Logo Przewdonik Katolicki

U nas nie było cichych dni

Katarzyna Kasjanowicz
Fot.

Właśnie weszli w 53. rok wspólnego życia. Ona łagodnie uśmiechnięta starsza pani w czerni porusza się z trudem. On nadal wyprostowany, podtrzymuje ją i prowadzi do stolika. Wokół wciąż liczna grupa wspólnych przyjaciół i członków rodziny. Rozpoczyna się kolejne rocznicowe spotkanie. Zgromadzeni na działkowej posesji goście zajęli wszystkie krzesła...

Właśnie weszli w 53. rok wspólnego życia. Ona – łagodnie uśmiechnięta starsza pani w czerni – porusza się z trudem. On – nadal wyprostowany, podtrzymuje ją i prowadzi do stolika. Wokół wciąż liczna grupa wspólnych przyjaciół i członków rodziny. Rozpoczyna się kolejne rocznicowe spotkanie.

Zgromadzeni na działkowej posesji goście zajęli wszystkie krzesła i wielką ławkę przed domem. O każdy szczegół zadbali jubilaci – pan Stanisław i pani Maria. Odbędzie się także loteria fantowa, tak jak w ubiegłym roku każdy przyniesie z tego spotkania jakiś upominek. Jest również to, co najważniejsze: dobry nastrój i poczucie bliskości – ciepły ton temu zgromadzeniu nadają starsi, skromni ludzie. Głębokie uczucie emanuje z każdego ich gestu, chociaż młodość od dawna mają już za sobą, za nimi także jest największa tragedia, jaka może spotkać rodziców – śmierć jedynego dziecka. Ale mają siebie, a w sobie: oparcie, przyjaźń, szacunek i zrozumienie. Nie wycofali się z życia – spotkanie, na które zostałam zaproszona, jest kolejnym, zorganizowanym, by uczcić 52 lata życia opartego na prawdziwym, nieprzemijającym uczuciu.

– Małżeństwo to wybór na całe życie. A czym jest miłość? – zamyśla się pan Stanisław. – To każdy po swojemu interpretuje. Każdy rozumie, czuje i wie w sobie właściwy sposób.

Jakiś czas po spotkaniu proszę, by opowiedział mi o szczęściu małżeńskim.

Rok 1953
Z uwagą przeglądam książki i albumy, które otrzymałam od pana Stanisława – książki, które wypełniają całe mieszkanie, a nawet domek letniskowy. Wiele z nich należało do syna, wiele stanowiło odbicie dawnych pasji i zainteresowań współmałżonków.

Trudno w ciągu godziny prześledzić 52 lata wspólnego życia, zapytać o wszystko, o co można pytać, i przemilczeć to, co stanowi sferę zbyt osobistą. Ale próbuję. Szukam początku...

Był rok 1953, tak odległy już ze swym powojennym krajobrazem. Trzeba jednak było żyć pośród pełnych dwuznaczności realiów i realizować to, co wydawało się ważne. Dlatego pan Stanisław, zastępca kierownika w Zarządzie Głównym ZMP w Wydziale Sportu, udał się do Akademii Wychowania Fizycznego. Chciał zatrudnić pięć osób do pracy w Centrali i Wydziale Województwa.

Rektor uczelni wytypował kilku kandydatów, a pan Stanisław przeprowadził z nimi wywiady. O Marii wiedział tylko tyle, że uprawia gimnastykę artystyczną i ma bardzo dobre wyniki. Ich rozmowa nie trwała dłużej niż pięć minut. W końcu zapytał ją, czy nie zgodziłaby się przyjść na nakaz pracy do Wydziału Sportu, a ona odparła bez ociągania: „Oczywiście, że tak”. Wtedy jeszcze żadne z nich nie wiedziało, jak ważna okaże się ta zgoda dla dalszego życia obojga – nikt nie przeczuwał, jak wieloznaczne stanie się tamto spontaniczne „tak”.

Kilka ubrań i radio
Dwa miesiące później Maria ukończyła studia i uzyskała magisterium. W krótkim czasie, zgodnie z obietnicą, zgłosiła się do pracy. Kiedy wzajemna sympatia zmieniła się w miłość? Pan Stanisław wzrusza ramionami. To wszystko było takie naturalne: razem pracowali w Wydziale Sportu i widywali się każdego dnia. Kilkakrotnie umówili się na zabawę, ponieważ taniec okazał się oprócz sportu i literatury kolejną pasją obojga.

Mieszkali wtedy w bursie przy ul. Niemcewicza 17. Ona – z koleżanką, on – z dwoma kolegami. Pan Stanisław dobrze pamięta datę 7 listopada, kiedy to w Domu Harcerza przy ulicy Łazienkowskiej odbyła się zabawa. O świcie, w drodze do miejsca zamieszkania oboje zaczęli rozmawiać o przyszłości. Już wtedy o wszystkim dyskutowali i decydowali wspólnie. Wyznanie miłości potwierdziło to, co tak delikatnie rodziło się pomiędzy nimi od sześciu miesięcy, ale postanowili jeszcze poczekać z podjęciem tej najważniejszej decyzji. Przed Festiwalem Młodzieży wreszcie zdecydowali, że 14 kwietnia 1955 roku wejdą w związek małżeński.

Ona – z jedną walizką. On z kilkoma zaledwie ubraniami i popularnym wtedy radiem „Pionier”. Tak rozpoczęli wspólne życie.

Związane krzesła
– Najważniejszy dzień w małżeństwie? – pan Stanisław patrzy przed siebie. – To oczywiście narodziny naszego syna Wojtka – odpowiada szybko ze smutnym uśmiechem. – Ze szpitala zabrałem żonę do bursy, w której nadal mieszkaliśmy. Tam, obok tapczanu postawiliśmy dwa krzesła. Związaliśmy je mocno i na beciku położyliśmy naszego synka – mężczyzna zamyśla się i na moment przerywa opowieść.

– To było największe szczęście – w głosie pana Stanisława słyszę westchnienie. – Miało ono swój dalszy ciąg, ponieważ za trzy dni otrzymaliśmy wiadomość o przydziale mieszkania. To był zaledwie pokój z kuchnią, ale nam zupełnie wystarczył. W ciągu tygodnia wprowadziliśmy się we trójkę do nowego lokum.

Muszą istnieć cały czas
– Najtrudniejsza jest zawsze rozłąka, która niesie z sobą ryzyko różnorodnych zdarzeń. Ale jeśli ufa się drugiemu człowiekowi, można być spokojnym o wspólną przyszłość. My taką decyzję podjęliśmy dla dobra syna. Wyjechałem do pracy za granicę, aby zapewnić mu jak najlepsze warunki materialne – wyjaśnia pan Stanisław. – Natomiast najważniejsza w małżeństwie jest wspólna miłość dwojga ludzi – odpowiada bez zająknięcia. – Ona musi istnieć w związku cały czas. Przywiązanie następuje automatycznie. Przejawia się ono w bezustannym myśleniu o drugiej osobie. Ilekroć jestem poza domem, zawsze zastanawiam się, co w danej chwili robi żona, jak się czuje, jak sobie radzi. Uważam, że takie przywiązanie będzie pulsować już do końca naszego życia. Równie ważne jest wzajemne zaufanie mimo wad, jakie posiada każdy człowiek – zamyśla się pan Stanisław. – No i oczywiście wyrozumiałość – niezbędna w codziennych sytuacjach, nawet tak drobnych jak domowe zakupy. U nas ta wyrozumiałość była szczególnie potrzebna w kwestii wychowania naszego syna. Żona, jak wiele matek, pragnęła przedłużyć mu dzieciństwo. Ja natomiast chciałem, by syn szybko dojrzał emocjonalnie i był bardziej samodzielny. Rozwiązaliśmy ten problem następująco: często wyjeżdżaliśmy z synem na urlopy oddzielnie. Raz z synem jechała żona, a raz ja. Bo każdą sytuację trzeba wspólnie omówić i wspólnie znaleźć jak najlepsze rozwiązanie – mówi z naciskiem pan Stanisław. – Nigdy nie dopuszczałem do tego, abyśmy obrażali się na siebie. Nie było mowy o tzw. cichych dniach. Dobra atmosfera, pełna wyrozumiałości, upewnia w przeświadczeniu, że ten drugi człowiek jest prawdziwym przyjacielem.

Pomoc w cierpieniu
– Każda choroba wiąże się ze zmianą nastroju i drażliwością – wyjaśnia pan Stanisław. – U żony tak nieszczęśliwie się zdarzyło, że od 26 lat cierpi na cukrzycę. Obecnie przyjmuje insulinę. Choroba ta łączy się ze ścisłym przestrzeganiem diety, więc u nas weszło już w nawyk, że jedzenie jest odpowiednio dietetyczne. Staramy się zawsze przestrzegać terminów badań.

Trzy lata temu pani Maria zapadła nagle na następną bardzo poważną chorobę: udar. Od tej pory pan Stanisław sam musi pamiętać o godzinach podawania leków żonie.

– I dobrze mi z tym. Przyzwyczaiłem się – podsumowuje pan Stanisław.

No, nie śpij…
Mimo cierpienia związanego z przewlekłą chorobą zarówno pan Stanisław, jak i pani Maria nie unikają życia towarzyskiego, czego dowodem są m.in. organizowane przez nich spotkania rocznicowe, bo przyjaciele w życiu obojga zawsze odgrywali ważną rolę. Nie ma nic gorszego, niż zamknąć się w czterech ścianach i odseparować od ludzi po wejściu w związek małżeński. Spędzanie czasu z osobami poznanymi jeszcze na studiach i w dalszym życiu zawodowym oraz sportowym przetrwało do dziś. Wspólnie wracają do wspomnień i przypominają te momenty, na które nadal wszyscy reagują szczerym uśmiechem autentycznego rozbawienia.

Bo trudno zapomnieć, jak w cztery miesiące po ślubie pan Stanisław zdobył prawdziwy rarytas: bilety na chińską operę. Nikt jednak nie wiedział, że egzotyczne przedstawienie będzie trwało aż sześć godzin. Pan Stanisław pamięta tylko delikatne szturchanie w bok i głos żony: „No, nie śpij...”.

Ja nie narzekam
Piękny, ogromny owczarek kładzie łeb na stole. Nazywa się Szeryf i należał kiedyś do syna. Od przechadzki z psem mężczyzna zaczyna dzień. Po powrocie przygotowuje płatki na mleku dla żony. Następnie przychodzi pora na obowiązkowy zastrzyk. Później pan Stanisław szykuje obiad i jedzie na swoją działkę, żeby nakarmić żyjące tam koty. W tym czasie żona czyta w domu lub ogląda telewizję. Po południu do wieczora już razem poświęcają czas ulubionym programom telewizyjnym, zwłaszcza na obcojęzycznych stacjach. Kiedyś w każdą sobotę i niedzielę chodzili do kina, teatru lub do znajomych. Jeździli również na zawody sportowe. Kiedy syn był mały, jeździli przemiennie, a później wymieniali się informacjami.

– A teraz życie mija nam monotonnie, ale ja nie narzekam – uśmiecha się wreszcie wesoło pan Stanisław. – U nas w domu nigdy nie było żadnej wąskiej specjalizacji: że mieszkanie sprząta tylko żona, a nie ja. Kto w danej chwili miał czas ten odkurzał albo prał. Gorzej było z gotowaniem, bo w tej dziedzinie nie miałem specjalnych zdolności, ale kiedy Marysia zachorowała, musiałem zająć się kuchnią.

Pan Stanisław dyskretnie zerka na zegarek. Trzeba kończyć rozmowę. Żona czeka na niego. Nie chce się spóźnić, by niepotrzebnie jej nie niepokoić.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki