Logo Przewdonik Katolicki

Broń gazowa

Renata Krzyszkowska
Fot.

Choć niedawny konflikt Rosji z Ukrainą o ceny gazu wydaje się zażegnany, przywódcy krajów europejskich nie śpią spokojnie. Stary Kontynent nie posiada dużych zasobów tego surowca. Musi go sprowadzać, a pod względem finansowym najkorzystniejszym dostawcą jest pobliska Rosja. Pozycja monopolisty, z jakiej kraj rozmawiał z Ukrainą, podziałała na Europę jak ostrzeżenie i rozpoczęła...

Choć niedawny konflikt Rosji z Ukrainą o ceny gazu wydaje się zażegnany, przywódcy krajów europejskich nie śpią spokojnie. Stary Kontynent nie posiada dużych zasobów tego surowca. Musi go sprowadzać, a pod względem finansowym najkorzystniejszym dostawcą jest pobliska Rosja. Pozycja monopolisty, z jakiej kraj rozmawiał z Ukrainą, podziałała na Europę jak ostrzeżenie i rozpoczęła dyskusję nad bezpieczeństwem energetycznym Europy.

Niedługo europejskie złoża gazu się wyczerpią. Największym producentem gazu na Starym Kontynencie jest Wielka Brytania i Anglia. Za parę lat jej złoża jednak się zużyją. Spore zasoby gazu, głównie pod Morzem Północnym, ma Norwegia i Holandia, ale i one powoli się kończą. Obecnie Europa zużywa rocznie ok. 480 mld metrów sześciennych gazu, z czego 25 procent pochodzi z Rosji. Docelowo odsetek ten planuje się zwiększyć do 50 proc.
Zdaniem prof. Wojciecha Góreckiego z Akademii Górniczo-Technicznej w Krakowie, chodzi nie tylko o stosunkowo niskie ceny. Nadal niespokojnie jest w bogatym w gaz Iraku i Iranie, niestabilna sytuacja panuje w całej Zatoce Perskiej, a także w północnej Afryce. Według profesora Europa Zachodnia, czy się jej to podoba, czy nie, musi sprowadzać gaz z Rosji, choć ma świadomość niedogodności tej sytuacji.

Wybory z gazrurką w tle
W najgorszej sytuacji są kraje nadbałtyckie, bo w 100 procentach kupują gaz z Rosji, podobnie Słowacja. Z Rosji pochodzi też 39 proc. niemieckiego zaopatrzenia na ten surowiec, 79 proc. czeskiego, ok. 65 proc. austriackiego i 40 proc. polskiego. Główny strumień gazu płynie do Europy rurociągiem przez Ukrainę. Ostatni konflikt zakłócił płynność tych dostaw, co uzmysłowiło wszystkim, jak nieprzewidywalnym partnerem może być Rosja. Moskwa zażądała nagle, by Ukraina od stycznia płaciła za gaz po cenach rynkowych, takich jak Europa Zachodnia, tj. czterokrotnie więcej niż dotąd i to bez możliwości rozłożenia kosztów w czasie. Spotkało się to z negatywną oceną świata. Brytyjski „Daily Mail”, podsumowując posunięcie Rosji, napisał, że „trudno będzie pobić ten przykład szantażu i tyranii”. Długoterminową, bardzo korzystną umowę na dostawy gazu z Rosji, w cenie 50 dolarów za 1000 metrów sześciennych Ukraina podpisała jeszcze przed pomarańczową rewolucją. Była ona swego rodzaju nagrodą za uległość wobec Rosji. Po objęciu rządów przez prozachodniego Wiktora Juszczenkę umów nie renegocjowano. Zdaniem zachodnich obserwatorów Rosja swym żądaniem podwyżek spróbowała użyć gazu jako środka nacisku, aby powstrzymać Ukrainę przed wyzwoleniem się spod wpływów Kremla. Obecny konflikt miał zapewne wpłynąć na wynik marcowych wyborów parlamentarnych w tym kraju. W obliczu kryzysu część elektoratu mogłaby zagłosować na prorosyjską Partię Regionów byłego premiera Wiktora Janukowycza.

Marketingowa zagrywka
Innego zdania jest Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha. – W roku 2005 r. Nagrodę Nobla z ekonomii zdobyli przedstawiciele teorii gier. I aż się prosi, żeby zastosować ją do sporu o gaz. Jej podstawą jest założenie, że ludzie postępują racjonalnie. Przyjęcie założenia, że Rosjanie są nieracjonalni byłoby nieracjonalne – i sprzeczne zarówno ze zdrowym rozsądkiem, jak i z teorią gier. Jeśli Rosjanom naprawdę chodziłoby o wywarcie nacisku na Ukrainę w związku z nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi, nie mogli postąpić głupiej. Może więc istnieje inny cel, dla osiągnięcia którego wybrane metody postępowania są całkiem racjonalne? W kategoriach imperium myśleli carowie, którzy mogli traktować Rosję jak „rodzinną” firmę. Dziś szef Gazpromu myśli bardziej w kategoriach dominium (własności). I co najwyżej wykorzystuje potęgę Rosji do poprawienia sytuacji firmy, którą kieruje. Konflikt rosyjsko-ukraiński to próba pokazania Europie Zachodniej, że planowana budowa rurociągu pod Bałtykiem, którym popłynie gaz z Rosji do Europy Zachodniej, to świetny interes – mówi Robert Gwiazdowski. Na poparcie swej tezy przytacza fakt, że Rosjanie specjalnie zbyt głośno nie protestowali, gdy mówiło się, że podwyżki cen gazu dla Ukrainy to element gry przedwyborczej. – Dokładnie w tym samym czasie, kiedy Gazprom rozpoczął awanturę z Ukrainą, Rosja podjęła decyzję o udostępnieniu akcji tej firmy inwestorom zagranicznym. Jej obecny zarząd bardzo by chciał kierować nią nawet gdy skończy się kadencja obecnego prezydenta Rosji. Być może Aleksiej Miller zabezpiecza się przed tym, by następca Putina nie zrobił mu tego samego, co Putin Chodorkowskiemu, właścicielowi koncernu naftowego Jukos, który oskarżony o nadużycia, po stronniczym procesie, odsiaduje obecnie wyrok w zakładzie pracy – kontynuuje Gwiazdowski.

Sprawa dla prokuratora
Zdaniem obserwatorów Rosja wbrew pozorom nie może sobie pozwolić na zbyt długie awantury podobne do tej z Ukrainą. Gospodarka rosyjska opiera się na eksporcie gazu i ropy, w dużym stopniu także do Europy Zachodniej. Mało kto pamięta, że oficjalna strategia gospodarcza Rosji zakłada zwiększenie eksportu gazu do 2010 r. o 100 mld metrów sześciennych. – Do tego nie wystarczy sam gazociąg bałtycki ze zdolnością transportu 55 mld m3. Obecne gazociągi również będą musiały być wykorzystywane, dlatego Rosja nie będzie mogła sobie pozwolić na większe konflikty. I całe szczęście, bo nie jesteśmy przygotowani na długotrwały kryzys. Zapasy gazu, jakie posiada Polska, nie wystarczą na długo. Musimy szukać innych dostawców i koalicjantów. I to niekoniecznie wśród rządów innych państw, ale wśród zagranicznych firm, które chciałyby w Polsce inwestować i byłyby zainteresowane tym, żeby ich polskim spółkom energii nie zabrakło. Na przykład Norwegowie mający złoża gazu zainteresowani byli polskimi firmami azotowymi, które zużywają wielkie ilości gazu – mówi Robert Gwiazdowski.
Zdaniem prof. Wojciecha Góreckiego energetyczne bezpieczeństwo Polski musi się opierać na zliberalizowanym rynku gazowym. Obecnie jego monopolistą jest należące do Skarbu Państwa Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Do handlu gazem jak najszybciej trzeba dopuścić także innych dostawców, którzy zdywersyfikują ten rynek. Jak najszybciej musimy też połączyć się z krwioobiegiem gazociągów europejskich. Tego przez wiele lat nie zrobiły kolejne zarządy koncernu Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Nie było ku temu woli politycznej. Ważne jest również zwiększenie krajowego wydobycia gazu ziemnego. Premier Kazimierz Marcinkiewicz zapowiedział, że prokuratura zbada, dlaczego Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo nie inwestowało do tej pory w wydobycie krajowego gazu oraz dlaczego dotąd nie zawarto kontraktu na dostawy gazu z Norwegii, tak jak przewidywały to wcześniejsze koncepcje.

Kosztowna niezależność
Według danych Państwowego Instytutu Geologicznego, krajowe wydobycie gazu w końcu 2004 roku wyniosło 5,2 mld metrów sześciennych, co stanowiło niewiele, ponad 40 proc. naszego zapotrzebowania. Brakującą część musimy dostarczyć z kontraktów długoterminowych z Rosją i innymi krajami. Rosyjski gaz jest jednak tańszy niż sprowadzany z innych regionów świata. Jeśli chcemy się od niego bardziej uniezależnić, musimy być świadomi, że będzie to kosztować. Najprostszą alternatywą jest sprowadzanie skroplonego gazu z innych części świata. Najtańsza będzie droga morska, ale do tego są potrzebne odpowiednie moce przewozowe i terminal do odbioru gazu. Koszt jego budowy szacowany jest na ok. 500 mln euro. Importowany drogą morską gaz na pewno będzie droższy od rosyjskiego. Ceny tego paliwa już teraz są na tyle wysokie, że nie każdego na nie stać. Społeczeństwo raczej bez entuzjazmu podejdzie do dalszych podwyżek, ale innej drogi chyba nie ma.
Ministerstwo Gospodarki poinformowało ostatnio, że zgodnie z uchwałą Rady Ministrów rozpoczęło działania mające na celu dywersyfikację dostaw nośników energii do Polski. W szczególności analizowane są warunki importu gazu skroplonego, w tym m.in. ilość terminali, lokalizację i źródła dostaw. Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo jest w trakcie przetargu na konsorcjum doradcze, które przygotuje studium wykonalności i założenia techniczno-ekonomiczne projektu. Termin wykonania studium będzie znany w połowie lutego.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki