Logo Przewdonik Katolicki

Rolą aktora jest mówienie prawdy

Jadwiga Knie-Górna
Fot.

Rozmowa z Janem Matyjaszkiewiczem, aktorem Pańska kariera aktorska rozpoczęła się bardzo wcześnie dość osobliwą rolą... smoka wawelskiego. W Wesołej pod Warszawą, gdzie mieszkałem z rodzicami od 1934 roku, razem z kolegami bardzo chcieliśmy, kupić mszalny kielich dla naszego parafialnego kościoła. Oczywiście nie mieliśmy żadnych pieniędzy, dlatego wpadliśmy na pomysł,...

Rozmowa z Janem Matyjaszkiewiczem, aktorem

Pańska kariera aktorska rozpoczęła się bardzo wcześnie dość osobliwą rolą... smoka wawelskiego.

W Wesołej pod Warszawą, gdzie mieszkałem z rodzicami od 1934 roku, razem z kolegami bardzo chcieliśmy, kupić mszalny kielich dla naszego parafialnego kościoła. Oczywiście nie mieliśmy żadnych pieniędzy, dlatego wpadliśmy na pomysł, aby przygotować przedstawienie. Mieliśmy nadzieję, że na nasze zaproszenie odpowie bogatsza część mieszkańców dzięki, której uda nam się zebrać jakieś fundusze. I tak się też stało, przedstawienie, w którym grałem smoka, odbyło się, a pieniędzy uzbieraliśmy tyle, że mogliśmy za nie kupić nie byle jaki, ale pozłacany kielich. Potem w Jasełkach zagrałem króla, który odziany był w... kąpielowy płaszcz i taki to był początek mojej artystycznej drogi.

Ale droga ta też była zawiła, bowiem porzucił Pan studia na Politechnice na rzecz Wyższej Szkoły Aktorskiej. Czy rzeczywiście nie do końca była to Pańska samodzielna decyzja?

Mieszkałem wówczas u siostry mamy, która była właścicielką pięknego salonu obuwniczego przy Marszałkowskiej. Ponieważ nie miała własnych dzieci, całą swoją macierzyńską miłość przelała na mnie.
Natomiast już w gimnazjum zawiązała się moja przyjaźń z Janem Pruszakiem, z którym razem startowaliśmy na Politechnikę: on zdawał na wydział elektryczny a ja na architekturę. Ponieważ zdałem, ale zabrakło mi odpowiednich punktów za pochodzenie w zdobyciu studenckiego indeksu, pomogły mi; dobra sytuacja materialna mojej cioci oraz wpływy brata mojej mamy - Mieczysława Fogga. Po jakimś czasie Janek, w całkowitej tajemnicy, podając się za mnie zadzwonił do Aleksandra Zelwerowicza, by zgłosić moją kandydaturę do Szkoły Aktorskiej. Cóż zostałem postawiony przed faktem dokonanym, pojechałem do Zlewerowicza na rozmowę kwalifikacyjną... i tak zamiast architektem zostałem aktorem. Miałem szczęście, bo mój rok obfitował w wielkie aktorskie indywidualności jak: Jan Kobuszewski, Zbyszek Zapasiewicz, Andrzej Żarnecki czy Anna Ciepielewska. Już na pierwszym roku studiów, w 1952 roku, razem ze wszystkimi swoimi kolegami braliśmy udział w przedstawieniu opartym na tekście Juliusza Słowackiego. Ale nawet wielkiemu Juliuszowi cenzura nie omieszkała ambitnie „udoskonalić” tekst na potrzeby tamtej epoki. Potem zagrałem w Teatrze Kameralnym w „Weselu Figara” wyreżyserowanym przez Janinę Romanówną. Było to przedstawienie dyplomowe starszego kolegi Mariusza Dmochowskiego. Warto tutaj dodać, że zarówno pan Mariusz jak i jego żona Aleksandra byli ogromnie zaangażowani w sprawy Kościoła, domu dla zasłużonych aktorów w Skolimowie oraz wiele innych społecznych akcji. W latach osiemdziesiątych, dzięki nim także wyjechaliśmy do Ojca Świętego, dla którego przygotowaliśmy piękny koncert. Natomiast Janek, który zawsze marzył o grze na skrzypcach, także zrealizował swoje marzenia, a po śmierci Stefana Rachonia objął dyrekcję orkiestry Polskiego Radia i Telewizji.

Podobno nieustannie ćwiczy pan dykcję, a winien temu jest Aleksander Zelwerowicz.

– To był bardzo uroczy, niesamowity, serdeczny i kontaktowy człowiek. Pomimo, że był częściowo sparaliżowany to do końca swojego życia dawał bezpłatne prywatne lekcje oraz brał udział we wszystkich naszych przedsięwzięciach. Aby było to możliwe nosiliśmy go we czwórkę we fotelu, ja byłem tzw. „lewonośnym”, czyli jego fotel nosiłem z lewej strony. Gdy zdawałem egzamin wstępny, w komisji egzaminacyjnej prócz Zelwerowicza zasiadał także Jan Kreczmar. Podczas tego egzaminu właśnie od Zelwera otrzymałem dwóję z dykcji. Dość wystraszony, że z tego powodu mogę nie dostać się na studia, całymi godzinami ćwiczyłem dykcję. W międzyczasie koledzy dowiedzieli się, że lista osób przyjętych na studia już wisi, i o dziwo, ja także byłem na niej umieszczony. Jednak od tego czasu jestem i pewnie na zawsze już pozostanę entuzjastą stałego ćwiczenia dykcji.

W pamięci wielu kolegów z czasów studenckich pozostał Pan bardzo aktywnym społecznikiem. Ponoć nawet przygotowywał Pan „grób Stalina”, co wydaje się dość niezwykłe, znając Pańskie zdecydowane prawicowe poglądy.

To były takie a nie inne czasy, i otaczała nas intensywna czerwona rzeczywistość. Jako, że miałem dość spore umiejętności manualne Aleksandra Dmochowska, podarowała mi na poddaszu teatru kącik, w którym wykonywałem dekoracje na wszystkie uroczystości, począwszy od Bożonarodzeniowych na 1-majowych kończąc. Czułem się na tym strychu cudownie, to był mój bajkowy świat. Niestety moje „złote ręce” ściągnęły także na mnie poważne kłopoty, bo gdy zmarł Stalin musiałem wykonać dekorację do jego „pogrzebu”. Mało tego musiałem także wykonać jego „grób”, przy którym byliśmy „zobowiązani” stanąć na warcie. Obdarzony zaufaniem kolegów trzymałem także kasę samopomocy studenckiej, bo to były czasy kiedy większość z nas była biedna jak myszy kościelne. O pieniądze do tej kasy sami się staraliśmy, np. urządzając jakieś koncerty. Najsympatyczniej wspominam nasz wspólny występ z Wiesiem Gołasem, którego śpiew bardzo entuzjastycznie wspieraliśmy...tańcem.

Podobno tęskni Pan za trybem pracy aktora, jaki panował wiele lat temu. Co takiego niezwykłego kryło się w nim?

Miłe było to, że była to prawdziwa, autentyczna praca aktora. W tej chwili panuje ogólna chałtura, wszyscy się spieszą i na nic nie mają czasu. Za czasów Janusza Warmińskiego, niezwykłego i wielkiego człowieka teatru, ówczesnego dyrektora sceny Ateneum, cały zespół zbierał się, by przez czasem długie tygodnie omawiać scenę po scenie. Poza tym wiele razy czytaliśmy teksty omawiając każdą rolę. Towarzyszyła nam ogromna pasja parcia do prawdy tych ludzi, których mieliśmy przedstawiać. Potem w czasie prób patrząc trochę w tekst, a trochę mówiąc z pamięci zaczęliśmy współpracować z partnerem. A dialog chociażby z dwoma osobami to już jest przecież teatr. Patrzenie partnerowi w oczy, nadstawianie ucha w jego kierunku, lub wyczuwanie go wszystkimi zmysłami jest zasadą teatru, jego bazą i podstawą. Taki system pracy niezwykle wzbogaca aktora wewnętrznie. Wszelkiego rodzaju dyskusje przecież bardzo rozwijają człowieka. Takim systemem pracowały wielkie sławy aktorskie jak Ola Śląska, Jacek Woszczerowicz czy Jan Świderski. Dzięki Warmińskiemu przedstawialiśmy w teatrze Ateneum europejski repertuar. Graliśmy zachodnie dobre sztuki, doskonałych autorów. Właśnie dzięki nim kształtuje się teatr, publiczność oraz my aktorzy.

Właściwie nie występuje Pan w telewizji i filmach, co jest tego powodem?

Telewizję odrzuciłem wiele, wiele lat temu. Występ przed kamerą jest dla mnie zaprzeczeniem wszelkich reguł aktorskich, których mnie uczono. Cieszę, że nie mam nic wspólnego z telewizją, w której obecnie pada tyle straszliwych i cynicznych słów. Wcześnie też wycofałem się z filmu, choć propozycji mi nie brakowało, gdyż film jest dla mnie pewnego rodzaju prostytucją teatru, zwłaszcza dzisiaj. Należę do pokolenia aktorów z tamtych lat, także tych kiedy „dzięki cenzurze” grało się odpowiednim zaakcentowaniem czy też odpowiednią intonacją głosu, która często zaprzeczała wypowiadanym słowom.

Konrad Świnarski powiedział, że teatr jest tym jedynym miejscem, w którym czuje się absolutnie wolny. A czym dla Pana jest teatr?

Miałem przyjemność pracować z nim także w teatrze Ateneum, gdzie często trzymał nas po dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Wielcy reżyserzy, aktorzy również, mają to do siebie, że nie starają się zakładać na twarz jakieś obcej maski, by zbudować sobie autorytet, ale starają się stworzyć atmosferę bliskości i serdeczności. Taki też był Konrad Świnarski. Odpowiadając na pani pytanie, gdybym powiedział, że teatr jest moim życiem, to pewnie zabrzmiałoby jak banał. Ale przecież każdy aktor, którzy tworzy teatr, co najmniej połowę swojego życia spędza w nim, a właściwie całe życie, bo przez cały czas, nawet w domu, myśli o tym co i jak ma zagrać. Bez przerwy zastanawia się nad każdą kwestią, słowem, co one mają znaczyć i dlaczego zostały wypowiedziane. Niestety prawdziwy teatr umiera, bowiem w dzisiejszym repertuarze nie ma żadnych ambitnych przedstawień. Bowiem widzowie nie są nimi zainteresowani.

Franciszek Pieczka powiedział, że w zawodzie aktora najważniejsza jest uczciwość, dobrze rozumiana solidność wobec widza oraz opanowanie rzemiosła aktorskiego.

Franek w mojej pamięci od czasów szkoły po dzień dzisiejszy pozostanie zawsze taki sam. Jest to człowiek o nieprawdopodobnej dobroci serca. W zasadzie całkowicie zgadzam się z tym co powiedział, choć wydaje mi się, że te trzy wartości wymienione przez niego, można by zredukować do jednej – uczciwości. Bowiem już sama uczciwość wobec samego siebie a także wobec widza jest już ogromnym aktorskim materiałem.

Od wielu lat związany jest Pan z Teatrem Polskiego Radia, a zwłaszcza ze słuchowiskiem Jeziorany, które na antenie goszczą od 1957 roku. Jakiego kunsztu zawodowego wymaga od aktora mikrofon radiowy?

Kunszt aktorski polega na tym, że ja mówię zawodową prawdę, tak aby widz, czy słuchacz w nią uwierzył. Chyba czasem mi się to udaje. Dopowiem tu tylko pewną anegdotę związaną właśnie z Jezioranami, gdzie gram czarny charakter czyli Heńka Wilczewskiego. W latach sześćdziesiątych uśmiercono moją powieściową żonę, która prywatnie wyjechała do USA. Niedługo później otrzymałem list, w którym nauczycielka pewnego miasteczka złożyła mi całkiem poważną matrymonialną ofertę... Radio poza mówieniem prawdy wymaga ogromnej rutyny, oraz tego wszystkiego o czym wcześniej powiedziałem.

Czy to prawda, że tak znany aktor jak Pan, nie zawsze jest przez widzów rozpoznawalny?

Miecio Czechowicz już w szkole nam mówił; chłopaki żadnych malowań twarzy, żadnych wąsów, baczków ani czapki, bo inaczej ludzie was nie rozpoznają. A ja poprzez setki ról właśnie zawsze sobie coś przyklejałem, może dlatego bardzo rzadko na ulicy jestem rozpoznawany. Natomiast bezbłędnie rozpoznawalny jest mój głos.

Na zakończenie naszej rozmowy chciałabym zapytać o najpiękniejszy moment Pańskiej kariery.

Przez 50-lat mojej artystycznej pracy może zdarzyły się trzy takie momenty, że schodząc ze sceny, byłem całkowicie pewny, że byłem tym człowiekiem, którego grałem. W tej chwili pracuję także w teatrze Syrena, gdzie występuję z bardzo młodym zespołem, który nieustannie okazuje mi wiele życzliwości i sympatii. Jest to jedna z milszych moich przygód życia zawodowego. Trzeci taki miły moment kojarzy mi się z pobytem w Kanadzie, do której wyjechałem razem z Anną Seniuk. Graliśmy tam w sztuce pt: ”Odchodził mężczyzna od kobiety”. W Ottawie, po spektaklu zaprosiła nas do siebie polska rodzina restauratorów, która przyjęła nas po królewsku. Mało tego pamiętali także, o czym ja sam zapomniałem, że mija moja kolejna okrągła rocznica pracy w teatrze. Przeżyliśmy tam wiele wspaniałych chwil, na które również złożyły się gorące i życzliwe dyskusje po przedstawieniu z cudowną publicznością.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki