Logo Przewdonik Katolicki

Byłem w mieście biało-czerwonych krawatów

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Rozmowa z prof. Markiem Ziółkowskim, socjologiem z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza Jak głębokie są zależności między sondażami opinii publicznej a sceną polityczną danego kraju? - Sondaże są także formą sprawowania władzy. Mówi się często o demokracji przez sondaże - to taki mechanizm, który jest z jednej strony trochę uprawniony, a z drugiej trochę niebezpieczny. Sondaże...

Rozmowa z prof. Markiem Ziółkowskim, socjologiem z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza


Jak głębokie są zależności między sondażami opinii publicznej a sceną polityczną danego kraju?

- Sondaże są także formą sprawowania władzy. Mówi się często o demokracji przez sondaże - to taki mechanizm, który jest z jednej strony trochę uprawniony, a z drugiej trochę niebezpieczny. Sondaże powodują, że rządzący są bezustannie oceniani, wszystko jedno, co zrobią, automatycznie na ich temat wypowiada się opinia publiczna. Tymczasem rządy powinny polegać na tym, żeby mieć trochę dłuższą perspektywę podejmowania decyzji.
Sondaże niesłychanie skracają ten horyzont czasowy.
W Polsce doszło do znacznej przesady. Nasz układ polityczny jest bardzo niestabilny, poszczególne ugrupowania zmieniają się jak w kalejdoskopie i dziś polityków najbardziej interesuje właśnie krótkofalowe poparcie w polskim społeczeństwie.
Przez dwie kadencje byłem przewodniczącym Rady Fundacji CBOS i doskonale pamiętam, że rządowi zawsze najbardziej zależało na wynikach comiesięcznych badań popularności.
W takiej sytuacji grozi to wydawaniem pewnych decyzji pod publiczkę i wtedy właściwie nie ma mowy o długofalowej, rozsądnej polityce.

Czy za pomocą sondaży można manipulować opinią publiczną?

- Większość sondaży wykonanych przez rozmaite firmy jest przeprowadzana na reprezentatywnej grupie respondentów.
Obecnie w badaniach socjologicznych mamy wielką niedogodność w postaci niskiego poziomu realizacji próby. Na dziś wynosi ona ok. 70 procent i każdego roku trochę spada. U nas i tak jest wyższa niż w niektórych krajach zachodnich, gdzie sięga nawet 50 procent.
Dziś najrzadziej odpowiadają mieszkańcy wielkich miast. To jest pewien paradoks. Żeby się dostać do mieszkańców wielkich osiedli, mrówkowców, trzeba przedostać się przez domofon, co jest raczej trudne przy ogólnym obniżeniu poczucia bezpieczeństwa całego społeczeństwa. Natomiast kiedy atrakcyjna ankieterka puka do zagrody chłopskiej, jest z reguły wpuszczana.
Gdy zatem nie uda się dotrzeć do wszystkich przewidzianych respondentów, wtedy trzeba jakoś wyrównywać skład próby, np. dolosowywuje się mieszkańców, po to by dopełnić ich liczbę i by pokrywało się to proporcjonalnie ze strukturą społeczeństwa.
Niekiedy można także żonglować odpowiedziami, umieszczając pewne pytania w innym nieco kontekście, który je albo pogrąża porównawczo, albo też winduje. Jeżeli się zapyta o to samo w pewnym innym miejscu ankiety, po postawieniu innych pytań, to można powiedzieć, że respondent mówi subiektywnie szczerze, ale pod wpływem poprzednich przemyśleń z wywiadu, które zmieniają chwilowo jego normalne poglądy w tym względzie.
Sondaże prowadzone są także według różnej metodologii. W związku z tym zawsze są możliwe dziwne wyniki, np. w "Gazecie Wyborczej" kilka tygodni temu były przytaczane informacje, że na poszczególne osoby z Unii Wolności - kandydatów do parlamentu będzie głosowało aż 30 procent badanych. To jest oczywiście niemożliwe, a przy tym nie wiadomo, kto i jak takie badania przeprowadził. Może to była sonda uliczna? Nie powinno się takich danych zamieszczać w mediach.

Czy polskie ośrodki badania opinii publicznej są miarodajne i przeprowadzają rzeczywiście rzetelne badania?

- Ja byłem związany z CBOS-em i uważam je za solidną firmę, która przede wszystkim sprawdza pracę ankieterów - to jest kluczowa kwestia, by zapobiegać ewentualnym fałszerstwom.
CBOS jest niezależną fundacją, ale utrzymywaną z funduszy państwa poprzez Kancelarię Premiera, mogąca także prowadzić komercyjne usługi i badania. To jest taka bardzo dobrze zrobiona ustawa specjalna.
OBOP był kiedyś własnością państwowej telewizji i radia, dziś jest sprywatyzowany, Demoskop, Pentor i PBS - każda z firm ma trochę różne technologie liczenia, ale ja nie sądzę - niezależnie czasami od dziwnych wyników - by któryś z ośrodków celowo fałszował rzeczywistość.

Jako zaproszony ekspert obserwował Pan Profesor niedawne prawybory we Wrześni...

- To są tego typu wydarzenia, gdy uwaga całego kraju koncentruje się na jednym okręgu wyborczym. Do tego dochodzi szum medialny.
We Wrześni politycy niektórych ugrupowań siedzieli bez przerwy, w szczególności jeżeli chodzi o SLD. Odwiedził miasto prezydent, odwiedził i marszałek Sejmu. Z drugiej strony, takiej ilości ludzi w biało-czerwonych krawatach ja jeszcze nie widziałem. To było coś nieprawdopodobnego. Przyjechała naprawdę olbrzymia grupa zwolenników Samoobrony.
Mała frekwencja, mobilizacja partii - stąd zaskakujące wyniki prawyborów, np. Unia Wolności uzyskała znacznie lepszy wynik niż we wcześniejszych sondażach - zwłaszcza, że listę ciągnęła w górę kandydatura Jana Kułakowskiego.
Tyle, że inne równoległe sondaże nadal pokazują, że UW ma około 2-3 procent poparcia. Prawybory wrzesińskie pokazały, że w zasadzie nie mają szansy pozapartyjne, obywatelskie komitety wyborcze. Polacy nie lubią partii, są zniechęceni i zniesmaczeni polityką, ale jak mają głosować, to głosują i tak na partie. Spektakularną klęskę poniosły wszystkie małe komitety, mimo że prof. Kamela-Sowińska czy Maciej Płażyński włożyli wiele wysiłku w kampanię wyborczą.
Scena polska trochę się zamknęła. Ewenementem jest tutaj świeżo powstała partia Borowskiego. Lewica polska powinna być mu częściowo wdzięczna. Zgromadził ludzi, którzy po tych wszystkich skandalach, jakie miały miejsce, na pewno nie głosowaliby już na SLD.

Kiełbasa wyborcza - tajna broń polityków?

- Ta rzecz nie przestaje dziwić. Ludzie w zasadzie wiedzą, że politycy oszukują. Obiecanki cacanki, które nie są do końca realizowane. Ale potem, jak jeszcze raz obiecają tuż przed wyborami, to kilka procent osób daje się znowu nabrać.
Gdyby Lepper dostał się do władzy, to w przeciągu pół roku byłby wyrzucony przez olbrzymią większość go popierających, bo obiecał, że da każdemu po 900 zł, czego oczywiście nie może zrobić, bo żaden budżet tego nie wytrzyma. Nie można zatem składać obietnic, które są nie do zrealizowania. Ale kiełbasa wyborcza istniała, istnieje i istnieć będzie chyba zawsze, i to nie tylko w Polsce.

Największą huśtawkę nastrojów przeżywają obecnie właśnie zwolennicy Samoobrony...

- Scena polityczna ciągle fluktuuje, jedno małe wydarzenie w ciągu dwóch tygodni może czasami odwrócić poglądy 5-6 procent elektoratu. Są tacy, którzy będą stale głosowali na te same ugrupowania, ale 5-6 procent to są takie ruchome piaski. I malutkie wydarzenie może spowodować przechył w drugą stronę. Do tego dochodzi błąd pomiaru.
Partia Leppera w sondażach do kwietnia rosła, teraz zaczęła spadać. Okazało się, że wejście do UE nie spowodowało aż takich problemów - trochę poszła w górę wołowina, cukier, ale zasadniczo nie stało się nic strasznego. Ciekawe, co będzie, gdy rolnicy po raz pierwszy dostaną pieniądze w okolicy grudnia, stycznia. Jak na to zareagują? Lepper osiągnął pewien pułap dzięki retoryce antyunijnej, ale teraz jest nie do końca przygotowany na sytuację po wejściu do Unii. Ogólna tendencja, zarysowana w badaniach wszystkich ośrodków, pokazuje spadek jego notowań.
Niektórzy podniecają się dwoma, trzema procentami wzrostu czy też spadku, ale to jest mniej ważne. Często może to być przypadek. Ważne są właśnie dłuższe, trwałe tendencje.

Niedawne wybory w Hiszpanii pokazały, że preferencje wyborców mogą się zmienić dosłownie w ciągu kilku godzin...

- To były rzeczywiście godziny. Czegoś takiego nie pamiętam. Było kilka przypadków błędu sondaży. W USA w 1948 roku wybory odwróciły się w ostatniej chwili, podobnie w Wielkiej Brytanii, gdy porażkę ponieśli faworyzowani do końca konserwatyści.
Ale nie było czegoś tak spektakularnego, takiej iskry w postaci pojedynczego wydarzenia.
Co ciekawe, to samo wydarzenie zmieniło opinię publiczną jednocześnie w dwóch krajach - w Hiszpanii doprowadziło do głosowania na przeciwników wojny w Iraku, a w USA wzmogło poparcie dla Busha. To jest przedziwna sytuacja.

Jaka będzie frekwencja w czerwcowych wyborach do europarlamentu?

- 18 do 25 procent - podaję taki szeroki rozrzut, bo trudno przewidzieć, co się jeszcze wydarzy. Myślę, że większa frekwencja będzie w miastach.

Pański typ na przyszły skład parlamentu?

- Jestem bardzo ciekawy, jak rozstrzygnie się sprawa podziału lewicy. Generalnie rzecz biorąc, wiadomo, że wygra prawica, nie wiadomo natomiast, jaki będzie wynik Samoobrony.
Najprawdopodobniej nie dojdzie do takiej sytuacji, że PO i PiS będą miały większość w parlamencie. Będą musiały zatem szukać sojuszników. Kluczowa stanie się obecność w Sejmie PSL-u, który zawsze jest chętny do sprawowania władzy. Może zatem dojść do trochę zgniłego kompromisu, który z trudem, ale zostanie zaakceptowany.
Co się jednak stanie, gdy PSL nie wejdzie do Sejmu? Sojusz z Samoobroną odpada, LPR i Platforma wykluczają się całkowicie - więc z kim? Z Borowskim? Myślę jednak, że do takiego historycznego kompromisu chyba nie dojdzie. Po cichu - i to bardziej prywatnie, niż jako socjolog - liczę na dość zdecydowane zwycięstwo prawicy
Rozmawiał

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki