Logo Przewdonik Katolicki

Życie po przeszczepie

Alicja Górska
fot. Patryk Bierski

Mimo wyniszczającej terapii, utraty włosów i brwi osoby po przeszczepie szpiku mówią, że życie po chorobie stało się lepsze. Dla dawców to także wydarzenie, które zostawia ślad. Co zyskują?

Oddał krew do badania. Gdy przyszedł po wyniki, pielęgniarka zwróciła mu pieniądze i przestraszona powiedziała, żeby poszedł gdzie indziej. W jednej fiolce wykryła dwie grupy krwi. Jeszcze się z czymś takim nie spotkała. Skąd miała wiedzieć, że to pacjent po przeszczepie szpiku kostnego…
 
Zamiana ról
Joanna Trybucka z zawodu jest lekarzem. Pracuje na oddziale wewnętrznym w Poliklinice w Koszalinie. Na białaczkę zachorowała prawie dziesięć lat temu. Wtedy role się odwróciły. Gdy trafiła do szpitala w Szczecinie, wylądowała w łóżku na korytarzu, bo brakowało miejsc w salach. Była świadoma, że to choroba uleczalna, ale tylko dzięki chemioterapii i przeszczepowi szpiku kostnego od zdrowego dawcy. Chociaż i to nie zawsze daje gwarancję przeżycia. – Gdy dowiedziałam się o chorobie, czułam ogromny lęk. Oczekiwanie na znalezienie dawcy niespokrewnionego to był czas wielkiego niepokoju – wspomina pani Joanna. A nie wiadomo było, czy dawca w ogóle się znajdzie. Dopiero wtedy zaczęła działać Fundacja DKMS, która zajęła się tworzeniem bazy potencjalnych dawców szpiku dla chorych na białaczkę, szpiczak, chłoniaki. Pani Joanna na znalezienie dawcy czekała ponad pół roku. Drugą szansę na życie dostała od mężczyzny mieszkającego w Niemczech. O dawcy dowiedziała się dzięki fundacji. Napisała do niego list i otrzymała odpowiedź. To około 65-letni mężczyzna, który lubi jeździć na motorze i gotować. Nadal utrzymują ze sobą kontakt mejlowy. – To, że jego krew płynie w moich żyłach, jest niesamowite – wyznaje. – Zastanawiam się, jak żyje, co robi, czy jest zdrowy. Więź emocjonalna między nami pozostaje i modlę się za niego. Ale modlitwa i pamięć o nim to za mało, by wyrazić wdzięczność – przekonuje pani Joanna.
Wróciła do pracy i zrobiła dodatkową specjalizację. – Staram się normalnie żyć po przeszczepie i owocnie wykorzystać dany czas, ale muszę unikać kontaktu z infekcjami, zakażeniami – wyjaśnia lekarka. Największą stratą po przeszczepie jest dla niej rezygnacja z jazdy konnej, by nie narażać się na kontuzje. Mówi, że choroba przede wszystkim uwrażliwiła ją na uczucia pacjentów. – Większość z nich udaje, że są bohaterami, a w środku czują smutek, żal i potrzebę wsparcia. Dziś zwracam na to większą uwagę – przekonuje lekarka. Dla niej rodzina była dużym wsparciem w walce z chorobą, ale przyznaje, że ostatecznie każdy pacjent zostaje w chorobie sam ze swoimi myślami, wątpliwościami i strachem. Już dziś stara się niczego nie planować, tylko żyje z dnia na dzień. – Doświadczenie choroby uczy pokory, bo człowiek myśli, że jest nieśmiertelny. Ma się różne plany, a nagle się wszystko wali – wyjaśnia. – Buntowałam się na tę sytuację i wyrażałam to także wobec Boga – wspomina i dodaje, że bardzo pomogła jej modlitwa oraz życzliwość ze strony osób, które leczyła, oraz znajomych z różnych stron świata. Dziś jest przekonana, że to Bóg dał jej drugą szansę.
 
Kto daje, ten dostaje
Proces leczenia poprzez przeszczep szpiku polega na tym, że chemioterapią i radioterapią niszczy się szpik chorego, a zastępuje go szpikiem dawcy. Mówiąc obrazowo, to przeniesienie fabryki krwi od dawcy do biorcy. Do końca życia w żyłach pacjenta po przeszczepie płynie krew dawcy, chociaż zdarza się, że zostaje znikoma ilość własnej, stąd u niektórych osób wykrywa się dwie grupy krwi. Sam zabieg pobrania szpiku zajmuje kilka minut, a przeszczep to zwykła kroplówka. W większości przypadków szpik pobiera się z krwi z obwodu, a rzadziej z talerza kości biodrowej. Pierwszy przeszczep w Polsce od osoby niespokrewnionej odbył się 1997 r. Trzy lata później w kraju zarejestrowanych było około 5 tys. dawców, a dziś jest ich ponad 1,5 mln. Do bazy dawców mogą się zarejestrować osoby w wieku 18–55 lat, które nie są przewlekle chore. Prawdopodobieństwo, że chory znajdzie dawcę, wynosi 1 do 25 tysięcy. Ale już prawdopodobieństwo, że osoba zarejestrowana zostanie dawcą, jest sto razy większe. Jednakże decyzja o rejestracji w bazie dawców powinna być przemyślana, by nie wycofywać się z niej bez ważnego powodu. – Gdzieś ktoś czeka na życie, także jego bliscy. Trzeba być świadomym swojej decyzji – przekonuje pani Trybucka. Niestety, w naszym kraju nadal procedura kwalifikacji dawcy do przeszczepu jest wydłużona w związku z rozliczaniem świadczeń medycznych. Przez to część pacjentów nie otrzymuje przeszczepu na czas i umiera. 
Aldona Baranowska zarejestrowała się do bazy dawców szpiku w wieku 18 lat. Zdążyła nawet zapomnieć o tym wydarzeniu, ukończyła szkołę średnią i poszła na studia. A dziesięć lat temu oddała swój szpik z kości biodrowej. To oznaczało trzykrotny pobyt w szpitalu, zabieg pod narkozą i przekazanie szpiku 21-letniej mieszkance Lwowa. – Najbardziej przeżyłam pobyt w szpitalu, bo znalazłam się na oddziale onkologii z małymi dziećmi chorymi na białaczkę. Tam próbowałam się trzymać, ale po powrocie do domu pół dnia płakałam – opowiada wzruszona pani Aldona. Wspomina matki śpiące na karimatach przy łóżkach swoich dzieci. – One tam spędzały wiele tygodni, a nawet miesięcy, pozostawiając w domach inne dzieci, pracę, by ratować to chore dziecko. I ta straszna niewiadoma, czy pomoc nadejdzie, czy też nie – mówi dawczyni. – Jedna z mam opowiedziała mi, że jej 10-letni syn chciał wyskoczyć z okna, gdy dowiedział się, że jego młodszy brat ma wznowienie choroby. Bał się, że jego brat umrze – dopowiada. Jej się do dziś nie udało poznać kobiety, której pomogła. – Mam nadzieję, że żyje i ma się dobrze. Myślę o niej często – mówi pani Aldona. Od tego wydarzenia stara się promować dawstwo szpiku, krwiodawstwo i angażuje się w inne akcje charytatywne. – Do końca życia będę miała świadomość, że dobrze zrobiłam i jeśli tylko będzie potrzeba, to znowu oddam szpik. Wierzę, że dobro powraca – puentuje. Opowiada, że podczas zjazdów, gdzie spotykają się lekarze, członkowie fundacji, ale przede wszystkim dawcy i biorcy, panuje rodzinna atmosfera.
 
Bo skończyły się limity
Paweł Siegert ze Szczecinka grał w koszykówkę, piłkę ręczną, uprawiał żeglarstwo, turystykę górską i kolarską. Był zdolnym uczniem. Będąc w klasie maturalnej, zachorował na ostrą białaczkę szpikową. To było 20 lat temu. Przyjął dwie chemioterapie, a potem autoprzeszczep. Pobrano mu więc jego własne komórki macierzyste, rozmnożono je w laboratorium i po zniszczeniu szpiku chemioterapią wszczepiono ponownie. Zaczął wracać do zdrowia, ale po pięciu miesiącach nastąpiło wznowienie choroby. Mimo że udało się znaleźć dziewięciu dawców szpiku, i to głównie z Europy, to przeszczep nie był od razu możliwy, bo skończyły się limity. Jego rodzice postanowili więc sami zebrać środki finansowe. Niestety, w międzyczasie Paweł zachorował na zapalenie płuc i zmarł. Zebrane fundusze przekazano na walkę z nowotworami w ramach powołanej Fundacji Przeciwko Leukemii, której prezesem został ojciec Pawła, pan Henryk. Fundacja od prawie 20 lat zajmuje się pomocą chorym na choroby nowotworowe układu krwiotwórczego. Tworzy rejestr potencjalnych dawców szpiku, kieruje pacjentów do odpowiednich ośrodków przeszczepowych i gromadzi dla nich środki finansowe. Udało się zgromadzić kilkadziesiąt tysięcy potencjalnych dawców, a faktycznymi zostały 93 osoby. – Cierpienie po śmierci syna trwa do dziś – przyznaje pan Henryk. Mówi, że jego żonie w przeżyciu żałoby pomogła wiara. On też się nawrócił, a przed depresją uratowało go zaangażowanie w fundację.
 
Oklaski dla „zupy pomidorowej”
Tomasz Lis służy w 8 Koszalińskim Pułku Przeciwlotniczym. U niego zaczęło się od gorączki, która nie chciała ustąpić. Lekarz pierwszego kontaktu zlecił badania krwi. Wynik to diagnoza ostrej białaczki szpikowej i transport karetką do szpitala w Szczecinie. – Zapytałem ich wtedy, ile potrwa leczenie, bo w planach miałem kurs na kapitana. Nie byłem świadomy, czym jest ta choroba – wspomina pan Tomasz. W czasie chemioterapii stracił włosy i brwi. Przez pierwszy miesiąc pobytu w szpitalu czytał książki, oglądał filmy, a nawet napisał w Excelu program do rozwiązywania sudoku. Potem czas spędzał tylko na chodzeniu po sali i rozmowach z innymi pacjentami. – Jak byliśmy w szpitalu w Gliwicach, to wiadomo było kiedy przyjeżdża szpik, bo to pachnie jak zupa pomidorowa – mówi pan Tomasz. – Wtedy była radość, może nie jak po wylądowaniu samolotu, ale kiedy słyszeliśmy, że ktoś po szpik leci do Brazylii i ten szpik przywozi, to były oklaski – wspomina. Nie każdy przeszczep jest gwarancją wyzdrowienia, ale każdy daje tę szansę. W czasie chemioterapii układ odpornościowy jest bardzo osłabiony, dlatego ogranicza się widzenie z rodziną. Przed samym przeszczepem w szpitalu w Gliwicach pan Tomasz został umieszczony w izolatce. W sumie w szpitalach spędził ponad pół roku. – Personel medyczny, rodzina, chęć powrotu do służby, to mi dawało najwięcej siły w czasie terapii – przekonuje. Pomocne dla niego były spotkania z psychologiem. – Wlewali w nas nadzieję, a to bardzo ważne – dopowiada. Pani Monika, jego żona, mówi, że każdą rocznicę przeszczepu obchodzą jak urodziny, z tortem i świeczkami. W tym roku świętowali piątą. Miał szczęście, bo obaj jego bracia mogli być dawcami. – W pewnym sensie dostaje się drugą szansę, więc staram się lepiej korzystać z życia – mówi wojskowy, który opuszczał szpital z informacją, że po chemioterapii i naświetleniach ma ograniczone szanse na zostanie ojcem. Stąd z żoną rozważali już adopcję dziecka. – Któregoś dnia, gdy wróciłem z poligonu, znalazłem koszulkę z napisem „supertata”, a żona pokazała mi test ciążowy. To było wielkie szczęście – mówi pan Tomasz. Tymoteuszek ma dziś rok, a jego ojciec popołudnia spędza na budowie domu i jeździ motocyklem.  

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki