Logo Przewdonik Katolicki

Pan, wójt i pleban

Jadwiga Knie-Górna
Fot.

Rozmowa z księdzem Andrzejem Godlewskim, proboszczem z parafii Krzyża Świętego w Łomży - honorowym laureatem tytułu "Proboszcz Roku 2004" Proszę przyjąć gratulacje od zespołu redakcji "Przewodnika Katolickiego" za przyznanie Księdzu zaszczytnego tytułu "Proboszcza Roku 2004". Czy ten tytuł coś zmieni w metodach dotychczasowego duszpasterzowania? - Dziękuję bardzo za gratulacje....

Rozmowa z księdzem Andrzejem Godlewskim, proboszczem z parafii Krzyża Świętego w Łomży - honorowym laureatem tytułu "Proboszcz Roku 2004"


Proszę przyjąć gratulacje od zespołu redakcji "Przewodnika Katolickiego" za przyznanie Księdzu zaszczytnego tytułu "Proboszcza Roku 2004". Czy ten tytuł coś zmieni w metodach dotychczasowego duszpasterzowania?

- Dziękuję bardzo za gratulacje. Jeśli chodzi o pytanie, to moja odpowiedź oczywiście brzmi - nie. Moją kandydaturę wysłali bez mojej wiedzy parafianie. Początkowo nikt tak naprawdę tym faktem się nie przejmował, dopiero gdy otrzymaliśmy informację, że dostaliśmy się do półfinału, zapanowała wielka radość i duma. Zgłoszeń do tego zaszczytnego tytułu przysłano z całej Polski aż sześćset, więc gdy otrzymaliśmy informację, że dobrnęliśmy do finału, cieszyła się cała parafia. Tak naprawdę to nie jest nagroda przyznana mnie, ale jest to nagroda dla wszystkich parafian oraz księży wikariuszy, którzy są bardzo zaangażowani w nasze dzieła. Nagroda stała się wielką radością dla tych osób, które działają w Centrum Katolickim, tworzą grupy modlitewne, te wszystkie grupy, które organizują życie całej parafii. Dzięki tej nagrodzie wszyscy poczuliśmy się zdopingowani do jeszcze lepszej pracy i do urzeczywistniania nowych pomysłów. Bowiem dzień świąteczny szybko się kończy, a po nim przychodzi proza życia, podczas której nie można spocząć na laurach, tym bardziej, że teraz jeszcze wyraziściej czuje się wzrok i oddech lokalnego środowiska, więc trzeba ostro ruszać do dzieła.

Bardzo skromnie mówi Ksiądz o swojej pracy, a podkreśla cały czas pracę parafian. Może właśnie w tym tkwi sukces Księdza pracy?! Bowiem wydaje się, że wśród wielu proboszczów pokutuje zbyt dosłowne pojęcie - "moja parafia" zamiast "nasza parafia".

- Nie chcę wypowiadać się za innych księży. Określenie "moja parafia" na pewno nie jest złym określeniem, być może również czasami sam go używam, tylko uważam, że ja w tej parafii nic nie znaczę. Jeśli cokolwiek dobrego się tutaj działo i nadal dzieje, to jest zasługą wielu ludzi, między innymi księży wikariuszy. Gdy przed siedmiu laty przybyli na to miejsce, przypominało bardziej pustelnię niż przyszłą parafię. Od tamtej pory towarzyszą mi w pracy wspaniali wikariusze, oddani parafii, a przede wszystkim jej mieszkańcom. Ofiarują wiele czasu, wysiłku fizycznego, poświęcają swoje kariery naukowe, sprawy osobiste i rodzinne. Pozostaje jednak wielka satysfakcja, bowiem wierni o każdym z nich mówią ciepło i serdecznie - to jest "mój lub nasz ksiądz Piotr, Radek, Czarek". Tak samo mówią o kościele parafialnym oraz o Centrum Katolickim. Na pewno słowo "nasze" w tym wymiarze bardzo łączy.

Zapomniał tylko Ksiądz dodać, że te siedem lat temu razem z księżmi wikariuszami przybył nowy, młody, zaledwie trzydziestoczteroletni proboszcz...

- Z ludzkiego punktu widzenia można powiedzieć, że znalazłem się w tej parafii przez czysty przypadek. Nie chcę na ten temat się rozwodzić, na pewno przysłanie mnie do tej nowo powstającej parafii wymagało od moich przełożonych podjęcia bardzo trudnej decyzji. Po ośmiu latach można stwierdzić, że Duch Święty wieje, kędy chce.

W powołanym przez Księdza Centrum Katolickim prócz dzieci i młodzieży pomoc także mogą znaleźć osoby uzależnione oraz wymagające pomocy onkologicznej. Działa przy nim także szkoła rodzenia, radio i tygodnik "Nadzieja". Bez odpowiedniej charyzmy do takich dzieł wiernych się nie przyciągnie?

- Być może. Myślę, że to, co robimy w naszej parafii, a także w wielu innych, jest odpowiedzią na potrzeby wiernych. Jest to kierunek, w którym współczesny Kościół musi pójść. Skończył się czas pokrzykiwania na wiernych, długich kazań i stawiania wymagań. Sądzę, że bardzo ważne jest wyjście do ludzi i bycie z nimi, wtedy łatwiej ich prowadzić do Boga. Nasze Centrum Katolickie, które jest pełne grup i zadań, jest tylko pierwszym krokiem do Kościoła, drugim jest ksiądz, którego głównym celem i zadaniem jest ewangelizacja, bez niej nasze Centrum byłoby po prostu dobrze wyposażonym domem kultury. Działalność pozakościelna jest tylko zachętą dla wiernych, dzięki niej łatwiej nawiązać pierwsze kontakty i rozmowy. Te często prowadzą dalej, do rozmów o konkretnych problemach, ludzie otwierają się, nabierają zaufania. Nabierają wiary i przekonania, że ksiądz to nie tylko człowiek, który zbiera na tacę, ale któremu zależy na każdej powierzonej mu owieczce. Zaangażowanie się, oddanie się pracy pełnym sercem zawsze procentuje.

Ojciec Lisak uważa, że współcześni proboszczowie muszą pełnić potrójną rolę: pana, wójta i plebana. Jak Ksiądz rozumie pojęcie "proboszcz parafii"?

- Proboszcz jest odpowiedzialny za wszystko - taka jest rzeczywistość. Muszę być zaopatrzeniowcem, administratorem, księgowym, konsultantem, a także menadżerem. Jednak przede wszystkim jestem księdzem i jeśli uda mi się przekazać te wszystkie wymienione obowiązki osobom świeckim, a zająć się głównie tymi, do których jako ksiądz zostałem powołany, to wtedy czuję się najlepiej.

Poruszył Ksiądz ważny problem, bowiem liczba świeckich aktywnie i odpowiedzialnie włączających się w życie parafii, w przeciwieństwie do krajów zachodnich, u nas w dalszym ciągu jest bardzo niska. Jak wśród wiernych rozbudzić zainteresowanie wspólnotą parafialną?

- Trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie. Zapraszam do swojej parafii! Nasze Centrum jest małym kombinatem, które stale się rozbudowuje. Nie umiem odpowiedzieć, jak się to dzieje, że stale przybywają nowi wierni chętni do współpracy. Mogę tylko powiedzieć, że osoby, które teraz w głównej mierze prowadzą Centrum, były osobami, które kiedyś same potrzebowały pomocy. Nigdy nikomu nie odmówiłem pomocy, pomagałem na jasno postawionej zasadzie: najpierw ja tobie pomogę, ale później ty pomóż mi. Jest to więc działanie oparte na współzależności. Myślę, że każdy, kto odda swój czas na potrzeby Centrum, stokroć więcej otrzyma.

Czy zgadza się Ksiądz z takim stwierdzeniem, że przywiązanie do formy pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych przejawów polskiej religijności?

- Odpowiem w ten sposób. W Roku Jubileuszowym 2000 ksiądz biskup wysłał z naszej diecezji trzech księży do Mediolanu. Wśród nich byłem także ja. Pojechaliśmy tam, by wziąć udział w Międzynarodowym Seminarium Małych Grup Parafialnych, zwanych "komórkami parafialnymi". W Mediolanie tą metodą pracują od 1986 roku. W tym roku byłem tam już z trzecią naszą parafialną grupą, by pokazać, jak parafia może działać właśnie przy pomocy takich małych grup. Dla mnie jest to ideał, który chciałbym przenieść na teren naszej parafii. Tak naprawdę dopiero na wyjeździe zobaczyłem, kim naprawdę są moi parafianie, których, wydawało mi się, że dość dobrze znam. Dzięki mediolańskiemu sympozjum całkowicie się odblokowali. Metody Włochów, czasem dla nas, tradycjonalistów, są zaskakujące, czy nawet szokujące, jednak okazuje się, że w praktyce doskonale się sprawdzają. Po naszym powrocie zorganizowałem spotkanie, na którym uczestnicy wyjazdu do Mediolanu zaproponowali wiele nowych idei. Widzieli, że Kościół może być radośniejszy, głośniejszy i przede wszystkim bardziej spontaniczny. Nie jestem na tyle postępowym księdzem, aby od razu wszystko poprzewracać do góry nogami, bowiem wiele naszych tradycyjnych form, jakie zostały przez wieki wypracowane przez Kościół, doskonale się sprawdzają, ale można je ubarwić, dodać odrobinę nowoczesności i dynamiczności.

Mówiliśmy o Centrum i pomocy, jaką mogą w niej otrzymać parafianie. Czy czasem nie jest jednak tak, że dla wielu wiernych Kościół jest jedynie organizacją charytatywną?

- Myślę, że tak nie jest. Moi parafianie przychodzą do Centrum często po całotygodniowej pracy, którą wykonują w takim czy innym środowisku. Przychodzą do nas po to, aby otrzymać dużą dawkę słońca, radości życia, by odnaleźć sens życia. Chciałbym iść w tym kierunku, aby każdy, kto przychodzi na Mszę Świętą czy nabożeństwo, to wszystko znalazł i otrzymał. Chciałbym, aby w naszym kościele zapomniał o chwilach trudnych i smutnych, a odnalazł światełko w mroku codzienności.

Według ostatnich badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, zaufanie do swojego proboszcza deklaruje 55,8 procent wiernych. Wiele osób uważa, że te dane cieszą, czy aby na pewno?

- Jeżeli parafia liczy trzynaście tysięcy wiernych, a na Mszę Świętą przychodzi pięć tysięcy, to pewnie można się cieszyć. Ale co z resztą? Gdzie jest te pozostałe osiem tysięcy? Cieszy na pewno fakt, że wierni w naszym kraju najwyższym zaufaniem darzą Ojca Świętego, a zaraz później nas - proboszczów.

Rozmawiała

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki