Logo Przewdonik Katolicki

W rytmie ciszy

Natalia Budzyńska
Fot.

Na tym filmie nikt nie zajada popcornu i nie sączy coca-coli. Nawet jeśli nieopatrznie je kupił, zapomina natychmiast o czymś tak przyziemnym. Nie dlatego, że chrupanie staje się doskonale słyszalne wobec panującej w sali przez ponad dwie godziny ciszy. Z ekranu bije dużo więcej, a widz poddaje się odwiecznemu rytmowi świata stworzonego przez Boga. Wielka cisza niemieckiego...

Na tym filmie nikt nie zajada popcornu i nie sączy coca-coli. Nawet jeśli nieopatrznie je kupił, zapomina natychmiast o czymś tak przyziemnym. Nie dlatego, że chrupanie staje się doskonale słyszalne wobec panującej w sali przez ponad dwie godziny ciszy. Z ekranu bije dużo więcej, a widz poddaje się odwiecznemu rytmowi świata stworzonego przez Boga.

„Wielka cisza” niemieckiego reżysera Philipa Gröninga to film niezwykły, ale jeszcze bardziej niezwykła jest popularność, jaką zdobył wśród widzów we Francji i Niemczech. Ludzie potrzebują duchowości i to już nie tej, która była przedstawiana jako jedyna atrakcyjna przez wiele dziesiątków lat w Europie Zachodniej. Dość już produkcji o mnichach buddyjskich i indyjskich pustelnikach. Europa ma swoją duchowość i jest to duchowość chrześcijańska. „Zrealizować «Wielką ciszę» znaczyło zrobić film, który dałby możliwość opisania niemal starożytnej genezy, korzeni, z których wyrosła nasza kultura” – mówi reżyser.

„Tylko w nieskończonej ciszy można zacząć słyszeć. Tylko tam, gdzie nie ma słów, można zacząć widzieć”.

Czy można z zainteresowaniem oglądać 160 minut z życia mnichów, którzy ze sobą nie rozmawiają? Nasz „współczesny” umysł jest w stanie objąć półgodzinny film dokumentalny na taki temat, ale pełnowymiarowy seans kinowy? Jeśliby spojrzeć na to racjonalnie, to nic się przez ten czas nie dzieje: słońce wschodzi i zachodzi, mnisi modlą się i pracują, codziennie wykonując te same czynności. A jednak czujemy się zaczarowani tą prostotą i surowością życia, odnajdujemy jej sens, choć obrazowi nie towarzyszy żaden komentarz. Wydaje się, że stanęliśmy oko w oko z Bogiem i jesteśmy porażeni wiarą kartuskich mnichów. Przyjmujemy, że życie według ewangelicznych zasad jest możliwe nawet dziś, a człowiek wierzący jest szczęśliwy. To właśnie rzuca się przede wszystkim w oczy. Wśród kilku zaledwie słów, które w czasie filmu są wypowiadane przez mnichów, głęboko zapada w pamięć to, co mówi stary i niewidomy zakonnik na temat śmierci. To prawdziwie dobra nowina, że chrześcijanin to osoba, która nie boi się śmierci. Ponieważ się nie boi, więc jest szczęśliwa.

Oglądając klasztor i jego otoczenie zmieniające się w rytm pór roku, dając się przez dwie i pół godziny prowadzić przez klasztorny „rozkład dnia”, rozumiemy ideę kartuskiej dewizy: Stat crux dum volvitur orbis – „Krzyż stoi choć zmienia się świat”.

Kontemplacja w kinie
Historia powstania „Wielkiej ciszy” jest nieprawdopodobna. Philip Gröning wpadł na pomysł nakręcenia filmu dokumentalnego o kartuskim klasztorze prawie dziewiętnaście lat temu. Miał wówczas dwadzieścia kilka lat i był początkującym reżyserem. Jednak rozmowa z przełożonym klasztoru Grande Chartreuse nie dawała żadnej nadziei. Bo cóż oznacza zapewnienie, że owszem, można wejść z kamerą na teren klasztoru, ale za jakieś trzynaście lat… Tymczasem dokładnie wtedy, w 1999 roku, zadzwonił w jego mieszkaniu telefon i męski głos oznajmił, że przeor jest zainteresowany filmem. Obostrzenia, jakie stawiał przeor słynnego klasztoru, w niczym nie utrudniały pracy reżyserowi, właściwie odpowiadały jego własnym założeniom. Żadnego sztucznego światła, żadnej muzyki, żadnego komentarza. Najtrudniejszym warunkiem do spełnienia był zakaz prezentowania filmu na jakichkolwiek konkursach. Philip Gröning zamieszkał więc w celi, jak inni mnisi, jadał, kiedy oni jedli, modlił się w tym samym czasie. Gdy mnisi pracowali, on również pracował – kręcił film. Poddając się rytmowi życia klasztornego według ścisłych reguł, w tym także zasad milczenia, mógł wejść w kontemplację i zapewne dzięki temu udało mu się przekazać ją poprzez nakręcony obraz.

Philip Gröning spędził w Grande Chartreuse niemal pół roku, w tym cztery miesiące bez przerwy. „Dwadzieścia jeden lat po zrodzeniu się pierwszego pomysłu skończyłem moją filmową medytację, 160-minutową podróż w głąb całkowitej ciszy” – mówi reżyser.

Poza światem
Zakon kartuzów został założony przez św. Brunona z Kolonii w 1084 roku. Pierwszy klasztor, tego do dziś najsurowszego zakonu kontemplacyjnego, był zbudowany w Alpach, nieopodal Grenoble i nazwany La Chartreuse. Zachowany do dziś budynek pochodzi sprzed ponad trzystu lat, jednak sposób życia i reguła nie zmieniły się od XI wieku. Mnisi mieszkają w małych domkach, gdzie pracują, jedzą i modlą się. Razem spotykają się podczas liturgii i w czasie niedzielnego posiłku. Klasztor opuszczają raz w tygodniu, mogą wówczas wyjść na spacer poza mury i porozmawiać ze sobą w parach. Towarzysza rozmowy zmienia się co 20 minut. Nie przyjmują odwiedzin, nie słuchają radia, nie oglądają telewizji i nie czytają gazet. Nie jedzą mięsa, a w czasie postu również potraw mlecznych. Klasztory są samowystarczalne, a biedniejsze domy otrzymują nadwyżki z tych klasztorów, którym się lepiej powiodło. Mnisi nie odkładają pieniędzy, pragnąc zawierzyć swoją egzystencję całkowicie Bogu. Niewiele sypiają: w nocy po trzygodzinnej drzemce następuje ponaddwugodzinna liturgia w kościele. Potem znów trzy godziny snu. „Kartuzi nie mają wakacji. Ani wolnego czasu. Nocna modlitwa to najdłuższy okres ich aktywności w jednym czasie. Uczestniczą też w 45-minutowej Mszy porannej oraz półgodzinnej Mszy wieczornej, do tego odmawiają siedem razy dziennie osobistą modlitwę w swojej celi. Każdy mnich musi prać swoją odzież, myć naczynia, pracować w ogrodzie, rąbać drewno, studiować książki i wypełniać posługi klasztorne. Nie istnieje coś takiego jak czas dla siebie. Ilekroć wydawało mi się, że znalazłem chwilę spokoju, kolejne dzwony zaczynały bić i było coś do zrobienia” – mówi Philip Gröning.

„Ile zaś samotność i cisza pustelni niesie miłośnikom swoim pożytku i boskiej radości, wiedzą tylko ci, którzy tego doświadczyli” – pisał św. Brunon. Dzięki filmowi „Wielka cisza” i my zostaliśmy wpuszczeni do świata, w którym panuje Boży pokój. Czy jest możliwy także w nas? A jeśli nie, to co mu w tym przeszkadza?

Moja podróż w głąb ciszy – reżyser o filmie

„To nie jest proste. Nie jest łatwo napisać o filmie, który istnieje praktycznie bez słów, który jest tak daleki od słów, jak tylko jest to możliwe, odległy od jakichkolwiek ogólnie zrozumiałych kontekstów. Nie jest łatwo zrobić film, który istnieje poza sferą języka, poza tym wszystkim, co do tej pory uważałem za logiczne i pełne dramaturgii i wykracza nawet poza moje dotychczasowe zdolności. Jak zrobić film, który nie ma być opisem życia klasztornego, ale ma oddawać jego wewnętrzny sens, istotę. Jak? Do tej pory nie wiedziałem jak. Wiedziałem tylko, że jest to możliwe. Zatem, w istocie rzeczy, «Wielka cisza» w swojej formie oddaje klasztorne życie dzięki przestrzeni, jaką udało nam się powołać do życia, nie dzięki narracji.(…) Niespodziewanie spędziłem prawie sześć miesięcy w klasztorze Grande Chartreuse. Brałem udział w ich życiu, codziennych obowiązkach, żyłem w celi jak mnich. Byłem częścią tej niezwykłej równowagi, opierającej się równocześnie na osamotnieniu i wspólnocie. Nakręciłem tam film, nagrałem dźwięk, opracowałem ostateczną wersję… Była to moja podróż w głąb ciszy. Czym jest pojęcie czasu dla kogoś, kto wie, że już nigdy nie opuści tego budynku, tej celi. Czym jest codzienne życie, czym jest modlitwa w świecie, w którym wszystko jest powtarzalne, a każdy porusza się w swoim wymiarze czasowym. Czym jest modlitwa? Czym jest klasztor? I wreszcie: czym jest człowiek? Film o zakonie Grande Chartreuse to podróż w głąb innego świata”.
Philip Gröning


Dzień w Kartuzji

Ponieważ „naszym powołaniem jest nieustanne czuwanie w obecności Boga” (Statuty 21,3), nasz dzień rozpoczyna się w sercu nocy, kiedy wielka Wigilia jednoczy w kościele całą wspólnotę. W tej ciszy, która spowija ziemię, śpiew mnichów staje się prośbą i głosem Kościoła, jak i całego stworzenia, które oczekuje powrotu swego Oblubieńca.

O poranku wspólnota na nowo gromadzi się, aby czcić Paschę Pana, będącą spotkaniem ze Zmartwychwstałym w tajemnicy Eucharystii, manną duchową podczas naszego codziennego przechodzenia przez pustynię.

Po Mszy rozpoczyna się nasz dzień pustelniczy, utkany z pamięci o Bogu i pożądania Tego, którego szukamy i znajdujemy we wszystkich naszych codziennych zajęciach takich, jak: czytanie Słowa Bożego, odprawianie Liturgii Godzin wraz z Oficjum o Najświętszej Maryi Pannie, wzajemna służba w pracy i studium. Pod wieczór, gdy kończy się dzień, wspólnota ponownie gromadzi się na Nieszporach – uroczystej modlitwie dziękczynnej za miniony dzień. Po kilku godzinach, w ciszy nocy, na nowo rozpoczyna się modlitwa wigilii... I tak przez cały czas. Dzień upływa jakby nie miał ani początku, ani końca – do czasu aż nadejdzie wigilia wieczności, odpoczynek wieczny, w którym wypełni się nasze pragnienie i nasze wezwanie do pozostawania w nieustannej obecności Bożej, do życia w Jego ciszy.
Tekst z broszury wydanej przez kartuzów z Farneta

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki