Niewolnicze bataliony

Ledwie skończyła się druga wojna światowa, a już polscy komuniści zajęli się grabieżą kraju. W zamian za daną im władzę podpisywali ze Związkiem Sowieckim korzystne dla nich kontrakty.



Jednym z pakietów były umowy o dostarczaniu węgla. Sowieci płacili nam za jedną tonę tego cenne-

go wówczas paliwa - jednego dolara. Co nawet nie pokrywało transportu owej tony. Inna z umów...
Czyta się kilka minut

Ledwie skończyła się druga wojna światowa, a już polscy komuniści zajęli się grabieżą kraju. W zamian za daną im władzę podpisywali ze Związkiem Sowieckim korzystne dla nich kontrakty.

Jednym z pakietów były umowy o dostarczaniu węgla. Sowieci płacili nam za jedną tonę tego cenne-

go wówczas paliwa - jednego dolara. Co nawet nie pokrywało transportu owej tony. Inna z umów dotyczyła eksploatacji polskich złóż uranu. Polscy komuniści, korzystając z sowieckich wzorców, zapędzili do pracy w kopalniach najpierw jeńców wojennych. W miarę ich zwalniania (1947-1949) kopalnie zaludniały się polskimi więźniami, skazanymi decyzją administracyjną na kilkuletnie pobyty w obozach pracy na terenie Polski. O tym, kto otrzymywał taki wyrok, decydowały wcześniejsze decyzje urzędów bezpieczeństwa publicznego.

Do batalionów należy kierować

Nie można było jednak całego kraju zamknąć za drutami. A trzeba było minimalizować koszty wydobycia. W 1949 roku komunistyczne władze wojskowe powołały więc bataliony górnicze, opatrując je nazwą: "zastępcza służba wojskowa". I po raz kolejny kłamliwie informowano społeczeństwo, że do batalionów powoływani są ochotnicy albo ci, którzy nie chcieli służyć w regularnych jednostkach wojskowych.

Kto naprawdę miał trafiać, i trafiał, do batalionów, precyzował tajny rozkaz ministra obrony nr 00-8, 01.02.1951: "[...] Do służby należy kierować poborowych pochodzących ze środowisk bogaczy wiejskich, wywłaszczonych obszarników, kupców, właścicieli przedsiębiorstw przemysłowych zatrudniających siły najemne, właścicieli większych nieruchomości miejskich oraz synów byłych funkcjonariuszy bezpośredniego aparatu ucisku reżimu przedwrześniowego. Poborowych, którzy według opinii organów bezpieczeństwa publicznego są wrogo ustosunkowani do obecnej rzeczywistości. Poborowych, których rodzice, rodzeństwo lub żona byli karani przez organa Polski Ludowej za przestępstwa polityczne.[...] Poborowych, którzy utrzymywali kontakty z członkami najbliższej rodziny pozostającymi w krajach kapitalistycznych i zajmującymi wrogą postawę wobec Polski Ludowej".

Przysięga na partyjny sztandar

Rząd komunistyczny zobowiązał się też do dostarczenia Sowietom rud uranu z dolnośląskich kopalń. Wydobywano je wówczas w Ciechanowicach, Miedziance, Kowarach, Kamiennej Górze, Szarocinie i Lądku Zdroju. Początkowo w tych wyjątkowo niebezpiecznych dla zdrowia kopalniach zatrudniano jeńców, ale już w 1948 roku rozpoczęło się ich masowe zwalnianie. Utworzono więc w wojsku specjalne bataliony górnicze dla "uranowców": dziesiąty i jedenasty. Poborowych kierowały do nich urzędy bezpieczeństwa i Informacja Wojskowa.

Szesnastolatek Waldemar Rysiński jako ochotnik chciał iść do artylerii. Niespodziewanie znalazł się w jednostce obsługującej kopalnię uranu. Dopatrzono się, że Rysiński "nie jest klasowy". W latach dwudziestych bowiem jego dziadkowie prowadzili sklep w Warszawie. "Ochotnik" przez trzy lata kopał więc rudę uranu. - Nasza przysięga żołnierska była parodią. Kazano nam przysięgać na wierność Związkowi Sowieckiemu i partyjnemu sztandarowi kopalni uranu - wspomina Rysiński. - Praca w kopalni trwała po dwanaście godzin. Nie pamiętam też, bym kiedykolwiek był najedzony.

Piętnaście lat zauroczenia

Józef Giemza w końcu lat czterdziestych został powołany do wojska w Węgorzewie. Po pół roku nienagannej służby znalazł się w jednostce w Kowarach. Poborowy Giemza dopiero po latach dowiedział się, że posłany został do kopania uranu, ponieważ miał rodzinę we Francji. - Nie można było pisać, że pracuję w jakiejkolwiek kopalni - wspomina. - Wszystko, co działo się na terenie jednostki i w pracy, musieliśmy zachować w absolutnej tajemnicy. Pilnowali nas Rosjanie. Pod ubraniami roboczymi mieli swoje mundury i broń. Byliśmy dla nich niewolnikami i tak nas traktowano. Wyniesienie czegokolwiek z terenu kopalni, kamyczka wielkości łebka od szpilki, karano wywozem na Syberię.

Przekonał się o tym Janusz Śliwiński, który "uranową służbę" w Kowarach rozpoczął w 1948 roku. Pierwszego tygodnia pracy zauroczył go zielonozłoty kamień, który wziął za opal. Wyniósł go za zgodą majstra i sowieckiego oficera. Po przyjściu z pracy położył kawałek zielonej kopaliny na futrynie okiennej. Jedni koledzy radzili oddać kamień dowódcy, inni proponowali, by go ukrył. Młody szeregowy sycił się urokiem kopaliny. - Tak pięknie zmieniała swe barwy w sztucznym świetle - opowiada Janusz Śliwiński.

Długo jednak nie cieszył się jej widokiem. Rankiem oficer wezwał go do dowódcy. Czekała już na niego żandarmeria. Po południu stanął przed sądem wojskowym we Wrocławiu oskarżony o "grabież mienia narodowego i sabotaż przeciwko ZSRS". Rozprawa trwała kwadrans. Żołnierzowi nie pozwolono się w ogóle odzywać, nie zapewniono mu też obrony. Dostał piętnastoletni wyrok i po trzech tygodniach podróży, w bydlęcych wagonach i na barkach, znalazł się w sowieckiej Kołymie. Przez osiem lat kopał urobek w węglowych chodnikach.

Nie chciał poznać życiorysów

Stefan Morawski marzył o tym, by zostać żołnierzem. Ucieszył się więc, kiedy w 1950 roku dostał wezwanie do jednostki wojskowej w Legionowie. Obojętne mu było, kto w Polsce rządzi. Rekrut w pełni akceptował istniejący wówczas ustrój, ale nie zrozumiał jeszcze, dlaczego ma uczyć się życiorysów bohaterów armii sowieckiej. Na jednym ze szkoleń politycznych oburzony zapytał o to politruka. Następnego dnia radziecki dowódca polskiej jednostki kazał mu wystąpić przed szereg kompanii i powiedział: "Popatrzcie, oto wróg klasowy". I z takim przydomkiem już po kilku dniach wydobywał uran w Kowarach.

- Tłukliśmy kilofami potężne skały i wrzucaliśmy do ołowianych beczek - wspomina po latach. - Brązowe bryły to średnia jakość uranu. Żółte, gdzie prawie 90 proc. to uran, były najcenniejsze. Zielone skały szły do płukania. W nich był najgorszy materiał. Ruscy plombowali beczki i wywozili w nieznanym kierunku. Sześciu żołnierzy z bronią eskortowało jedną ciężarówkę. Przed promieniowaniem nic nas nie chroniło. Mieliśmy zwyczajne drelichowe ubrania, gumowe buty, czasami jakieś rękawice. Dziennie wydobywaliśmy kilkadziesiąt ton tego kamienia. Warunki na dole były bardzo ciężkie. Chodziło o jak największe wydobycie, więc nikt się nami nie przejmował. Dochodziło często do wypadków. W 1951 roku zginęło ośmiu naszych kolegów. Napisano im w aktach: "Ku chwale Ojczyzny". Nasz kolega Janek Duda był sierotą, więc pochowano go bez salwy. Dowódcy żal było naboi.

- Wiele było wypadków. Trafiali chwilowo do szpitala i później wracali do jednostki - opowiada Giemza. - Nawet jeśli któryś z chłopaków był częściowo sparaliżowany albo z obciętą nogą czy ręką, to i tak pracował. Tylko na lżejszym stanowisku. Czasem robili nam badania lekarskie. Ale nikt nam nigdy nie mówił o promieniowaniu skał. Sądzili zapewne, że żaden z nas żywy z tych kopalń nie wyjdzie.

W 1952 roku kierownictwo ZMP podjęło kolejną "akcję zaciągów" do górnictwa. Nie było jednak wielu chętnych. Niedobór cywili znów więc uzupełniono transportami więźniów politycznych. Natomiast żołnierzom-górnikom przedłużono służbę wojskową o dodatkowy rok. W niektórych jednostkach odmawiano pracy. Zdarzały się nawet bunty. Okazywało się wówczas, że sami wyrazili zgodę na przedłużenie służby. Prawda była jednak taka, że "w ich imieniu" oficerowie pisali zobowiązania. A szeregowcy podpisywali, ponieważ mówiono im, że jest to zobowiązanie do pracy w niedzielę. Kilkuset zbuntowanym wytoczono procesy za wystąpienia "przeciwko obronności i sojuszom".

Bataliony zlikwidowano po dojściu Gomułki do władzy. Nie zniknęły one jednak z polskiej rzeczywistości całkowicie. W o wiele łagodniejszej formie istniały, jako jednostki Obrony Terytorialnej Kraju, do końca PRL.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 21/2005