Logo Przewdonik Katolicki

W służbie pięknu i prawdzie

Marcin Jarzembowski
Fot.

Rozmowa z aktorem Jerzym Zelnikiem Słowo "kultura" jest bardzo szerokim pojęciem. Czym jest dla Pana pojęcie "kultura chrześcijańska"? - Jest to taka sama kultura, jak wszystkie inne. Tylko bardziej pogłębiona. Jako chrześcijanin mam jednak wielki niedosyt, jeżeli chodzi o "jakość" kultury chrześcijańskiej. Myśmy bazowali tylko na słowie, a zapomnieliśmy o pięknie jego podania....

Rozmowa z aktorem Jerzym Zelnikiem

Słowo "kultura" jest bardzo szerokim pojęciem. Czym jest dla Pana pojęcie "kultura chrześcijańska"?

- Jest to taka sama kultura, jak wszystkie inne. Tylko bardziej pogłębiona. Jako chrześcijanin mam jednak wielki niedosyt, jeżeli chodzi o "jakość" kultury chrześcijańskiej. Myśmy bazowali tylko na słowie, a zapomnieliśmy o pięknie jego podania. Przez wiele lat byliśmy ascetyczni i skromni. Nadeszła jednak pora, aby zmierzyć się z wyzwaniem tych czasów. Radziłbym sobie i moim kolegom - wszystkim, którym bliska jest kultura chrześcijańska, abyśmy tworzyli piękne filmy, piękny teatr chrześcijański, na najwyższym poziomie. Ta dziedzina kultury powinna być taka, jak malarstwo chrześcijańskie czy architektura, które przetrwały wieki i nie miały sobie równych. Dlaczego teatr lub film chrześcijański ma być gorszy od innych?

A czy kultura chrześcijańska ma szanse zaistnieć w teatrze lub telewizji, skoro jesteśmy z każdej strony "zalewani" bardzo przyziemną, populistyczną rozrywką?

- Ma szanse na zaistnienie. I to bardzo duże. Chociaż - istotnie - w tej masie, którą jesteśmy "zalewani", kultura chrześcijańska ginie. Jednak istnieją niezwykle wartościowe filmy: "Pasja" Mela Gibsona, dzieła Franco Zeffirellego czy produkcje o świętym Franciszku lub świętym Ojcu Pio. Ja również "przyłożyłem rękę" do paru realizacji. Nawet zajęliśmy drugie miejsce w Niepokalanowie za obraz "Pierwszy chrześcijanin". Natomiast w natłoku kultury codziennej giną te filmy, które są chętnie oglądane, które dotyczą wiary i najwyższych wzorów moralnych. Niekłamaną popularnością cieszą się filmy o Papieżu. Miałem okazję uczestniczyć w pracach nad udźwiękowieniem kilku z nich. Ostatnio "Przyjaciel Boga" - Papież widziany kamerą Arturo Mari, fotografa Jana Pawła II. Oczywiście, te filmy mają charakter raczej "oświatowy". Natomiast my mówimy o kulturze chrześcijańskiej, o powstawaniu dzieła artystycznego. Na przykład w Bydgoszczy występowałem ze spektaklem "Dar i tajemnica". W Niegowici mieliśmy bardzo piękne spotkanie z ks. kardynałem Franciszkiem Macharskim z okazji 55. rocznicy wikariatu Karola Wojtyły. To były akademie. Skoro jednak mamy treści takiej miary przekazywać ludziom, to powinniśmy starać się o piękno przekazu nawet przy takich okazjach. Nam, świeckim członkom Kościoła, często się wydaje, że człowiek, kiedy powie coś mądrego o Panu Bogu i Ojczyźnie, to wystarczy. Nie, nie wystarczy. To jeszcze nie jest sztuka. To jedynie ważny powód, aby powstała.

Czy możemy w takim razie oddzielać "zwykłą" kulturę od chrześcijańskiej?

- Dla mnie, jako chrześcijanina, każda kultura w pewnym sensie jest chrześcijańska. Jeżeli jako aktor poszukuję w drugim człowieku ważnych treści, badam jego dramaty czy chwile radosne i odnajduję formę przekazu tajemnicy tej osoby - to już jest sztuka. Człowiek jest "świątynią Boga" - tak o nim często mówimy. I jeżeli czasami przyglądamy się złu, które popełnił, to także z pozycji chrześcijańskiej. Kiedy aktor się zdumiewa i zatrważa, kiedy jest w kręgu człowieka, który został stworzony na podobieństwo Boga, to już możemy mówić o sztuce chrześcijańskiej.

Czy trudno jest się mierzyć z poezją religijną?

- Dla mnie jest to twórczość bardzo radosna. Jeżeli ktoś pisze tak jak Roman Brandstaetter, ksiądz Jan Sochoń, ksiądz Janusz Pasierb czy ksiądz Jan Twardowski, któremu towarzyszyłem po całej Polsce, nagrywając płytę przy udziale Anny Nehrebeckiej i Krzysztofa Kolbergera, to jest wielka przyjemność. Człowiek zbliża się bardziej do Tajemnicy poprzez poezję niż prozę. Nie dziwię się, że Karol Wojtyła wybrał właśnie poezję. On po prostu się nią modli. To ona - poprzez swoją metaforykę czy niedopowiedzenia jest bliżej sacrum.

Takie spotkania w kościele, blisko sacrum, wytwarzają wyjątkową atmosferę.

- Muszę powiedzieć, że dla aktora to wielkie szczęście. W teatrze bardzo często ludzie podjadają sobie cukierki, czasami komuś zadzwoni telefon, a kościół ma w sobie niezwykłe skupienie. Jeżeli świątynia jest akustyczna i przedstawieniu towarzyszy dobra muzyka, to człowiek czasami aż się unosi do góry. Wszystko dzieje się pod wpływem danej chwili i tego wyjątkowego miejsca. Także dla aktora, pomijając nawet chrześcijańskie podejście, jest to wielkie wyróżnienie - że w tak czcigodnym miejscu może występować, może głosić Słowo. Jednocześnie aktorowi powinna towarzyszyć pewna zasada, której nauczył mnie śp. ks. Bronisław Bozowski z Warszawy - "Nie należy przesłaniać sobą Pana Boga". To była jego dewiza. Jeżeli głosisz kazanie, to nie wychodź na pierwszy plan. Jesteś aktorem - sługą, występujesz w kościele. Pamiętaj, że pokazujesz to, co przez ciebie przepływa. A jak zaczniesz się popisywać, to całość wyjdzie bardzo źle. Zresztą, nigdzie tak nie można postępować. Zawsze trzeba być sługą. Nawe jeżeli człowiek jest fantastycznym aktorem i cudownie wychodzą mu role, które odgrywa, nie powinno być to oparte na popisie, tylko na służbie dwóm Norwidowym zasadom: pięknu i prawdzie.

Czy wiara pomaga w interpretacji takich tekstów, w głoszeniu Dobrego Słowa?

- Mam nadzieję, że nie wpędza mnie w jakiś patos, chociaż czasami się o niego ocierałem. Trzeba się tego wystrzegać - właśnie z powodu wiary. Trzeba być skromnym i prostym, a prostota - wbrew pozorom - jest wielką umiejętnością i nie zawsze udaje się ją osiągnąć. Nie należy przesłaniać sobą Pana Boga. Należy tyle grać, ile trzeba.

Czy odczytuje Pan swój zawód jako powołanie?

- Ja bym uważał z tym "powołaniem". Na pewno jest wielkim wyróżnieniem. Aktorstwo to intymna łączność - z Szekspirem, Kochanowskim czy Wyspiańskim. Jest to przyjaźń metafizyczna. Naprawdę, miałem wrażenie, że jestem w wielkiej przyjaźni z Norwidem. Całe lata jeździłem z prezentacją jego twórczości. Za każdym razem miałem do niego takie pytanie retoryczne: "Czy ty, Cyprianie, uważasz, że mam prawo posługiwać się tym, co napisałeś?" Przy wielu autorach to pytanie wciąż mnie nurtuje. Tak samo pytam Pana Boga - czy Go nie obraziłem? W końcu On liczy na mnie, ufa mi, dał mi wolność. Moje chrześcijaństwo jest wątpliwe. Czasami kroczę ciemną doliną i także mam "noce swojej wiary". Obecnie jestem w lepszej formie duchowej. Bywało jednak, że "odklepywałem" modlitwy. Wszystko było przesiąknięte rutyną. Nie świadczyłem dobra w tym wymiarze, w jakim chciałbym. Byłem zapatrzony za bardzo w siebie i w karierę. Chodził sobie taki próżny Zelnik, który chciał coś uczynić własnymi rękami bez specjalnego oglądania się na Pana Boga. To jednak prowadzi na manowce kabotynizmu aktorskiego, czczego popisu, zaślepiającej pychy. Jest bardzo groźne. Niezależnie od tego, czy się jest chrześcijaninem, czy nie. Najważniejsze jest poszukiwanie siebie samego w prawdzie.

Czy pojawiały się w Pana karierze role trudne do zagrania. Takie, które kłóciły się z Pana sumieniem?

- Oczywiście, że tak. Nie pamiętam ich wszystkich, ale na pewno parę odrzuciłem z tego powodu, że scenariusz sprzeniewierzał się prawdzie. To znaczy pokazywał człowieka jednostronnie, w jakiś karykaturalny sposób, a więc nieprawdziwie. Takich ról nie lubię grać. Jeżeli chodzi o tzw. "sceny miłosne", jeżeli jest to pięknie pokazane, jestem gotów nie wstydzić się nawet własnego ciała. Stworzył je w końcu sam Pan Bóg. Jednak pod warunkiem, że nie będzie to powodem do zgorszenia. Muszę mieć głębokie, wewnętrzne przekonanie, że moje ciało i dusza, serce oraz rozum mają czemuś służyć. To nie ma być tylko tania rozrywka, dzięki której zarabiam pieniądze. Któż ich nie potrzebuje! Jednak trzeba je zarabiać w godny sposób i godnie wydawać. Nie powinny być one powodem do grzechu. Jeżeli aktor pięknie zagra, a zarobione pieniądze przeznaczy na zły cel, to zatraca pełnię, którą chciał osiągnąć. Można je przeznaczyć, na przykład, na studia dla dziecka lub na budowę domu. Budowaliśmy się z moją żoną Urszulą cztery razy, a dom przecież powstaje również dzięki Bożej Opatrzności. Za siedem lat będę na emeryturze, chociaż nie chciałbym na niej poprzestać. Chciałbym, aby śmierć zastała mnie przy pracy i modlitwie. To moje "marzenie na przyszłość", oby odległą…

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki