Logo Przewdonik Katolicki

Odnaleziony sens życia

Jadwiga Knie-Górna
Fot.

Rozmowa z Piotrem Piwowarczykiem, prezesem fundacji, która spełnia marzenia śmiertelnie chorych dzieci Skąd się wziął pomysł na utworzenie Polskiej Fundacji "Mam marzenie"? - Polska Fundacja "Mam marzenie" opiera się na tej samej idei co znana na całym świecie amerykańska fundacja Make-a-Wish. Przez osiemnaście lat mieszkałem w New Jersey i chciałem zaangażować się w działalność,...

Rozmowa z Piotrem Piwowarczykiem, prezesem fundacji, która spełnia marzenia śmiertelnie chorych dzieci


Skąd się wziął pomysł na utworzenie Polskiej Fundacji "Mam marzenie"?

- Polska Fundacja "Mam marzenie" opiera się na tej samej idei co znana na całym świecie amerykańska fundacja Make-a-Wish. Przez osiemnaście lat mieszkałem w New Jersey i chciałem zaangażować się w działalność, dzięki której mógłbym włączyć się w jakąś pomoc dzieciom. Nie pamiętam już, w jaki sposób znalazłem fundację Make-a-Wish, ale po odpowiednim szkoleniu rozpoczęła się moja przygoda ze spełnianiem dziecięcych marzeń. Ludzie, których tam poznałem, wywarli na mnie ogromny wpływ. Łączy ich wspaniała idea, bezinteresowna chęć niesienia pomocy choremu dziecku. Od pierwszego momentu mojego kontaktu z chorym dzieckiem stwierdziłem, że jest to coś wspaniałego i im bardziej się angażowałem w tę pomoc, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że te działania są bardzo ważne, o ile nie najważniejsze w moim życiu. Dwa lata temu przyjechałem do Polski, ażeby odwiedzić rodzinę, a przy okazji zobaczyć Warszawę i Kraków. Spotkanie z Polską było dla mnie ogromnym szokiem, nie spodziewałem się takiej ilości biedy. Lecąc z powrotem, gdzieś nad Atlantykiem doszedłem do wniosku, a dlaczego by Make-a-Wish nie mogłaby działać w Polsce? Pomysł chodził mi po głowie przez kilka miesięcy, i nie dawał spokoju, aż wreszcie w listopadzie 2001 roku spotkałem się przypadkowo z Janiną Ochojską. Po długiej rozmowie z nią doszedłem do przekonania, że mój pomysł ma sens. Potem kilkanaście razy przyjeżdżałem do Polski, badając grunt. Trafiłem do krakowskiego szpitala dziecięcego na Prokocimiu, gdzie rozmawiałem z pielęgniarkami i lekarzami dziecięcymi, którzy na początku, w większości, byli bardzo sceptycznie nastawieni. Uważali, że szkoda trwonić pieniądze na spełnianie marzeń dzieci, które i tak pewnie umrą, zamiast ratować dzieci mające szansę żyć, a brakuje im pomp insulinowych, respiratorów czy aparatów do dializ. Były jednak także i głosy bardzo pozytywne. Szczególnie lekarzy onkologów, posiadających wieloletnią praktykę zawodową, jakże często widzących małego pacjenta, któremu z medycznego punktu widzenia nie można już pomóc. Mówili o poczuciu ogromnej bezradności. Działania naszej fundacji proponują wyjście poza tę bezsilność, ponieważ nawet umierającemu, czy terminalnie choremu dziecku można jeszcze pomóc poprzez danie nadziei. Ona z kolei daje siłę do walki z chorobą, dostarcza dodatkowej porcji energii, dzięki której życie dziecka tak szybko nie gaśnie.

Ciężko chorych dzieci w Polsce niestety jest bardzo wiele, wiadomo, że fundacja nie jest w stanie spełnić wszystkich ich marzeń. Jakie kryteria decydują o spełnieniu marzeń?

- Lekarz prowadzący dziecko musi zaświadczyć na piśmie, że choroba czy zespół, na które cierpi dziecko, stanowi dla niego zagrożenie życia. Mówimy tutaj o wszelkich rodzajach chorób nowotworowych, chorobach genetycznych, powikłaniach po schorzeniach i tym podobnych. Drugim kryterium jest wiek. Przyjęliśmy założenie, że pomagamy dzieciom od trzeciego do osiemnastego roku życia. Trzy lata według psychologów to wiek, w którym dziecko już samodzielnie, werbalnie jest w stanie wyartykułować swoje marzenie, a osiemnaście to wiek, w którym dziecko przestaje nim być. Kolejnym kryterium jest stan zdrowia dziecka. W całym procesie spełniania marzeń staramy się kierować zasadą, by nie szkodzić, a więc przy spełnianiu marzenia i w czasie procesu samego jego spełniania musimy się upewnić, że nie wpłynie ono ujemnie na stan zdrowia dziecka. Sytuacja medyczna chorych dzieci często zmienia się z dnia na dzień, w związku z tym marzenie, które np. mogło być spełnione w czerwcu, jest niemożliwe do realizacji w lipcu. W tym wypadku zwracamy się do dziecka z prośbą o wypowiedzenie innego, zastępczego marzenia. Zdarza się niestety i tak, że z realizacją marzenia nie zdążymy przed odejściem dziecka, lub z powodu zmiany jego sytuacji zdrowotnej nasze dotychczasowe starania nadają się do wyrzucenia do kosza. Tak więc, wszystko zaczynamy od nowa, ale taka jest natura naszej działalności i tego rodzaju sytuacje musimy niestety mieć, brzydko mówiąc, wkalkulowane w ryzyko naszej działalności.

Z jakim odzewem wolontariuszy spotkał się Pan w Polsce? Niestety, nasz kraj w odróżnieniu od reszty świata w tej kwestii wciąż raczkuje.

- Jak właściwie pani zauważyła, w innych krajach, w tym w USA, wolontariat jest naturalną częścią życia każdego członka społeczeństwa. W Polsce z różnych przyczyn historycznych, a także obyczajowych, taka postawa nie jest rozpowszechniona. Dlatego byłem mocno zaskoczony entuzjastyczną reakcją wolontariuszy na ideę naszej fundacji. W każdym szpitalu spotkała się ona z wielkim zainteresowaniem głównie ze strony personelu medycznego. Zaskoczyła mnie determinacja, zarówno pielęgniarek, jak i lekarzy oddziałów onkologii dziecięcej, którzy znaleźli w sobie siły i chęć, aby po pracy zasilić szeregi naszej fundacji. W Polsce istnieją olbrzymie pokłady dobrej woli oraz humanitarnego ludzkiego odruchu. Ale ludzie najczęściej nie wiedzą, jak go spożytkować, nie potrafią często przełamać się i uczynić tego pierwszego kroku. Ale jak już to zrobią, to zadziwia ich niezwykłe zaangażowanie. W żadnym kraju nie spotkałem się z takimi pokładami dobroci serca i entuzjazmu, jakie zobaczyłem w polskich wolontariuszach. Praca naszej fundacji opiera się tylko na ludziach dobrej woli, którzy stanowią "krwiobieg" naszej organizacji. Bez wolontariuszy nasza fundacja po prostu przestaje istnieć.

Główna siedziba fundacji mieści się w Krakowie. Wiem, że w Poznaniu działa bardzo prężna grupa wolontariuszy fundacji, a jak to wygląda w pozostałych częściach kraju?

- W Polsce wszystko zacząłem organizować od lutego tego roku, i od tego czasu powstały trzy oddziały fundacji: oddział główny w Krakowie, oddział w Poznaniu założony przez Tomka - wolontariusza z USA, który przyjechał do Polski, aby kontynuować swoją działalność, oraz oddział w Warszawie. We wszystkich tych oddziałach pracują przeszkoleni wolontariusze. W Polsce istnieje jedenaście ośrodków onkologii oraz hematologii dziecięcej. Chcielibyśmy, aby w każdym z nich powstały oddziały naszej organizacji. Mamy to zapisane w strategii rozwoju fundacji. Chcielibyśmy, aby pomoc i spełnianie marzeń odbywało się na poziomie lokalnym. Czyli, aby pieniądze były wydawane dokładnie w tym miejscu, gdzie zostały zebrane. Tego typu schemat sprawdza się na całym świecie.

Z tego, co dotychczas Pan powiedział, wynika, że założenie w Polsce fundacji "Mam marzenie" jest właściwie spełnieniem Pańskiego marzenia?

- Poprzez kontakt z chorymi dziećmi zauważyłem, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Dzięki nim przewartościowałem całe swoje dotychczasowe życie, i zmieniłem w nim system wartości. Przestały być ważne biznes, przyjemności i podróże, a celem życia stało się spełnianie marzeń chorych dzieci.

Wiadomo, że aby spełniać marzenia dzieci, potrzebne są pieniądze. Na początku działalności wspierała was amerykańska Polonia. Jak to wygląda w tej chwili?

- Rzeczywiście, Polonia amerykańska sfinansowała nie tylko pierwszy rok działalności naszej fundacji, ale również pierwsze marzenie fundacji. Wydaliśmy już ponad czterdzieści tysięcy dolarów. Również jako założyciel na ten cel przeznaczyłem dwadzieścia tysięcy dolarów i to były pieniądze, które umożliwiły nam dobry start. Dzięki temu, że mamy te fundusze, mogliśmy w Polsce wpierw pokazać, jak działamy i jakiego typu jesteśmy organizacją, a dopiero później zwracać się o pieniądze. Już w tej chwili na nasze konto każdego dnia wpływają małe datki, za które jesteśmy bardzo wdzięczni, bo zdajemy sobie sprawę, że najczęściej są to pieniądze pochodzące od ludzi, którzy muszą się liczyć z każdym groszem. Nie ukrywam, że szukamy partnerów strategicznych dla naszej fundacji. Na razie rozmowy są trudne, bowiem w polskim kapitalizmie nie ma jeszcze potrzeby dzielenia się zyskami ze swoją lokalną społecznością.

Dotychczas spełnili Państwo osiem marzeń. Jednym z ostatnich było spełnienie marzenia Rafała. Proszę o nim opowiedzieć.

- Spełniliśmy osiem marzeń, a w kolejce czeka już kolejnych dziesięć. Rocznie na schorzenia zagrażające życiu umiera w Polsce tysiąc dwieście chorych dzieci. Jest to magiczna liczba, która nieustannie stoi mi przed oczami. Byłoby cudownie spełnić marzenia wszystkich tych dzieci, jednak dobrze wiemy, że jest to nierealne. Tak więc, na zasadzie małych kroków staramy się spełniać coraz więcej marzeń. Mam nadzieję, że trafimy do serca Polaków, dzięki czemu tych marzeń będziemy mogli spełniać jeszcze więcej.
Rafał został zgłoszony do fundacji przez naszego wolontariusza - pielęgniarkę z krakowskiego szpitala. Przyszliśmy do niego z wizytą z tzw. lodołamaczem. Czyli upominkami, które umożliwiają przełamanie pierwszej bariery nieśmiałości. Były to gadżety sportowe, bo wiedzieliśmy, że kocha sport, a przede wszystkim piłkę nożną. Rozmawiając o jego sportowych zamiłowaniach, spojrzałem na jego szafkę i zauważyłem tam stertę książek. Wszystkie były poświęcone Ojcu Świętemu. Były to zarówno autobiografie, jak i encykliki papieskie. Zapytałem o nie. Rafał trochę z początku zawstydzony przyznał się, że czytanie słów Ojca Świętego, jak i poznawanie informacji o Nim daje mu siłę do tego, ażeby przezwyciężać najtrudniejsze momenty choroby. Z ciekawości zagadnąłem więc, że może jego marzeniem byłoby zobaczyć się z Ojcem Świętym. W tym momencie oczy Rafała zabłysnęły, i przyznał, że rzeczywiście to jest jego największe życiowe marzenie, ale zdaje sobie sprawę, że jest niemożliwe do spełnienia. Zapisałem to, co powiedział i postanowiłem mu udowodnić, że nawet te najtrudniejsze marzenia także się spełniają. Fundacja rozpoczęła starania o audiencję u Ojca Świętego, w wyniku których 27 czerwca Rafał wraz z rodzicami i rodzeństwem wyjechał na tydzień do Rzymu. Pierwszego lipca w Watykanie stanął w prywatnych apartamentach papieskich, gdzie przez pięć minut Jan Paweł II udzielił mu prywatnej audiencji. Gdy wrócił do Polski, spytałem go, o czym rozmawiał z Papieżem. Usłyszałem: "nikt nigdy się o tym nie dowie, ponieważ to jest Ojca Świętego oraz moja słodka tajemnica". Transformacja, jaką w nim zauważyłem, także fizyczna, po spełnieniu tego marzenia jest widoczna gołym okiem. Dostał jakby wiatru w plecy, i choć w tej chwili przechodzi kolejną chemioterapię, wszyscy jesteśmy głęboko przekonani, że jest w stanie pokonać chorobę. Po spotkaniu i tajemniczej rozmowie z Ojcem Świętym sam jest o tym głęboko przekonany.
Rozmawiała

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki