Gdy we wtorkowy wieczór, 16 sierpnia, świat obiegła wiadomość o śmierci brata Rogera - założyciela i przeora ekumenicznej Wspólnoty Taizé, nie wszyscy mogli w to uwierzyć. Brat Roger zamordowany? Taki dobry człowiek? Okrutny los, który go spotkał, poruszył młodych. Wśród tysięcy młodych poszukujących Boga, którzy się wokół niego gromadzili, a teraz przeżywają czas żałoby, są także nasi diecezjanie.
Gdy w latach 40. wraz z garstką braci zakładał w malutkiej burgundzkiej wiosce Taizé wspólnotę monastyczną, nikt chyba nie spodziewał się, jak bardzo zmieni ona świat i chrześcijaństwo. Dziś ten skromny syn ewangelickiego pastora ze Szwajcarii wymieniany jest w jednym rzędzie z takimi ludźmi, jak: Papież Jan Paweł II, Matka Teresa z Kalkuty, Dag Hammerskjöld czy Martin Luther King. Miał szczególny dar kontaktu z młodymi. Przemawiał do nich i był słuchany. Zmieniał ich życie - wskazując na Ewangelię, prowadził ku Bogu.
Jak to się zaczęło?
Początki związków naszej diecezjalnej młodzieży z Taizé sięgają jeszcze prawdopodobnie czasów socjalistycznych, kiedy to nielicznym osobom z Polski udawało się dotrzeć do Taizé. Na dobre zrodziły się jednak na początku lat 90. - Przyszli do mnie studenci i zapytali, czy nie zorganizowalibyśmy wyjazdu na Europejskie Spotkanie Młodych do Pragi. Ja wówczas nie bardzo orientowałem się, czym jest Taizé i niewiele o tym słyszałem, ale pojechaliśmy - wspomina ks. Franciszek Jabłoński.
Jednym z pomysłodawców był Michał Dziel. - W 1989 roku z trzema kolegami postanowiliśmy odwiedzić Taizé. Przebywaliśmy tam dwa tygodnie, pracowaliśmy, modliliśmy się, chodziliśmy na różne spotkania i to nas zafascynowało - mówi. Z tej fascynacji zrodziła się pierwsza pielgrzymka, a później kolejna i jeszcze jedna. W ten sposób niezauważalnie minęło już kilkanaście lat. W ciągu tego czasu nasza młodzież nie tylko zjeździła pół Europy w "Pielgrzymce Zaufania przez Ziemię", ale także wielokrotnie odwiedzała Taizé. Nawiązane zostały bardzo serdeczne kontakty z braćmi ze wspólnoty, którzy i do nas przyjeżdżali, aby spotykać się z młodymi.
Był jakby dziadkiem ich wszystkich
Brat Roger był charyzmatykiem - pociągał ku sobie młodych swoim nauczaniem i przykładem życia. - Przypominał mi papieża - biała szata, siwe włosy, taki ciepły, spokojny głos. Wielkim przeżyciem dla mnie były krótkie medytacje brata Rogera, w których słów było niewiele, a treść bogata. On był zawsze w cieniu, a idea była najważniejsza - komunia, wspólnota i dążenie do jedności. On nigdy nie był jakimś przywódcą, tylko bratem wśród braci. To się czuło - wspomina ks. Franciszek. Umiał mówić do młodych ich językiem - bardzo prostymi słowami refleksji, wprowadzając ich w głębię ewangelicznego przesłania. Był dla nich jednym z największych autorytetów moralnych. Otaczał ich miłością i serdecznością, a uczucia te były w pełni odwzajemnione. - Spotkałam się z nim po raz pierwszy na początku lat 90. w samym Taizé, ale widziałam go tylko na modlitwach, które się odbywały popołudniami i wieczorem. Zapamiętałam go jako osobę niezwykle spokojną. Wtedy po raz pierwszy słyszałam, że pozdrawia ludzi w wielu różnych językach świata. Moją uwagę przykuło to, że do wielu narodowości, które tam były, starał się mówić ich językiem. Był to szczery człowiek, który otwarcie przekazywał to, co myśli - dodaje Ania Dziel.
- Był trochę jakby dziadkiem nas wszystkich. Takim prostym, kochającym. Zawsze było nas koło niego wielu, ale gdy do nas mówił, to trochę tak, jakby każdego z nas sadzał sobie na kolanach. Potrafił mówić do tłumu tak, że każdy odbierał to w sposób indywidualny - mówi Andrzej. I może właśnie to, bardzo młodych do niego przyciągało. Dla wielu młodych z naszej archidiecezji wyjazdy do Taizé i na Europejskie Spotkania Młodych, możliwość kontaktu z bratem Rogerem stały się z czasem rytmem życia.
Paulina Korach jest jedną z tych osób, które miały szczęście spotkać brata Rogera osobiście. - Gdy po raz pierwszy udzielił mi błogosławieństwa, to się rozpłakałam - mówi. - Jest to niesamowite uczucie. Człowiek doświadcza jakiejś takiej szczególnej łaski. W człowieku dokonuje się wówczas jakaś przemiana. Tak samo przeżywałam to też za drugim razem.
I nastał dzień żałoby
Już od pewnego czasu gnieźnieńska młodzież żyła kolejnym Europejskim Spotkaniem Młodych, które ma odbyć się w Mediolanie. Wszyscy liczyli, że znów go zobaczą. Tymczasem jego stołek pozostanie pusty. - Gdy dowiedziałam się o jego śmierci, pomyślałam, że to niemożliwe. Nie wyobrażałam sobie, że taki człowiek może zginąć w tak okrutny sposób. Myślałam, że jest to jakiś niesmaczny żart - mówi Paulina. Ksiądz Franciszek był przerażony. - Nie zasłużył on na taką śmierć. Podobnie zdruzgotany był także Michał. - Gdy dowiedziałem się o jego śmierci, łza zakręciła mi się w oku. Dowiedziałem się o wszystkim godzinę po zdarzeniu. Dla mnie to było coś niepojętego. Nie mogłem spać tej nocy. Długo myślałem o bracie Rogerze. To jest coś niesamowitego, jeśli z drugim człowiekiem - choć na odległość - jest się związanym, to nie sposób przejść obok takiej tragedii obojętnie.
Brat Roger zostawił świat innym, niż go zastał. Potrafił tchnąć w młodych nowego ducha, skłonić ich do działania. Wielu przyprowadzał do Chrystusa. - Dzięki niemu wielu młodych z naszej diecezji odnalazło sens życia. Znam takie przypadki, że ktoś nie chodził wiele lat do kościoła, był zagubiony, a stał się bardzo gorliwy. Część z nich zaczęła się też więcej angażować we własnej parafii - dodaje Paulina. - Przesłania br. Rogera zostaną we mnie na całe życie. To był niesamowity człowiek. I tu rodzi się refleksja. Jeśli mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, to kto wie, czy bratu Rogerowi nie udało się być tym pierwszym.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









