Dawno nie odczuwałem tyle optymizmu, co po niedawnym wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego w sprawie firmy "Optiumus" i jej długoletniego prezesa Romana Kluski. Naprawiono bowiem częściowo niegodziwość, której dopuścili się bezduszni przedstawiciele organów państwa, specjalizujący się w nękaniu rzetelnych przedsiębiorców. Myślę, że każdy, komu obca jest mentalność "psa ogrodnika", raduje się z - miażdżącego dla urzędasów - werdyktu.
Historia pana Kluski jest nader pouczająca. Firmę "Optimus" założył w 1988 r. i w stosunkowo krótkim czasie zdołał odnieść sukces w produkcji komputerów oraz kas fiskalnych. Trwało to dziesięć lat. Pomiędzy 1998 a 2000 rokiem podjął decyzję, aby komputery eksportować na Słowację, skąd importowało je Ministerstwo Edukacji Narodowej do naszych placówek oświatowych. A to za sprawą zinstytucjonalizowanego "Janosika", który wprowadził absurdalny podatek VAT, obciążając nim wyłącznie sprzedaż komputerów krajowych - z krzywdą dla polskich producentów - podczas gdy te, sprowadzane z zagranicy, były z niego zwolnione. W grę wchodziły setki milionów dolarów rocznie, które dzięki temu przepisowi wspierały rozwój gospodarki innych krajów, a nie Polski.
Operacja powiodła się, z zachowaniem wszystkich przepisów, a umowy sporządzili prawnicy MEN. W 2000 r. Roman Kluska wycofał się z prowadzenia interesu, po próbie zniszczenia spółki "Optimus" na podstawie fałszywego zeznania jednej osoby (!), która zresztą wkrótce zmieniła zeznania. Kres żądaniom urzędu skarbowego - o ogromną sumę rzekomo nie zapłaconego podatku - położyła dopiero interwencja wojewody nowosądeckiego. Wtedy p. Kluska sprzedał swoje udziały. Ale niebawem nowosądeccy urzędnicy skarbowi ponownie ruszyli do boju, składając w prokuraturze doniesienie o popełnieniu przez niego przestępstwa, za jakie uznali sprzedaż komputerów na Słowację. Zażądali zapłacenia zaległego podatku VAT, który wraz z odsetkami wyliczyli na kwotę dwudziestu siedmiu milionów i siedmiuset tysięcy złotych! Drugiego lipca ub.r. doszło do spektakularnego zatrzymania przez policję, pod zarzutem wyłudzenia podatku VAT. Było to oczywiste nadużycie aparatu państwa, bo spory pomiędzy firmą a urzędem skarbowym powinien rozwiązywać Naczelny Sąd Administracyjny. Co najciekawsze, media informujące o zatrzymaniu pokazywały p. Kluskę na tle krakowskiego Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Dlaczego? Bo szef "Optimusa" był dobrze znanym darczyńcą, który na rozbudowę łagiewnickiego sanktuarium przekazał szesnaście milionów złotych. W jednym z wywiadów wyznał później, że kilka osób z kręgów biznesu i polityki zwróciło mu uwagę, iż było to źle widziane w kręgach lewicowej władzy i mogło być jednym z motywów wszczęcia całej sprawy.
Tymczasem kłopoty z prokuraturą miał również jego następca Dariusz Dąbski: zatrzymano mu paszport, a zabezpieczenie na jego majątku ustalono w wysokości czterech milionów złotych. Podobno zastraszano go i nakłaniano do składania fałszywych zeznań przeciw Klusce. Rodzina głównego oskarżonego otrzymywała zaś anonimowe telefony od rozmówców, którzy proponowali załatwienie sprawy, a on sam twierdzi, że za umorzenie śledztwa chciano wymusić od niego łapówkę.
Roman Kluska zdołał przetrwać nagonkę, choć stracił sporo nerwów, ale jego zastępca opłacił ją zawałem i wylewem krwi. Czy urzędnicy oraz ich pryncypałowie poniosą konsekwencje za wyrządzone krzywdy?
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.









