Logo Przewdonik Katolicki

Marazm i sława

Adam Gajewski
Fot.

Własny, "specjalny bagdadzki wysłannik" to dziś dla wielu gazet sprawa honorowa. Nawet kilka dzienników lokalnych pchnęło do Bagdadu swoje "oczy i uszy" Cóż było robić? - też pojechałem, pełen nie najlepszych przeczuć. Panie, co się działo! Ale dawno temu, na wiosnę Różne telewizje przyjeżdżały, nawet niemiecka. I z Poznania - wyrwało się w rozmowie telefonicznej...

Własny, "specjalny bagdadzki wysłannik" to dziś dla wielu gazet sprawa honorowa. Nawet kilka dzienników lokalnych pchnęło do Bagdadu swoje "oczy i uszy"… Cóż było robić? - też pojechałem, pełen nie najlepszych przeczuć.


Panie, co się działo! Ale dawno temu, na wiosnę… Różne telewizje przyjeżdżały, nawet niemiecka. I z Poznania… - wyrwało się w rozmowie telefonicznej małżonce miejscowego włodarza, który nazajutrz, już "we własnej osobie", zaraz po "dzień dobry", poinformował pogodnie, ale dobitnie: - Musztarda po obiedzie. Ruch to był w kwietniu.
Struchlałem. To były te złe przeczucia. Nie liczyłem, że będę tu pierwszy. Ani drugi. Trzeci nawet. Ale jako "musztarda"?! - Znalazłem swoje szitkovskie młyny! - wspomniałem klasyczny przypadek, przytaczany na wykładach z dziennikarstwa. - Egon Erwin Kisch, legendarny "szalejący reporter", stojąc u progu kariery, otrzymał wiadomość, iż pożar trawi zakłady zbożowe w Szitkovie. Pędzi na miejsce! Ogień huczy, strzela pod niebo! Pomiędzy strażakami, walczącymi z żywiołem, uwija się chmara dziennikarzy. Tuzy praskiego światka. Kischa traktują jak natrętną muchę. Oficerowie straży ogniowej mają "swoich reporterów" - tylko im udzielają wywiadów. Doświadczone "wygi" zaś ani myślą wtajemniczać beniaminka… I chociaż ta historia kończy się happy endem, opowiada się ją ku przestrodze: "Pismaczku", omijaj miejsca, gdzie pracują więksi od ciebie. Albo zawsze bądź pierwszy.
W Bagdadzie "nie tacy jak ja" już bywali. Wszyscy mi o tym dyskretnie przypominają.

Palmy nie ujrzysz


Bagdad jest wioską. Leży pięć kilometrów od Wyrzyska, pięćdziesiąt kilometrów od Bydgoszczy… Mieszkańców pięćdziesięcioro, siedemnaście rodzin…
Palmy tutaj nie rosną. Dinara nikt nie widział na oczy. Tutejszych ludzi mogła niedawno podziwiać cała Polska, a także, za sprawą niemieckiej transmisji, być może i Europa. Ba, pewnego dnia radiowcy, rozłożeni pod kolorowym namiotem, łączyli się stąd "na żywo" z tym drugim, prawdziwym Bagdadem! Przez cały dzień! Działo się…
Teraz jest trochę spokojniej. - Wczesnym rankiem jedna połowa wioski sprawia nawet wrażenie wymarłej. Bo po prawej stronie szosy, tam, gdzie rozciąga się ferma hodowlana, ruch jest dosyć spory. Kursują samochody, ciągnik, łażą zwierzęta. Za gospodarstwem, cztery albo pięć domów tworzy tzw. "stary Bagdad". "Nowoczesną część" stanowi wszystko to, co leży po lewej stronie drogi. W dwadzieścia minut można zlustrować miejscowość od końca do końca.
"Nowe" domki ożywają wraz z przyjazdem "sklepu". Furgonetka rozwozi chleb. Sklepu stałego nie mają tu od dawna. Był kiedyś kiosk z najpotrzebniejszymi artykułami, ale "nie skalkulował się". Teraz do sklepu spożywczego są dwa kilometry. Tyle samo muszą przebyć młodsze dzieci w drodze do przedszkola albo szkoły. Nauka od trzeciej klasy wzwyż wymaga już dojazdu do Wyrzyska. Kościół jest w Glesnie.
Zanim zdążyłem podejść do samochodu z pieczywem, sylwetki kupujących rozproszyły się, znikły za budynkami. Jedyna nadzieja w panu na rowerze, lecz nie był w nastroju... O lokalnym życiu mało powiedział: - Telewizje były!

Nie bombardują


Sołtys, Czesław Grabowski, jak przystało na oficjalnego reprezentanta miejsca sławetnego w kraju i na świecie, jest osobą kontaktową. O okolicy wie wszystko: - Nazwa… - wykłada mi cierpliwie, choć już pewnie setny raz jest o to nagabywany - … ma takie źródło: na przełomie XVII/XVIII wieku przybył w te okolice ród Chłapowskich. Osiedlili się w Glesnie, w pobliżu którego założyli osadę bez nazwy. Byli dobrymi rolnikami i hodowcami. Sprowadzali konie - jeździli po okazy w różne strony świata. Miasto Bagdad tak im się spodobało, że na jego cześć nazwali naszą wioskę.
Wyczerpująco. A co z aktualną famą, medialną karierą? Pan Czesław to typowy stoik: - Różne są przecież miejscowości. Koło Żnina jest Paryż, Wenecja. Jest Szkocja. Ludzie przejeżdżają, robią sobie zdjęcie przy tablicy na wjeździe i wszystko. Sęk w tym, iż w Bagdadzie tablica prezentuje się marnie. - Fakt. Mówiłem o tym burmistrzowi Wyrzyska. Wstyd był przed Niemcami - tłumaczy Grabowski.
Naszej konwersacji przysłuchują się: pan Sławek i pan Janusz - widać, że też "otrzaskani" z prasą. Taki już los tutejszych: - A o poczcie mówiłeś? - pilnuje metodyki wywodu sołtysa pan Janek. - O liście - przytakuje Grabowski. - Lata sześćdziesiąte. List wysłany z Glesna trafił do irackiego Bagdadu! … i wrócił tak ostemplowany, że ledwie nazwisko było widać! - dokończył inicjator wątku pocztowego.
- A ogólnie to u nas spokój jest - podsumowuje pan Sławek. Jego kolega woli w tym momencie bardziej górnolotne wypowiedzi, istoty różnicy pomiędzy Polską a Irakiem poszukuje na niebie: - Czasem samolot przeleci, ale przecież nie zbombarduje…
Wysoko w chmurach biegnie korytarz powietrzny na Zachód. Setki pasażerów przelatują co dzień nad Bagdadem, nawet o tym nie wiedząc. Może wypadałoby informować w czasie podróży?

Ciężar sławy weź na "szońdy"!


Do "starego Bagdadu" wiedzie droga "zawinięta" wokół folwarku. Idę.
Pani Maria zdziwienia nie okazuje. Zdawało mi się nawet, iż byłem wypatrywany. - Wiadoma sprawa, żaden "pismak" nie odjedzie bez rozmowy z ojcem pani Marii, Mieczysławem Trzcińskim, najstarszym rdzennym mieszkańcem wioski. Rocznik trzydziesty. 46 i pół roku przepracowane na traktorze!
- Ja od razu wiedziała, że dziennikarz. Widziałam rano, jak tablicy zdjęcia robił - tłumaczy gospodyni.
Pan Mieczysław ogląda transmisję z parlamentu: - Z gazety? Znowu? - wstaje z fotela. Tłumaczę, że to tak ostatni raz… Ale Trzciński łapie już bakcyla, jest w swoim żywiole: - Ostatni raz będzie po mojej śmierci! - oświadcza.
Bagdadczycy, "naród" gościnny, zapraszają do stołu. Wartko płynie rozmowa o rodzinie, emeryturze, krajobrazie, polityce… Pod sufitem kręci się drewniany bociek. Na ścianach "święte" reprodukcje.
Różnią się od siebie ojciec i córka. Ojciec jest wylewny, ma żal do państwa, że "starych ludzi źle traktuje", wspomina "stare, dobre czasy"… Pani Maria to typ kobiety czynu. Broń Boże się narazić! - O, jak na przykład "ci z Torunia". Obiecali przesłać egzemplarz gazety z artykułem. Do dzisiaj w skrzynce pusto. Łobuzy.
Oprócz kolekcji monideł, koloryzowanych portretów przodków, makaty z wierzchowcem, mnóstwa pamiątek i pamiąteczek, trzyma się tutaj na podorędziu coś dla przyjezdnych koneserów folkloru: - Wie, co to szońdy? - sonduje mnie gospodyni. Nie mam bladego pojęcia. - Tamci też nie znali! - triumfuje pani Maria. Pan Mietek przynosi. To nosidła do wiader, zakładane na kark. - Moja robota! - pyszni się bagdadzki nestor. A powód do dumy słuszny - pomimo kilkudziesięciu lat eksploatacji, sprzęt wygląda solidnie. Złota rączka z tego dawnego traktorzysty. Córka: - A trzeba widzieć, jak okoliczni ludzie szkołę w Rudzie odremontowali! Bo tu się własne siły liczą! Samemu pracuj! Władza nie pomoże! Tylko ludzi do roboty raz łatwiej zebrać, a raz gorzej - mówi córka.
- Bo mało zgody - uważa pan Mietek. - Jak w Iraku - też powinni iść na zgodę, a nie chcą…

Bliżej, niż się wydaje…


- Wszyscy mamy już dość tej popularności! - mówi bez ogródek zakrzątana w obejściu kobieta. Pragnie zachować anonimowość. - Co z tego, że Bagdad, skoro bida? - kontynuuje. - Dla młodych żadnej przyszłości. Dzieciakom brakuje zajęcia - chłopcy w piłkę nie mają gdzie grać! Na podwórku kopią albo za przystankiem. A mało ugorów? Tak trudno bramki dwie postawić? Jeden pan niedawno przyjechał, nie wiadomo, skąd, naobiecywał dzieciom, że drużynę piłkarską założy. Bagdadzką. Stroje miał kupić. Dzieciaki się zapaliły, spać nie mogły, a to były same "bzdety" - sponsor więcej się nie pojawił. Pałac Chłapowskich pan oglądał? Naprawiali, naprawili, i teraz stoi pusty! Dla kogo? Nam wszystkim tylko usiąść, czekać, aż kostucha przyjdzie!
Gorzka prawda. Prawda o rodzimym Bagdadzie. Wychodzi, że polską wioskę i iracką metropolię łączy dużo więcej, niż wydaje się z początku. I tutaj, i tam ludzie boleją nad swoim losem, z obawą patrzą w przyszłość…
Nadejdzie czas, że międzynarodowe agendy pospieszą odbudowywać Bagdad nad Tygrysem. Z pewnością. A co z naszym? - Niechby choć szambo w "starej" części nigdy już nie wybijało, niech powstanie boisko, na czas naprawi się drogę… I oczywiście trzeba pomyśleć o nowej tablicy. Tak "na wczoraj". Tylko, kto to doceni? Pokaże. Mody się zmieniają - dziennikarze będą już "pielgrzymkować" gdzie indziej.
Paru reporterów być może jeszcze się załapie na Bagdad pod Wyrzyskiem. I w zgliszczach szitkovskich młynów można odnaleźć tropy - np. ślad "dobroczyńcy", który ukradł chłopięce marzenia o "prawdziwym" futbolu.
Tekst i zdjęcia

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki