Logo Przewdonik Katolicki

Pokochać Downa

Michał Gryczyński
Fot.

Jakiś czas temu w gwarze uczniowskiej karierę robił epitet: - Ty, "dałnie"! To od nazwiska Langdona Downa, który w 1867 r. opisał zespół zaburzeń rozwojowych, związanych z "trisomią 21": niski wzrost, krótki nos i krótka szyja, szerokie dłonie i palce, nieprawidłowe proporcje ciała, częste wady oczu i serca oraz znaczny albo umiarkowany niedorozwój umysłowy. A wszystko to za sprawą...

Jakiś czas temu w gwarze uczniowskiej karierę robił epitet: - Ty, "dałnie"! To od nazwiska Langdona Downa, który w 1867 r. opisał zespół zaburzeń rozwojowych, związanych z "trisomią 21": niski wzrost, krótki nos i krótka szyja, szerokie dłonie i palce, nieprawidłowe proporcje ciała, częste wady oczu i serca oraz znaczny albo umiarkowany niedorozwój umysłowy. A wszystko to za sprawą dodatkowego chromosomu, który dołącza się do 21 par chromosomów...
Wyzwisko to zastąpiło wcześniejsze, takie jak np.: "debil", "mongoł", "imbecyl", "idiota" czy "kretyn". Byłem wówczas katechetą w jednej z podpoznańskich szkół i - jako dyplomowanego pedagoga specjalnego w zakresie rewalidacji upośledzonych umysłowo - zdumiewała mnie taka znajomość rzeczy u dzieci. Bo choć było jasne, że to paskudny epitet, dziwiłem się, skąd one znają takie fachowe określenie? Niebawem okazało się, że to za sprawą telewizji, która w krótkim czasie wyświetliła wtedy kilka filmów fabularnych o ludziach z zespołem Downa. Filmy były nawet interesujące, ale zupełnie niepotrzebnie rozbudzały w rodzicach takich dzieci nadmierne nadzieje na perspektywy ich ewentualnego rozwoju. Jeden z nich np. był opowieścią o małym geniuszu, który skrywał się pod zewnętrzną powłoką Downa. Bo, w rzeczywistości, dzieci te bywają często geniuszami, tyle że nie intelektu, lecz - miłości.
Przed kilkunastoma dniami poznałem niewiastę, która jest szczęśliwą babcią małej dziewczynki z zespołem Downa. - Żeby Pan wiedział, jak ja ją bardzo kocham! - wyznała w pewnej chwili. Choć zdaje sobie ona sprawę, że jest to dziecko odmienne od innych, to trudno nie uwierzyć w jej szczerą miłość do wnuczki. Jakże potrzeba nam takich świadectw ludzi zdrowych, że nie tylko ta dziewczynka, ale i inne dzieci jej podobne są chciane, oczekiwane i kochane. Każdy, kto miał z nimi kiedykolwiek do czynienia, dobrze wie, jak bardzo potrafią odwzajemnić miłość rozbrajającym uśmiechem i wielkim sercem.
W połowie listopada, podczas posiedzenia Komisji Zatrudnienia i Spraw Społecznych Parlamentu Europejskiego w Brukseli, miało miejsce niecodzienne wystąpienie. Głos zabrała Andrea Halder, kobieta cierpiąca na zespół Downa, która upomniała się o prawo do życia dla ludzi takich, jak ona. - Nie zabijajcie dzieci z zespołem Downa, ale zmieńcie negatywny obraz ludzi z tym syndromem - nawoływała. Jako przyczynę lęku panującego wśród rodziców przed dzieckiem z zespołem Downa - często na wieść o tym podejmują decyzję o aborcji - pani Halder wskazała m.in. niedostateczną wiedzę o tej przypadłości. Swój dramatyczny apel p. Halder zakończyła prośbą o rozważenie przez europejską opinię publiczną potrzeb i trosk ludzi z zespołem Downa. Zwłaszcza, że ludzi dotkniętych owym syndromem żyje, na samym tylko Starym Kontynencie, około trzystu tysięcy.
Ech, gdyby tak na salonach europejskich zrozumiano wreszcie, że nie wystarczy zastąpić określenia "upośledzenie umysłowe" zwrotami "deficyt intelektualny", albo "obniżona sprawność intelektualna", aby uzyskać certyfikat humanisty. Jeśli później przyzwala się na ich bezkarne zabijanie w łonie matki, to takie eufemizmy, doprawdy, na niewiele się zdadzą. Polskie prawo także dopuszcza możliwość przeprowadzenia aborcji, o ile u poczętego dziecka wykryto trwałe zmiany genetyczne. Czyli - bez miłosierdzia!

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki