Logo Przewdonik Katolicki

Nie obrażam się na Boga

Jadwiga Knie-Górna
Fot.

Rozmowa z Emilią Waśniowską, wychowawcą, pedagogiem oraz poetką Pani Emilio, czy to prawda, że aby tworzyć dla dzieci, trzeba posiadać ich wrażliwość? - Wyjątkowym darem dla dorosłego jest posiadanie wrażliwości dziecka. Na pewno chciałabym taki dar posiadać, ale wątpię, czy go mam. Dzieci zawsze zaskakują mnie swoim postrzeganiem ludzi oraz świata. Można się od nich mnóstwo...

Rozmowa z Emilią Waśniowską, wychowawcą, pedagogiem oraz poetką


Pani Emilio, czy to prawda, że aby tworzyć dla dzieci, trzeba posiadać ich wrażliwość?

- Wyjątkowym darem dla dorosłego jest posiadanie wrażliwości dziecka. Na pewno chciałabym taki dar posiadać, ale wątpię, czy go mam. Dzieci zawsze zaskakują mnie swoim postrzeganiem ludzi oraz świata. Można się od nich mnóstwo nauczyć. Myślę, że nauczanie i pisanie dla najmłodszych jest wsłuchiwaniem się w dzieci, jest także próbą rozmowy z nimi. Trzeba je po prostu traktować poważnie. Dziecko ma tak cenny i wartościowy świat, który niestety bardzo krótko w nim trwa, że roztrwonienie go jest według mnie grzechem. Józef Ratajczak powiedział kiedyś tak: pisanie dla dzieci to jest pisanie dziecku ukrytemu w sobie, temu, jakim było się kiedyś. Miałam w swoim życiu wyjątkowe szczęście trafiania na pięknych ludzi, którzy mojej wrażliwości nie zabijali, tylko ją rozwijali. O taką postawę zabiegam w swojej szkole. Dziecko powinno rozwijać się na miarę swoich możliwości, bo tak jest stworzone przez Pana Boga i takie jest potrzebne światu. Dziecko nie może zatracić poczucia własnej wartości.
Zawsze uważałam, że dziecko ze szkoły po pierwsze musi wyjść zdrowe, pod drugie musi z niej wyjść tak samo dobre, jak do niej weszło, albo i lepsze, szkoła nie może go zdemoralizować czy też zranić, dopiero na końcu ma być mądrzejsze. Jeśli wartości te ustawimy odwrotnie, czyli poprzemy wyścig szczurów, to być może przyspieszymy cywilizacyjny rozwój świata, ale na pewno nie pomnożymy miłości.

Podobno bycie poetą to bardzo sympatyczny i przyjemny sposób na życie?

- Jeżeli człowiek jest wrażliwy, to wówczas jest drażliwy, i drażni każdą osobę o szczególnej wrażliwości: zło, bezduszność, cynizm w traktowaniu jednych przez drugich oraz okropnie obezwładniającą zawiść. Jest też jeszcze jedna cecha ludzi wrażliwych, z którą, przyznam się szczerze, nie umiem sobie radzić - problem krzywdy. Są takie postawy i komentarze ludzi, które wciąż, nawet teraz w ciężkiej chorobie budzą moje poczucie krzywdy, choć trochę się wstydzę tego. Powinnam być bardziej odporna i dzielna. Mniej wrażliwa na to, jak ludzie mnie oceniają, bo przecież mają prawo do własnych ocen.

Kiedyś w hospicjum usłyszałam od bardzo ciężko chorej młodej kobiety: "moja choroba jest darem od Pana Boga, który dał mi czas na przewartościowanie mojego życia".

- To prawda. Mojej rodzinie stale powtarzam: rakowi nie można dać nic więcej poza tym, co musi wziąć, ani jednej godziny, ani jednej minuty, ponieważ nie zasłużył na takie dary. Rzeczywiście rak jest chorobą błogosławioną, bo daje czas.
Dostałam od mojej przyjaciółki Małgosi Musierowicz album, w którym miałam wpisywać wiersze pełne nadziei, ponieważ po biopsji mózgu miałam wyraźny paraliż prawej strony. Album oddałam do domu. Po dziesięciu dniach pozbierałam się i album wrócił do mnie. Zrobiłam z niego księgę gości, ale również wpisuję sobie do niego "teksty onkologiczne", które tutaj się rodzą. Autorkami bardzo wielu wpisów są moje nowe przyjaciółki, towarzyszki w cierpieniu, które piszą tak: "mój rak nauczył mnie, że to co ważne, wcale nie jest ważne, a co błahe, wcale nie jest błahe". Patrzę, co się wokół mnie dzieje i nie mogę się nadziwić, jaką moja choroba wywołała erupcję dobra, miłości i wzajemnej solidarności. Odbieram to właśnie jako niezwykły dar, za który jestem wdzięczna Bogu. Dzięki darowi, którym jest pisanie, zrobiło się w szpitalu ciepło i serdecznie, mogę nadal być pedagogiem, "domorosłym" psychologiem, bo jestem głęboko przekonana o tym, co mówię moim szpitalnym współtowarzyszom. A mówię bardzo proste słowa. Cieszmy się, bo wciąż żyjemy. Jeżeli płaczę podczas mojej choroby, to tylko z powodu wzruszenia, to są cudne łzy jak modlitwa dziękczynna. Dziękuję Bogu za to, że to jest moja choroba, a nie kogoś z moich najbliższych. Prof. Anna Świderkówna w swojej książce "Chodzić po wodzie" napisała tak: "Pan Bóg powołuje nas wtedy do siebie, kiedy nasza poczwarka przeistoczy się w motyla, i nikt nie odejdzie z tego świata w złym momencie, bo On wie, kiedy, to jest Jego decyzja". Czyli nie interesuje mnie już, kiedy odejdę z tego świata, to już nie jest moja sprawa, ale Jego. Ja mam swoje życie i mam je uczynić sensownym do samego końca. A jeśli trzeba będzie polec na krzyżu, to cóż, to też jest związane z naszym losem. Dlatego też w tekście, który poświęciłam ukochanemu mężowi, napisałam: "Nie obrażam się na Boga, jest na krzyżu obok mnie, umieranie to biologia, przecież wiesz". Pan Bóg jest przy mnie, przecież to nie jest tak, że choroba jest mi dana za karę. Dlatego nie zadaję sobie pytania - dlaczego ja?

Jak już wcześniej mówiłyśmy, choroba przewartościowuje życie człowieka. Jaki teraz ma dla Pani sens cierpienie?

- Tak myślę o swoim życiu i dochodzę do przekonania, że ja przez Pana Boga byłam do tej choroby przygotowywana. Wpierw poprzez teksty, które pisałam - pojawia się w nich dość często temat cierpienia i śmierci. Mam mnóstwo wierszy o chorych dziewczynkach, o dzieciach kalekich, o dzieciach, które nie słyszą, nie widzą, a którym św. Mikołaj ma przynieść te dary, aby mogły swoją mamę ujrzeć i usłyszeć jej głos. Choroba jako zagrożenie dla dzieci jest stale obecna w szkole. Ja straciłam już dziesięcioro swoich uczniów. Pożegnałam ich swoim wierszem. Parę dni temu znowu odeszła moja uczennica - Agnieszka i poza taką ulgą, że jeszcze zdążyłam napisać do niej ze szpitala, pozostało we mnie zawstydzenie - dlaczego Agnieszka, a nie ja? Ale za chwilę, znowu przyszła mi do głowy myśl pani prof. Świderkówny, że jesteśmy różnymi gatunkami motyli, różnymi gatunkami istot, są przecież muszki fermentacyjne, które żyją tylko jeden dzień i spełniają swój los w całym pięknie. Istnieją też żółwie z Galapagos, które żyją ponad sto lat i nie możemy się dziwić, że tak jest. To jest pomysł Pana Boga i nie może być on zły. Pan Bóg nie zabrał Agnieszki na złość nikomu, ale tylko dlatego, że dopełniła swoją ziemską motylą piękność. W momencie, kiedy dowiedziałam się o swoim guzie, moim głównym problemem była myśl, abym nie stała się ciężarem dla swoich dzieci. Ale potem zawstydziłam się tych myśli, bowiem wszystko wychowuje nas do akceptacji cierpienia, do akceptacji śmierci. Nikt nam nie obiecywał, że w życiu nie spotka nas cierpienie, że będziemy szczęśliwi, owszem, bo to jest związane z tym wszystkim, o czym mówi Biblia, ale jeśli tego szczęścia nie znajdziemy w sobie, to go nie ma. Wydaje mi się, że to co najczęściej zaprzepaszczamy w życiu, to jest wychowanie siebie do akceptacji losu takiego, jaki jest. Gdy rozmawiam ze swoją przyjaciółką z Niemiec, która jest mocno starszą panią, i pytam ją, jak się czujesz? ona odpowiada pogodnie: Emilio, fantastycznie, każdego dnia boli mnie co innego! To jest właściwe podejście do życia. Inna moja ponadosiemdziesięcioletnia bliska znajoma mówi: ach gdybym miała choć siedemdziesiąt pięć lat, to bym wiedziała, co zrobić z życiem!

Myślę, że zawstydza Pani teraz wiele osób, jest w Pani pomimo choroby tyle optymizmu.

- Optimus po łacinie znaczy najlepszy. Miłość i wiara zwycięży wszystko - tak myślę i czuję. Człowiek jest obdarzany takimi darami, o których często nie wie, że je ma. Dla mnie takim darem, którego sobie nie uświadamiałam, jest moja wiara. To jest dar nie tylko mój, ale mówiąc onkologicznie jest to dar, który przerzuca się na innych, i takich przerzutów na tym oddziale mamy bardzo wiele - są to najpiękniejsze przerzuty świata, jakimi można się tylko cieszyć. W ludziach, którzy sobie swojej wiary nie uświadamiali, rodzą się głębokie przeżycia związane z Panem Bogiem. Gdy myślisz o tym, jak twoje życie jest poukładane, to musisz rzeczywiście widzieć swoją pozycję w stosunku do innych. Optymiści najlepiej widzą świat. Oby oni jak najwięcej ludzi zarażali swoim postrzeganiem losu. Ja swoją chorobę całkowicie akceptuję w sensie doświadczenia życiowego i w pełni akceptuję w sensie poczucia kresu mojego życia, bo to należy do Pana Boga. Kładę się spać ze spokojem, budzę się również ze spokojem, przechodzę jakieś dziwne zabiegi otwierania mojej głowy i nie czuję bólu, ponieważ traktuję to jako dobro, jako szansę dla siebie, jako współpracę moją z moim lekarzem, a nie jako jakiś straszliwy los albo cios, który ma mnie zaraz powalić bólem. Bardzo chciałabym, żeby moje własne dzieci, moi uczniowie także z mojego temperamentu wychowawcy zwłaszcza to zabrali sobie w życie - nie ma takiego losu, w którym by nam Pan Bóg nie przyszedł z pomocą. Ale musisz się na Niego otworzyć, Pan Bóg przechodzi mimo drzwi zamkniętych, ale na pewno nie mimo drzwi zamkniętych naszego serca, czy świadomości.

Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę


Na ratowanie życia pani Emilii potrzebne jest 100 tys. złotych.
Społeczna Fundacja "Ludzie dla ludzi" ul. Garbary 5, Poznań
10204027-2791434-270-201


Emilia Waśniowska - Dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 34 w Poznaniu, nauczycielka, polonistka, poetka. W 1998 roku z rąk Mirosława Handtke ówczesnego Ministra Edukacji Narodowej otrzymała najwyższe odznaczenie oświatowe - Medal Komisji Edukacji Narodowej. Jako poetka zadebiutowała w "Tygodniku Powszechnym". Wydała siedem książek. Współpracowała ze "Świerszczykiem", "Misiem" i "Płomyczkiem". Nominowana do tegorocznej Nagrody Prezydenta RP - Sztuka Młodym.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki