Logo Przewdonik Katolicki

Zwyczajny niezwyczajny duszpasterz

Jadwiga Knie-Górna
Fot.

Z księdzem Piotrem Sadkiewiczem, laureatem nagrody Proboszcz Roku 2005, proboszczem parafii pw. św. Michała w Leśnej k. Żywca, rozmawia Jadwiga Knie-Górna O niewielkiej parafii w Leśnej k.Żywca mówi się coraz więcej i to nie tylko dzięki wyróżnieniu, jakie otrzymał Ksiądz trzy lata temu, ale także nietypowym inicjatywom podejmowanym przez parafian, przede...

Z księdzem Piotrem Sadkiewiczem, laureatem nagrody Proboszcz Roku 2005, proboszczem parafii pw. św. Michała w Leśnej k. Żywca, rozmawia Jadwiga Knie-Górna


 


O niewielkiej parafii w Leśnej k.Żywca mówi się coraz więcej i to nie tylko dzięki wyróżnieniu, jakie otrzymał Ksiądz trzy lata temu, ale także nietypowym inicjatywom podejmowanym przez parafian, przede wszystkim honorowym krwiodawstwie i rejestracji osób chętnych do oddawania szpiku kostnego. Skąd takie pomysły?

- Pozwolę sobie sprostować pani pytanie. O naszej parafii nie mówi się „dzięki” mnie, ale przede wszystkim za sprawą moich parafian, którzy niezwykle czynnie angażują się w dzieło ratowania życia ludzkiego, niesienie pomocy chorym i cierpiącym. Nie zrobiłbym niczego bez swoich wiernych, pełnię tylko rolę motorniczego, który nimi kieruje, a czasem pomaga wydobywać tkwiący w nich ogromny potencjał. I nic więcej. A pomysły wiążą się z przeżyciami, jakie dotknęły moją rodzinę ponad dwadzieścia lat temu i związane były z chorobą mojej siostry. Jedynym lekarstwem na jej białaczkę, które dawało szansę przeżycia, był przeszczep szpiku kostnego. Po badaniach okazało się, że byłem jedynym stuprocentowo zgodnym dawcą, tak też nim zostałem. Wydarzenie to wpłynęło na całą moją przyszłość, w tym także na pracę duszpasterską, choć w początkowych latach mojego duszpasterzowania tej kwestii nie podejmowałem. Być może jeszcze wówczas nie dojrzałem lub jeszcze nie odkryłem, że duszpasterstwo może iść także w kierunku takich akcji. W 2000 roku tutaj, w Leśnej, rozpoczęliśmy kult Bożego Miłosierdzia; wiązało się to z remontem kościoła, z wybudowaniem ołtarza Bożego Miłosierdzia oraz ze sprowadzeniem relikwii siostry Faustyny. A wszystko odbyło się w uroczystej scenerii. Relikwie św. Faustyny wprowadzał do naszej świątyni bp Tadeusz Rakoczy. Wtedy też w kazaniu prosił nas, aby kult Bożego Miłosierdzia nie tylko ograniczał się do modlitwy, ale żeby przerodził się także w jakieś konkretne czyny. Wezwanie to zmusiło nas do znalezienia jak najlepszej odpowiedzi. Ponieważ jest to mała parafia, wiele dzieł miłosierdzia wymusiło życie i istnieją tutaj „od zawsze”, zatem trzeba było szukać czegoś nowego. Podpowiedź zasugerowała lokalna prasa, w której znalazłem małą notatkę, iż w podżywieckiej miejscowości została przeprowadzona wśród strażaków zbiórka krwi, na które to wezwanie odpowiedziało sześciu z nich. Ich czyn wzbudził we mnie refleksję, że Jezus Chrystus dokonał naszego zbawienia poprzez swoją krew. Oddał ją za nasze życie. Powiązałem to teologicznie z pięknym konkretnym czynem miłosierdzia i tak zaproponowałem swoim parafianom, aby Niedziela Palmowa, rozpoczynająca Tydzień Męki i Śmierci Pana Jezusa, otwierała akcję oddawania krwi. Pomysł skonsultowaliśmy z istniejącym jeszcze wówczas punktem krwiodawstwa w Żywcu i tak to się zaczęło.


Pierwsza Wasza akcja zbiórki krwi okazała się strzałem w dziesiątkę…

- Była to największa tego rodzaju akcja na ziemi żywieckiej, krew oddały wówczas osiemdziesiąt dwie osoby, choć zgłosiło się ich znacznie więcej. Jednak ze względu na stan zdrowia nie wszyscy mogli oddać ten cenny płyn. I tak, wg naszego harmonogramu, w ciągu każdego roku mamy zaplanowane trzy akcje zbiórki krwi, jednak zdarzają się też dodatkowe, przeprowadzane z dnia na dzień, tzw. ratunek dla konkretnej osoby. Zauważyłem, że moi parafianie doskonale zrozumieli sens tych akcji, zrozumieli też, że nie jest sztuką wrzucić parę złotych do kosza dla ubogich i mieć problem z głowy. Poczuli bowiem chęć dzielenia się najwyższym dobrem, czyli swoją krwią, której nikt ani nic w ratowaniu życia drugiego człowieka nie jest w stanie zastąpić. Zrozumieli, że jest to prawdziwa ofiara darowania siebie bliźniemu, darowania cząstki siebie dla ratowania zdrowia i życia drugiego człowieka.


Argumentacja dawców jest różna, najczęściej oddawanie krwi traktuje się jako dziękczynienie za dar zdrowia. Inni twierdzą, że „dziś ja jestem zdrowy, więc pomagam innym; być może za jakiś czas sytuacja się odwróci i to ja będę potrzebował tego rodzaju pomocy”. Oddawanie krwi ma jeszcze inny wymiar… być może człowiek, który potrzebuje naszej pomocy, przed chorobą był daleko od Chrystusa, a poprzez cząstkę naszej krwi, jaką otrzyma w darze ratowania życia, dajemy mu powód do jakiejś refleksji, szansę na zmianę i nawrócenie.


Jest Ksiądz niespokojnym duchem, bowiem po trzech latach rozpoczął kolejną niezwykle ważną inicjatywę.

- Skoro ta dawała tak piękne owoce, to dlaczego nie siać dalej?! Choć wiedziałem, że nowa propozycja jest niezwykle ryzykowna, chciałem stworzyć coś na miarę, jak nazwały to później media, parafialnego banku szpiku kostnego. Ponieważ jako parafia nie możemy takiego banku stworzyć, uczyniliśmy to przy współpracy z Fundacją Przeciwko Leukemii z Warszawy. Przed pierwszą akcją bałem się, że będzie niewypałem, byliśmy przygotowani na jakieś trzydzieści, może czterdzieści osób, które wyrażą chęć oddania próbki krwi w celu badania na układ HLA (układ zgodności tkankowej) i wpisanie się do banku szpiku kostnego. Ku naszemu zaskoczeniu badaniu poddały się siedemdziesiąt dwie osoby! Wszystkie zostały zapisane do rejestru banku szpiku kostnego… Niespełna po roku okazało się, że jedną z nich wytypowano jako dawcę do przeszczepu. Po szczegółowych badaniach okazało się, że mój parafianin jest doskonałym dawcą, i tak też się stało. Do dziś trzech panów zostało dawcami szpiku. Tych akcji było już kilka, ostatnią – marcową - zorganizowano wespół z Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Katowicach. Była to akcja pilotażowa, połączona z oddawaniem krwi, bowiem Centrum chce połączyć oddawanie krwi z możliwością oddawania jej próbki do banku szpiku kostnego. Znów otworzyło się wiele wielkich serc, gdyż zgłosiły się kolejne czterdzieści dwie osoby, co w sumie na dziś daje nam trzysta dziewięć osób, które są zarejestrowane i wpisane do ogólnopolskiego banku szpiku kostnego. Jest to podobno fenomen na skalę światową, nie ma bowiem drugiej takiej miejscowości na świecie, gdzie ponad dziesięć procent mieszkańców stanowią potencjalni dawcy szpiku kostnego. Odliczając jeszcze dzieci i osoby starsze, wyniesie to grubo ponad dziesięć procent. Zaraz po pierwszej akcji badania szpiku kostnego zaczęliśmy też propagowanie tzw. oświadczeń woli. Prosiłem, aby wierni ze spokojem przemyśleli tę decyzję, żeby składali te oświadczenia świadomie, odpowiedzialnie. Na ten apel odpowiedziało osiemset osób…  Następne prośby o oświadczenia padły podczas kolejnych akcji pobierania krwi, w sumie podpisało je ok. tysiąca dwustu osób.


Choć biskupi proszą, aby przy każdej parafii powstał Parafialny Klub Honorowych Dawców Krwi, to w większości parafii w tej sprawie panuje cisza. Dlaczego tak jest?

- Kiedy rozpoczynałem akcję pobierania krwi, to w naszej diecezji bielsko-żywieckiej tylko jedna parafia była zaangażowana w to przedsięwzięcie i jest nadal. Mam na myśli parafię z Kęt, w której dzieło pobierania krwi rozpoczął ks. Leśko. Z naszych poczynań wówczas śmiało się wielu księży, usłyszałem również takie słowa, że powinienem zająć się duszpasterstwem, a pobieranie krwi zostawić lekarzom. Po tych kilku latach podejście do tej sprawy zmieniło się, jesteśmy bodaj jedyną diecezją w Polsce, gdzie podczas każdej niedzieli stoi przed jakimś kościołem ambulans do pobierania krwi. Myślę, że jest to kwestia czasu i ambulansy do pobierania krwi będą stały przed świątyniami w całej Polsce. W tym przekonaniu utrzymują mnie telefony, jakie odbieram od księży z całego kraju. Kapłani dopytują się o szczegóły tych akcji, dlatego jestem bardzo optymistycznie nastawiony do przyszłości. Wierzę, że za kilka lat będzie to jedna z największych akcji charytatywnych Kościoła w Polsce.


Skoro mówimy o oddawaniu krwi i szpiku kostnego, trudno nie podjąć tematu polskiej transplantologii, w której panuje ogromny kryzys. Czy faktycznie za ten stan rzeczy odpowiedzialne są w głównej mierze media?

- Niestety, ubiegłoroczne afery związane z transplantologią oraz nadmierne, czasem niesprawiedliwe, nagłaśnianie ich poprzez media spowodowały właśnie negatywny stosunek do przeszczepów. Myślę jednak, że kryzys w transplantologii jest także spowodowany bardzo małą świadomością Polaków na ten temat. Przeciętny Polak jest zdrowy, z tego też powodu nie interesuje się przeszczepami. Ten stan rzeczy zmienia się najczęściej pod wpływem choroby. Inną sprawą jest fakt, że w naszym kraju stale za mało mówi się o transplantologii. Także w mediach, które jeśli już go poruszają, to albo o bardzo później porze dnia lub na zasadzie kolejnej niezdrowej sensacji. O przeszczepach także za mało mówi się w kościele, pojedyncze listy biskupów diecezjalnych nie załatwiają sprawy. Myślę, że w tej sprawie najwięcej dotychczas zrobił abp Józef Życiński, który na ten temat, i to w krótkim czasie, wystosował już kilka listów, a także przy tej okazji zainicjował akcje podpisywania deklaracji woli. To przynosi konkretne efekty.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki