Logo Przewdonik Katolicki

Zwyciężyła moja inność

Jadwiga Knie-Górna
Fot.

Rozmowa z Romanem Kłosowskim, aktorem Zadebiutował Pan w teatrze w 1954 roku rolą Frania w Szczęściu Frania. Filmowy debiut nastąpił rok później w filmie Cień. Ale proszę powiedzieć, co zadecydowało o tym, że wybrał Pan zawód aktora? Jak to zwykle bywa, do aktorstwa trafiłem na drodze szczęścia, przypadku i danego czasu. Urodziłem się w Białej Podlaskiej. Gdy miałem...

Rozmowa z Romanem Kłosowskim, aktorem

Zadebiutował Pan w teatrze w 1954 roku rolą Frania w Szczęściu Frania. Filmowy debiut nastąpił rok później w filmie Cień. Ale proszę powiedzieć, co zadecydowało o tym, że wybrał Pan zawód aktora?

– Jak to zwykle bywa, do aktorstwa trafiłem na drodze szczęścia, przypadku i danego czasu. Urodziłem się w Białej Podlaskiej. Gdy miałem dziesięć lat, rozpoczęła się II wojna światowa. W czasie jej trwania dorastałem i brałem udział w tajnych kompletach. Biała Podlaska posiadała bardzo dobre tradycje gimnazjalne; ja chodziłem do gimnazjum im. J. I. Kraszewskiego, gdzie wielu wspaniałych pedagogów zaszczepiło w nas miłość do teatru. Mimo, że byłem bardzo trudnym i niesfornym młodzieńcem, teatr mnie zafascynował do tego stopnia, że zacząłem brać udział w różnych szkolnych przedstawieniach. Wspierany miejscową opinią, iż jestem stworzony na aktora, po różnych perypetiach wyruszyłem do Warszawy. Tam dzięki swojej inności, bo przecież nie byłem typowym kandydatem na aktora (raczej wprost przeciwnie), a także niewielkiemu tupetowi, za pierwszym podejściem udało mi się dostać do Państwowej Wyższej Szkoły Aktorskiej. Dyrektorem jej był wówczas Aleksander Zelwerowicz, który spoglądając na mnie, stwierdził: „proszę pana, pan jest u nas szczególnym wydarzeniem, bowiem po raz pierwszy do tej szkoły aktorskiej dostał się człowiek o tak nikczemnej posturze”. Studiowałem z gromadą wspaniałych kolegów, jak chociażby: Ignacym Gogolewskim, Janiną Traczykówną czy Lucyną Winnicką. Rok później przybyli do nas Wiesiu Gołas, Mietek Czechowicz, Franek Pieczka, potem także doszedł Janek Matyjaszkiewicz, Janek Kobuszewski i Zbigniew Zapasiewicz.
Natomiast nie do końca jest prawdą, że zadebiutowałem w Cieniu, bowiem już na III roku szkoły teatralnej zagrałem w filmie dyplomowym Konrada Nałęckiego oraz Ewy i Czesława Petelskich. Składał się on z trzech niezależnych nowel, w jednej z nich zagrałem junaka. Tytuł jej brzmiał bardzo charakterystycznie dla tamtej epoki – Cena betonu.

W Szczecinie, do którego wyjechał Pan zaraz po ukończeniu szkoły w 1953 roku, spotkał Pan ówczesnego dyrektora Teatru Narodowego – Emila Haberskiego, który odegrał dość ważną rolę w Pańskiej karierze artystycznej.

– To był wspaniały starszy pan, który, jak po raz pierwszy mnie zobaczył, powiedział dość sceptycznie: „wygląda pan nie najlepiej, ale może jakoś to będzie”. I jakoś to było. Gdy Kazimierz Brodzikowski postanowił wystawić Szczęście Frania, byłem jednym z kandydatów do zagrania głównej roli. Odbył się nieformalny casting, w wyniku którego dostałem tę rolę. Pan Haberski, obserwując dość bacznie moje poczynania artystyczne, w końcu zmienił swoje zdanie i już tak bardzo nie narzekał na moje warunki zewnętrzne. Rola Frania przyniosła mi popularność, dzięki której wszystko szczęśliwie dalej się potoczyło. W moim życiu pojawiła się żona Krystyna i wróciłem do Warszawy. Mój powrót nastąpił na prośbę Jana Świderskiego, ówczesnego współdyrektora Teatru Dramatycznego Wojska Polskiego, mieszczącego się w Pałacu Kultury. I tak zaczęła się moja całkiem niezła warszawska dola. Potem przyszedł październik 1956 roku, czas przemian politycznych i kulturalnych, zaczęły powstawać Polska Szkoła Filmowa oraz nowe filmy. Jako chłopak posiadający proletariacki wygląd i zadarty nos, miałem spore szczęście do filmu. Po wspomnianym przez panią Cieniu Jerzego Kawalerowicza otrzymałem cały szereg innych ról. Z tego powodu miałem nawet problemy, bowiem Jan Świderski okrutnie się denerwował, że zaniedbuję teatr dla celuloidowej taśmy.

Podobno miał Pan propozycję zagrania roli Romea i bynajmniej propozycja ta nie była żartem?

– Dyrektor Emil Haberski, który choć początkowo nie miał najlepszego zdania „o mojej urodzie”, to po poznaniu moich zawodowych możliwości, zawołał mnie do siebie, by gorączkowym głosem oznajmić mi: wiesz, mam taki pomysł, żeby wystawić Romea! Na co ja odpowiedziałam – bardzo pięknie, ale z kim? Ku mojemu wielkiemu zdumieniu usłyszałem – z tobą oraz Janiną Traczykówną. Na co ja błagalnym głosem odpowiedziałem – panie dyrektorze, niech mnie pan nie krzywdzi... Suma sumarum w Romeo zagrałem, ale o wiele później, w Warszawie. Romea w reżyserii Lidii Zamkow zagrał piękny młody chłopak Bogusz Bilewski, Julię Janina Traczykówna, ja zagrałem Pietrka.

Jaki wpływ na pańską karierę zawodową miała rola Maliniaka w Czterdziestolatku? Czy Maliniak pomógł w pańskiej karierze, czy raczej jej zaszkodził?

– Powiedziałbym, że nie tyle mi zaszkodził, co raczej zaszufladkował mnie i przysłonił inne moje role. W moim życiu artystycznym wydarzyło się przecież bardzo wiele. Zagrałem m.in. w: Szwejku, Chlestakowie, w Eroice, Bazie ludzi umarłych, Ewa chce spać, Zamachu, zostałem dyrektorem teatru w Łodzi, gdzie zagrałem kilka ważnych ról. Potem nawiązałem współpracę z Andrzejem Kondratiukiem i zagrałem w jego Dziurze w ziemi, filmie, który został nagrodzony w Karlowych Warach, który również spowodował, iż dostałem od naszych południowych sąsiadów propozycję zagrania głównej roli w filmie Ja miłuję, ty miłujesz. Film ten, choć przeleżał na półkach dziesięć lat, ostatecznie zdobył nagrodę Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie. Ja z kolei miałem szczęście kandydować do nagrody głównej tego festiwalu, ale niestety dwoma głosami przegrałem z... Dustinem Hoffmanem. Zagrałem przecież także Ryszarda III oraz Colasa Breugnone’a, a obawiam się, iż w pamięci większości widzów pozostałem – per Maliniakiem.

Niczym odkrywczym nie jest stwierdzenie, że z widza łatwiej jest wycisnąć łzy, niż wywołać szczery śmiech. Panu jednak to się znakomicie udaje.

– Poprzez role, które grałem, jak i warunki zewnętrzne, które otrzymałem, automatycznie zostałem zaszufladkowany do komedii. Właściwie przez długi czas obsadzano mnie tylko w tego typu rolach, aż mnie to zirytowało, bowiem zawsze dążyłem i dążę w swoim zawodzie do pełnego przekazu ludzkich doznań. Dlatego też poszedłem na reżyserię, aby móc przekazać widzom to wszystko, co w mojej duszy gra.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że epizod ani nie ogranicza aktora, ani w niczym mu nie ujmuje, wręcz przeciwnie – wzbogaca go.

– Zagranie pięknego epizodu jest wielką sztuką, bowiem przez krótki moment trzeba ukazać całą skomplikowaną naturę człowieka, wykorzystując swój aktorski kunszt.

Jaka rola wiązała się dla Pana z najtrudniejszym i największym wyzwaniem?

– Chciałbym raczej powiedzieć o roli, która bardzo zaważyła na moim życiu. Rola, którą zagrałem w bardzo trudnym momencie mojego życia, a dzięki której udało mi się powrócić do równowagi psychicznej. Myślę tu o roli Colasa Breugnone’a, który był ulubioną postacią mojego mistrza Aleksandra Zelwerowicza. Jakże mądre i nieustannie aktualne są słowa Colasa Breugnone’a, który mówi – życie trzeba smakować w każdym jego kawałku. Natomiast największym moim aktorskim wyzwaniem była rola Szwejka, który za każdym razem, na nowo, zaskakuje mnie swoją mądrością. Zagrałem go kilka razy i za każdym razem inaczej, bowiem wraz z wiekiem smutniałem przy Szwejku.

Jak Pan sądzi, dlaczego coraz więcej osób uważa, że obecnie z zawodem aktora dzieje się coś bardzo niepokojącego?

– Uważam, że w ogóle z kulturą dzieje się coś niedobrego. Niestety, kultura jest ostatnią pozycją, którą zasila budżet państwa. Aktorzy nigdy nie byli dobrze opłacani, ale z tego naszego nie-dopłacenia kiedyś wznoszono instytucje kulturalne. W tej chwili dla kultury nic się nie buduje, nic się nie robi. Poza tym, starsze pokolenia aktorów miały zapewniony start zawodowy, a dla dzisiejszych absolwentów szkół filmowych i teatralnych brakuje etatów. Nie odpowiada mi również obecna kinomatografia, w której język opisywanej rzeczywistości jest dla mnie nie do przyjęcia. Kultura nie może istnieć bez mecenasa, bez niego zginie, dlatego też nasza kultura umiera.

Czy jest Pan typem romantyka, czy raczej człowiekiem mocno stąpającym po ziemi?

– Nie jestem typem człowieka pragmatycznego, zawsze byłem i jestem człowiekiem szalenie emocjonalnym, idącym za jakimś odruchem. Powiedziałbym nawet, że moje niekonwencjonalne i szczere wypowiedzi często mi szkodziły. Natomiast muszę powiedzieć, że w swoim życiu miałem bardzo dużo szczęścia. W sumie, jak patrzę przez pryzmat swojej prawie 50-letniej pracy artystycznej, to coś mi się udało zrobić, przede wszystkim zrealizowałem bardzo wiele swoich artystycznych marzeń. Oczywiście w życiu nie wszystko udaje się zrobić, to, co by się chciało, ale jestem aktorem rozpoznawalnym, i, nieskromnie mówiąc, lubianym.

A nie dokucza Panu syndrom przemijania?

– Mam 73 lata i pogodzony jestem z faktem, że moje życie przemija. Natomiast nie bardzo mogę się pogodzić z tym, że kiedyś będę musiał przestać pracować. Nie wyobrażam sobie takiego momentu w swoim życiu, że usiądę w fotelu i bezczynnie będę patrzył w sufit.

Od czterdziestu ośmiu lat dzieli Pan wspólne życie z żoną Krystyną. Jedną z zasad Pańskiego małżeństwa są podobno nie tradycyjne ciche dni, ale tak zwane głośne chwile. Czy one pomagają przetrwać trudne chwile wspólnego pożycia?

– Zastana niechęć lub uraz, który nie jest rozładowany, wciąż urasta i przeszkadza w życiu. Natomiast rozładowanie takiej sytuacji jest dla mnie przejawem jakieś tolerancji, która jest niezbędna i bardzo potrzebna w każdym małżeństwie. To jest jakaś umiejętność wybaczenia sobie, a te głośne chwile właśnie to powodują. W małżeństwie istnieje miłość, namiętność, serdeczność, ale najważniejsza wydaje mi się przyjaźń oraz umiejętność wspólnego starzenia się. Wówczas nawet wspólne ciągłe poszukiwanie kapci czy też okularów nie jest tak uciążliwe.

Przeżywamy radosny okres Świąt Bożego Narodzenia. Czy w Pańskim życiu była taka Wigilia, która w jakiś szczególny sposób zapisała się w Pańskiej pamięci?

– Tak, była taka Wigilia, którą przeżywaliśmy podczas okupacji. Moja siostra wyjechała do Warszawy i niestety nie mieliśmy o niej żadnych wieści. Pełni niepokoju zebraliśmy się przy wigilijnym stole, który pamiętam bardzo dokładnie, jak i stojące przy nim puste krzesło mojej siostry oraz wolne czekające na nią nakrycie... To, co wówczas działo się w moim sercu, bardzo trudno mi teraz wyrazić.

Dziękuje za rozmowę

Zdjęcia i tekst
Jadwiga Knie-Górna

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki