazjalnych rówieśników to młodzież, która przeżywała bardzo burzliwie okres dojrzewania. Bunt, w zasadzie przeciw wszystkiemu i wszystkim, odbijał się także na katechezie. Nierzadko byliśmy więc świadkami konfliktów na linii uczeń-katecheta. Nauczyciel oczekiwał posłuszeństwa i odpowiedniego zachowania; uczeń lekceważył polecenia i często potrafił bez skrupułów wyrazić swoje niezadowolenie, używając wulgarnego słownictwa.


Jednak najważniejszym czynnikiem wpływającym na kształt katechezy w gimnazjum wydaje się nam postawa samego katechety. To on, jako prowadzący, ma decydujący wpływ na kształt lekcji. Od niego zależy, czy uczniowie będą wykazywać choć minimum zainteresowania, czy też zajmą się czym innym. Na przestrzeni lat spotkaliśmy się z katechetami, którzy nie potrafili poradzić sobie z uczniami. Niestety, byli na pozycji straconej. Uczeń od razu zauważał, że nauczyciel nie panuje nad klasą i robił co mu się podobało. Natomiast zmęczony sytuacją katecheta, próbował co prawda jeszcze poprowadzić zajęcia, lecz zazwyczaj wszystko kończyło się nudnym podręcznikowym wykładem, którego i tak niewielu słuchało. To były konkretne sytuacje, kiedy widzieliśmy, że to właśnie nauczyciel swoim zaangażowaniem i postawą wypracowuje sobie autorytet i zdobywa szacunek uczniów… albo je traci.


Lekcje dla wybranych Spotkaliśmy się także z zupełnie innym podejściem do młodzieży. Niektórzy katecheci zakładali, że nie sposób zmusić do aktywności 100 proc. klasy. Prowadzili więc zajęcia wyłącznie dla zainteresowanych, a pozostałym dawali wolną rękę (pod warunkiem że nie przeszkadzali). Dzięki temu części z nas udało się naprawdę poszerzyć wiedzę religijną. Prawdą jest jednak i to, że pozostali w rzeczywistości nie uczestniczyli w zajęciach, choć formalnie byli obecni. Z pewnością mniej było wówczas problemów z zachowaniem spokoju i ładu, jednak nie udało się dotrzeć do wszystkich uczniów.


 Zdarzyli się nam także pedagodzy, którzy by zyskać zaufanie uczniów oraz nawiązać z nimi lepszy kontakt, próbowali zmniejszać dystans pomiędzy sobą a nami. Starali się oddać więcej inicjatywy w ręce uczniów. Mogliśmy np. sami proponować tematy do dyskusji, a katecheta nie bał.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki