Logo Przewdonik Katolicki

Taniec z błaznem

Michał Gryczyński, Piotr Krysa
Fot.

Suknie od najlepszych projektantów, wizyty u fryzjera, wystawne bale w hotelach z dużą ilością gwiazdek i tańce do białego rana. Oto, czym jest karnawał. A może właśnie, czym nie jest Karnawał to kolorowe parady w Rio de Janeiro, Nowym Orleanie czy Wenecji. I to też nie wszystko. Dzisiejsze pobieżne rozumienie karnawału zupełnie pomija jego świąteczność. A czas od Sylwestra...

Suknie od najlepszych projektantów, wizyty u fryzjera, wystawne bale w hotelach z dużą ilością gwiazdek i tańce do białego rana. Oto, czym jest karnawał. A może właśnie, czym nie jest… Karnawał to kolorowe parady w Rio de Janeiro, Nowym Orleanie czy Wenecji. I to też nie wszystko. Dzisiejsze pobieżne rozumienie karnawału zupełnie pomija jego świąteczność. A czas od Sylwestra bądź od Trzech Króli do środy popielcowej był świętem życia, świętem ludycznym. Właśnie w karnawale żebrak mógł stać się królem, bo na ten czas zawieszano normy społeczne, a często i moralne, rządzące światem. Największym autorytetem karnawału był błazen, głupiec i wodzirej w „świecie na opak”, który uszczuplał nadętą całym rokiem rzeczywistość.

Już etymologia słowa karnawał rodzi pewne dwuznaczności. Chronologicznie wywodzić je trzeba
jeszcze ze starożytnej Grecji, od mitologicznego terminu carrus navalis, jak nazywano wozy w kształcie statków ozdobione kwiatami, a które ciągnięto podczas obchodów Wielkich Dionizji. Obchodów na cześć Dionizosa, boga płodnych sił natury religijnej ekstazy i… wina. Starożytni Grecy nie odmawiali mu także związków z życiem pozagrobowym. Za sprawą Hery dotknięty obłędem odbywał suto zakrapiane wędrówki po świecie w towarzystwie satyrów i menad.
Nowożytna Europa, przynajmniej zdaniem filologów, właściwego znaczenia karnawału powinna jednak szukać gdzie indziej czy też znacznie później, bo w średniowiecznych Niemczech. Jeszcze dokładniej w kościelnej łacinie...

Żegnaj mięso!


Słowa carne plus levare czy późniejsze levale i vale nie chcą oznaczać nic innego, jak pozbawienie naszego jadłospisu potraw mięsnych na czas Wielkiego Postu. Z czym jak z czym, ale z zakazem spożywania mięsa karnawał nam się kojarzyć nie chce, i bardzo dobrze. Pamiętajmy jednak, że w dawnej Polsce sens obcego nam słowa „karnawał” doskonale oddawał mięsopust czy późniejsze zapusty. Tak ludyczny i wesoły czas dorobił się też licznych ludowych adaptacji tego terminu, z których jedna brzmi po prostu „żegnaj mięso” – to samo, co osobno znaczą dwa włoskie słowa carne i vale. A było to pożegnanie naprawdę wystawne.
Kościelne pochodzenie tego terminu pozwala nam dość dokładnie określić genezę tego obyczaju, który tak naprawdę ukształtował się dopiero w chrześcijańskim średniowieczu i był ściśle związany z kalendarzem liturgicznym. Możemy również zaryzykować twierdzenie, że należał on do ówczesnego porządku świata nie tylko w sferze ducha, ale i ekonomii. Owe rozpasanie, spożywanie tłuszczów i mięsa w nadprogramowych ilościach, pozwalało pozbyć się rzeźnikom starych zapasów, a zarazem zabezpieczyć byt na całe postne sześć tygodni.

Narodziny błazna


Karnawał w swojej historii mnożył ślady i mylił zarówno swoich prześladowców, jak i wyznawców. Wystarczy tu chociażby wspomnieć fakt, że karnawał obchodzono, i to wcale nierzadko, w świątyniach (z tańcami itp.), a niektórzy dopatrywali się w nim nawet mistycznych pierwiastków. Praktycznie dopiero w piętnastym wieku powaga Kościoła wzięła górę i zakazała tak zwanej obsceny czy parodii instytucji sakralnych. Dla badaczy owe zakazy stały się zresztą podstawowym źródłem wiedzy na temat ówczesnego karnawałowego obyczaju. Żeby zrozumieć wcześniejszą siłę karnawałowego „świata na opak”, wystarczy wspomnieć, że w czasie karnawału parodiowano również Mszę św., a tak zwany kult płodności przybierał mocno nieprzystojne formy, z zawieszeniem praw małżeńskich włącznie. Również w XV wieku, w czasie owej karnawałowej „kontrreformacji” pojawiła się postać błazna, do którego dosyć szybko przylgnęła etykieta karykaturalnego zła, grzechu i zaprzeczenia Boga. Jednoznaczne przedstawianie błazna jako zepsutego głupca byłoby jednak zbyt wielkim uproszczeniem, bo jego parodystyczne występy nierzadko pełniły rolę zdrowej, oczyszczającej satyry.
Jednym z największych wrogów karnawału był sam Napoleon Bonaparte, który usilnie i skutecznie go zwalczał. Zresztą w samej Francji zwyczaj świętowania karnawału przerwała Rewolucja Francuska, a do tradycji tępionej przez cesarza powrócono dopiero w okolicy 1830 roku.

Tłusty czwartek starych bab


Praktycznie każdy europejski karnawał nasilał się ku końcowi, by swoją kulminację osiągnąć w ostatnim tygodniu. W wielu krajach europejskich ostatnim dzwonkiem dla największych wybryków był ostatni czwartek, który w Polsce na ogół nazywamy Tłustym, ale już w niemieckiej Północnej Nadrenii do dzisiaj jest nazywany Ostatkami Starych Bab (Altweiberfastnacht). Tego dnia w mieście grasują wymalowane starsze panie z dużymi koszami i czyhają na młodych eleganckich mężczyzn. Kosze nie są aby wypełnione wiktuałami, ale też puste li tylko z początku. Trafiają do nich bowiem obcięte nożycami krawaty młodych eleganckich mężczyzn. Praktyka często dowodzi, że owe „stare baby” nie zawsze takimi są, a zaatakowani młodzieńcy częstokroć mogą uważać się za szczęśliwców. Od tego dnia miasta Nadrenii wpadają w szał hulania i trudno się w nich dopatrzyć słynnego niemieckiego porządku. Również wtedy zaczyna się dla nich owy Karneval, którego nie należy mylić z naszym, trwającym już od paru ładnych tygodni. Dniem kulminacyjnym owej zabawy jest Różowy Poniedziałek (Rosenmontag), kiedy to właśnie odbywa się uroczysta parada. Stroje do niej przygotowywane są przez cały rok indywidualnie bądź też przez różne grupy i stowarzyszenia. Owe parady, jak choćby jedna z najsłynniejszych w Wenecji, zrekonstruowana zresztą całkiem niedawno na potrzeby turystyczne, to pomysł jak najbardziej europejski, a dopiero potem tak wspaniale i barwnie rozwinięty w Rio de Janeiro czy Nowym Orleanie.

Po szwabsku z umiarem


Powyższy Karneval nie jest obchodzony ani w całych Niemczech, ani tym bardziej nie uchodzi za katolicki. Takim tradycyjnym katolickim karnawałem znacznie bardziej cichym i spokojnym, a ponadto o poświadczonym średniowiecznym pochodzeniu, jest schwabische-alemannische Fasnet. Fasnet albo Fastnacht to dosłownie „noc przed postem”, a w katolickiej części Niemiec kryją się za tym właśnie dni poprzedzające bezpośrednio Wielki Post. Ten karnawał nie jest organizowany dla turystów i być może z tego właśnie powodu nie jest szerzej znany, ale w takiej formie obchodzą go również katolicy choćby w Austrii czy Szwajcarii. Tu również najważniejszym celem owego karnawału jest parada (Umzung). Korowody w tradycyjnych maskach i kostiumach przewijają się praktycznie przez wszystkie miejscowości. Jednym z kulminacyjnych momentów tego karnawału jest taniec błaznów czy chociażby spływ rzeką na dziwacznie skonstruowanych maszynach pływających. Tu odprawia się także jak najbardziej prawdziwą Mszę św., z tą różnicą, że ten jedyny raz organista traci pracę na rzecz jazz-bandu, a kazanie ma bardzo satyryczny charakter.

Po staropolsku czy nowomiejsku


Karnawał staropolski był jak najbardziej hałaśliwy, wesoły i cokolwiek nieprzystojny. Czas kuligów, tańców i prawdziwie staropolskich swawoli przetrwał jednak już jedynie we wsiach i to w tych najbardziej dbających o tradycje regionów. W miastach, niestety, coraz częściej niewiele różni się od dancingów. Dawniej magnaci i bogacze zabawiali się na balach, co biedniejsza szlachta objadała i rujnowała sąsiadów na osławionych kuligach, a pozostali nieszlachetnie urodzeni świętowali zazwyczaj w karczmach. Praktycznie każdy region Polski ma swoje zapustne tradycje, niesłychanie bogate i różnorodne. Chociażby w Wielkopolsce jeszcze w dwudziestym wieku w Podkoziołek dziewczęta rzeźbiły z drewna lub kartofla owego koziołka i ustawiały go w karczmie obok muzykantów. Tego też dnia, inaczej niż zazwyczaj, to one musiały płacić za taniec z chłopakiem. Owe huczne zabawy trwały jedynie do północy, bo kto je przeciągnął, tego diabli porwali albo na manowce zwodziły topielice. W wielu regionach Polski jeszcze do niedawna symbolicznie „ścinano śmierć”, mięsopusta czy grajka, a wielkopolskie gospodynie już w Popielec uważnie czyściły garnki, aby nie zostały w nich nawet resztki z sutych potraw ostatniego dnia karnawału. Biorąc przykład z naszych sąsiadów, bardzo pielęgnujących rodzime tradycje, powinniśmy bardziej dbać o własne, bo na potańcówkach nasz karnawał kończyć się nie powinien. Ku przestrodze możemy jeszcze tylko przypomnieć słowa żyjącego w XVI wieku Grzegorza z Żarnowca, który pisał, że „większy zysk czcimy diabłu trzy dni rozpustnie mięsopustując, aniżeli Bogu czterdzieści dni nieochotnie poszcząc”.

Na pohybel Lewiatanowi

Jak głosi włoskie podanie, uciechy sylwestrowe wzięły początek od papieża Sylwestra I. Miał on w Roku Pańskim 317 uwięzić w lochach pałacu papieskiego na Lateranie groźną bestię morską, czyli Lewiatana, któremu zakneblował pysk.
Kiedy zbliżał się rok tysięczny wytworzyła się psychoza oczekiwania na koniec świata. Lud spodziewał się, że zwiastunem początku dni ostatecznych może być uwolnienie owej bestii. Na tronie papieskim zasiadał wtedy Gerbert, mnich benedyktyński okryty sławą czarnoksiężnika, a w rzeczywistości wspaniały badacz, wynalazca i człowiek wielkiego umysłu. Wśród gawiedzi powiało prawdziwą grozą, kiedy przybrał on imię... Sylwestra II, bo podejrzewano, że właśnie ktoś taki może uwolnić Lewiatana.
Oczekiwano więc z trwogą północy 31 grudnia 1000 roku. Kiedy tylko uderzono w dzwony i okazało się, że nic złego się nie stało, ludzie wylegli spontanicznie na ulice. Z radości zaczęli tańczyć do upadłego, aż do białego rana...

Jak to na kuligach drzewiej bywało

Karnawał był naznaczony nie tylko tańcami, ale i kuligami. A była to zabawa wyłącznie osób szlachetnie urodzonych i przybierała postać istnego białego szaleństwa, połączonego z odwiedzaniem kolejnych dworków.
Zwiastunem rychłego najazdu gości była laska z kulą, którą przesyłano sobie od dworu do dworu. Szlachciurę, u którego właśnie goszczono, zabierano w dalszą drogę, aby i on miał okazję uczestniczyć w ogołoceniu z wszystkich zapasów spiżarni oraz piwnic sąsiada. Zajadano się wszelakimi mięsiwami i kiełbasami, tęgo popijając gorzałką, a potem puszczano się w tany. Na koniec wychylano jeszcze strzemiennego i wyruszano saniami, zaprzężonymi w konie, w dalszą drogę. Z muzykantami, rzecz jasna, którzy przygrywali i do śpiewu, i do tańca!
Nic więc dziwnego, że – co bardziej przewidujący – już od jesieni przygotowywali się do tych szczególnych, karnawałowych odwiedzin. Wiadomo było, wszakże, iż najeźdźcy będą oczekiwali nie tylko tęgo zakrapianej, sutej wieczerzy, ale także noclegu.

Babski comber pod Wawelem

Przekupki krakowskie biesiadowały na rynku w tłusty czwartek, obchodząc „babski comber”. Miał on upamiętniać wybuch radości po nagłej śmierci burmistrza krakowskiego przedmieścia Piasek, złośliwego gnębiciela przekupek. Zwał się on właśnie Comber, a symbolizował go bałwan ze słomy, wleczony na powrozie w każdą rocznicę jego śmierci. Z kolei czeladnicy krakowscy bawili się, przy orkiestrze dętej, na „burkotach”. Zapoczątkował je wybór mistrza cechowego, który po elekcji wyprawił ucztę. Młodziaki, sposobiące się do rzemiosła, obtańcowywały wtedy córki swoich pryncypałów.

Karnawał, czyli wóz okrętowy

Dla starożytnych Greków był to czas trzydniowego święta kwitnienia (Anthesterion), na cześć natury budzącej się do życia i ku czci Dionizosa, bóstwa wina i radości życia. Miał on przybywać na okręcie, przybranym winoroślą, w towarzystwie satyrów i demonów uwodzących nimfy. Wszyscy nader obficie poili się winem – urządzano nawet swoiste zawody pijackie – nie stroniąc od swawolnych, a nawet lubieżnych zabaw.
Wóz okrętowy, którym przybywał Dionizos, czyli carus navalis (stąd nazwa karnawału), widywany był w Rzymie jeszcze w XVIII wieku, jako przybrany rydwan, którym podróżowały damy. A nawet na Syberii, jeszcze w XIX wieku, pojawił się okręt umieszczony na saniach, ciągniętych przez siedemdziesiąt par koni!
Święta kwitnienia były także swoistymi zaduszkami, podczas których składano ofiary zmarłym oraz Hadesowi – władcy świata podziemnego. Baczono jednak, aby duchy zmarłych nazbyt nie zbliżyły się do świata żywych. Rzymianie zaś obchodzili w tym samym czasie swoje „feralia”, które z czasem zhellenizowały się i upodobniły do wiosennych zaduszek greckich.

Wariacje chrześcijan w oczach Saracena

Czasem ten i ów poddaje się szaleństwom karnawałowym bez opamiętania. Bywało tak już przed wiekami, że zabawom nie było końca, a w obżarstwie i pijaństwie przebierano miarę wszelakiej przyzwoitości.
W XVI wieku ambasador sułtana tureckiego Solimana II Wspaniałego powiadomił swego władcę, że „w pewnej porze roku chrześcijanie dostają wariacji i dopiero jakiś proch sypany im w kościele na głowy leczy takową”. Cóż, nawet Mikołaj Rej, który przecież nie był ascetą, pisał kąśliwie: „W niedziele mięsopustną kto zasie nie oszaleje {...}, twarzy nie odmieni, maszkar, ubiorów ku djabłu podobnych sobie nie wymyśli, już jakoby nie uczynił krześcijańskiej powinności dosyć”. A ks. Jakub Wujek, znany z wyśmienitego przekładu Pisma Świętego, grzmiał surowo: „Posty odrzucają, ale mięsopusty od czarta wymyślone bardzo pilnie zachowują”.

Tańcz, głupia, tańcz...

Czy taniec może być grzeszny? Owszem, pamiętamy żydowskiego króla Dawida tańczącego przed Arką Przymierza, przenoszoną w procesji na górę Synaj. Ale to był taniec rytualny, podobnie jak większość dawnych tańców, które posiadały charakter religijny.
Świątobliwy proboszcz z Ars – Jan Vianney głosił, że ludzie, którzy spędzają czas na tańcach, powinni być... wyklęci! Cóż, takie to były czasy, że tańcom towarzyszyło zwykle wyuzdanie i rozpusta. A św. Ambroży, biskup Mediolanu – jeden z czterech Doktorów Kościoła zachodniego – napisał w IV wieku: „Szanująca się i czysta matka będzie uczyć swoje córki nie tańca, lecz bojaźni Bożej”. Inny Doktor Kościoła, św. Franciszek Salezy, patron pisarzy i dziennikarzy katolickich, przestrzegał w XVI wieku, że kto „za wiele otworzy serce w zabawie tanecznej, łatwo je otworzy złu”.

Z ziemi włoskiej do Polski

Karnawał, zwany w staropolszczyźnie zapustem, przeszczepiła z Włoch do Polski królowa Bona. W Italii urządzano bowiem o tej porze roku zabawy uliczne. Jednak sama nazwa, tak jak i rodowód uciech karnawałowych, sięga jeszcze czasów starożytnych.
W karnawale bawili się wszyscy, stosownie do swego stanu: królowie, magnaci i szlachta – w pałacach i dworach, mieszczanie – w domach i na ulicach, a lud wiejski – w gospodach albo i pod chmurką. Kronikarze odnotowali, że w Polsce maskarady pojawiły się za panowania Zygmunta Starego i królowej Bony, a bale kostiumowe w czasach Augusta II Sasa.

Plebejskie reduty

Z upływem lat zaczęły upowszechniać się także bale dla ludzi niższego stanu, co dało początek tzw. redutom, o których wspominał kronikarz polskich obyczajów ks. Jędrzej Kitowicz:
„Nie godziło się wchodzić na reduty z bronią, także bez maski, czyli larwy na twarzy(...), żeby równość między kompanią, za równe pieniądze cieszącą się, bez ujmy honoru czyjejkolwiek mogła być zachowana”.
I chociaż to już przeszłość, warto ocalić od zapomnienia dawne tańce ludowe i dworskie: nie tylko rodzime kujawiaki i obertasy, polonezy i mazurki, ale również czeską polkę czy francuskiego menueta albo kadryla.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki