Polska, podobnie jak Włochy, postrzegana jest jako kraj katolicki. Jednocześnie wielu Polaków, wbrew nauczaniu papieża Franciszka i biskupów, niechętnie odnosi się do migrantów. Skąd się bierze ta niekonsekwencja?
– To zjawisko nie dotyczy tylko Polski. Claude Lévi-Strauss, ojciec antropologii, badał społeczności na całym świecie i zauważył, że każda kultura ma swoje określenia dla obcych – nazywa ich „nieludźmi”, „wrogami”, „nie z naszej wioski”. Strach przed przybyszem jest antropologiczny, jest częścią każdej kultury. To jednak nie oznacza, że te obawy są prawdziwe. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś je wzmacnia i buduje wokół nich narrację, która nie odpowiada rzeczywistości, a mimo to staje się dominującą opowieścią. W czasach mediów cyfrowych, agresywnej polityki i wojen jesteśmy jeszcze bardziej narażeni na proste, przekonujące narracje, które jednak mijają się z prawdą.
Lęk przed obcym jest uniwersalną postawą?
– W socjologii znane jest porównanie do przedziału kolejowego. Na początku siedzą dwie osoby, dołącza trzecia – wszystko jest w porządku. Kiedy przychodzi czwarta, zaczynają się niewygody. Przy piątej robi się tłoczno. A gdy pojawia się szósta, cała piątka automatycznie jednoczy się przeciwko niej. Nie dlatego, że ta szósta osoba jest gorsza – gdyby przyszła jako trzecia, zostałaby przyjęta serdecznie. Tak działa ten mechanizm społeczny i to on jest problemem, nie obca osoba.
Ewangelia idzie w kontrze do tego mechanizmu.
– Tak, Ewangelia stawia sprawę jasno. W 25. rozdziale Ewangelii według św. Mateusza Jezus mówi: „Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie”. To nie jest dodatek do wiary, ale jej centrum. Ten fragment Ewangelii opisuje, co będzie się działo w trakcie sądu ostatecznego. Jezus przypomina w nim, z czego będziemy sądzeni, mówiąc: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnie uczyniliście”. W innym miejscu Jezus mówi: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół” – i owszem, to jest ekstremalnie trudne, ale On to powiedział i zrobił, przebaczając na krzyżu swoim prześladowcom. Papież Franciszek na Lampedusie przypominał o tym od początku swojego pontyfikatu, wzywając do przezwyciężenia „globalizacji obojętności”. Oczywiście spotykał się przez to z dużym oporem, również wewnątrz Kościoła. Niektórzy oskarżali go, że sprowadzał Kościół do roli organizacji pozarządowej. Tymczasem on po prostu przypominał, że 25. rozdział Ewangelii św. Mateusza nie jest manifestem NGO, tylko sercem Ewangelii.
Z papieżem nie we wszystkim trzeba się zgadzać.
– Po śmierci Franciszka nic się w tym zakresie nie zmieniło. Ci, którzy w dobrej wierze myśleli inaczej, w rzeczywistości nie byli posłuszni papieżowi. Problem w tym, że nie ma „następnego” i „poprzedniego” papieża. Jesteśmy winni posłuszeństwo obecnemu następcy św. Piotra, to jest jedna z różnic między katolikami a protestantami. I jeśli wewnątrz Kościoła dobrzy chrześcijanie, albo nawet biskupi, zaczynają traktować papieża jak publicystę, opiniodawcę, który wyraża swój punkt widzenia, a oni na temat wszystkiego, co nie jest zgodne z ich punktem widzenia, mówią: „Z tym się nie zgadzam, z tym mam problem”, to wciąż mają obowiązek być mu posłuszni, bo jest następcą św. Piotra, wybranego przez samego Jezusa! Niestety, w ostatnich 10–15 latach postawa nieposłuszeństwa stała się szczególnie wyraźna. Świat, kierując się interesami często sprzecznymi z interesami Kościoła, zaczął przedstawiać papieża tak, jakby był tylko komentatorem, a w ślad za nim niektórzy wewnątrz zaczęli robić to samo.
Krytycy powołują się na tzw. ordo caritatis – porządek miłości. Twierdzą, że najpierw powinniśmy troszczyć się o rodzinę, wspólnotę, naród, a dopiero na końcu o obcych.
– To uproszczona interpretacja. O idei ordo caritatis mówił m.in. J.D. Vance. Osobą, która zwróciła mu uwagę, że nie o to chodziło św. Augustynowi, był kardynał Prevost, obecny papież Leon XIV. Był generałem zakonu augustianów, synów św. Augustyna, myślę więc, że miał pojęcie o jego nauczaniu. Ordo caritatis było próbą interpretacji Ewangelii, ale sama Ewangelia nie zna hierarchii w rodzaju: „najpierw moja rodzina, potem mój naród”. Taki porządek nie istnieje – jest po prostu caritas, czyli miłość, która odnosi się do każdego człowieka i ma charakter uniwersalny. Jezus w 10. rozdziale Ewangelii według św. Mateusza mówi wprost: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”. A zatem w samej Ewangelii znajdujemy odpowiedź na ideę ordo caritatis. To jest dobry sposób na utrzymanie jedności w społeczeństwie, ale to nadbudowa Ewangelii. To, co bywa przedstawiane jako porządek miłości, może być użyteczne jako narzędzie porządkowania życia społecznego, ale jest nadbudową wobec Ewangelii i nie stanowi jej istoty.
A przecież kochanie mojej żony nie jest sprzeczne z kochaniem moich dzieci, tak samo jak kochanie moich dzieci nie stoi w sprzeczności z miłością do bezdomnych.
W jaki sposób zamknięcie się tylko w rodzinie prowadzi do kryzysu?
– Jednym z powodów kryzysu rodziny w krajach Zachodu jest to, że myślimy wyłącznie o sobie. Wychowujemy dzieci bez poczucia odpowiedzialności wobec społeczeństwa i wobec innych ludzi, którzy potrzebują pomocy. To właśnie osłabia nasze rodziny, dławi je od środka. Moim zdaniem jednym z największych problemów społeczeństw świata zachodniego, a w gruncie rzeczy całego świata, jest traktowanie osób starszych jak odpadów. Papież Franciszek mówił o cultura de la scarto (kulturze odrzucenia), w której ludzie stają się odpadami. Zygmunt Bauman w Życiu na przemiał mówił, że dla społeczeństw konsumpcyjnych jest naturalnym, że krok po kroku to ludzie stają się odpadami. Tak dzieje się z migrantami, ale można o tym myśleć szerzej – w dobie sztucznej inteligencji nawet pracownicy stają się odpadami.
Chciałbym podać przykład, który nie dotyczy migrantów. W wielu krajach Zachodu osoby starsze, nawet w dobrym stanie fizycznym, umieszcza się w instytucjach – domach opieki czy domach spokojnej starości. W takich miejscach z wolna tracisz tożsamość, nie masz dostępu do zdjęć, przyjaciół, rodziny, kiedy chcesz się pomodlić, nikt ci nie towarzyszy. A młodzi widzą i uczą się, że dziadków oddaje się do takich instytucji i czują, że taki los czeka również ich. Budujemy bezlitosne społeczeństwo, zaczynając właśnie od myślenia: najpierw ja, najpierw moje potrzeby, potem inni, mniej ważni. Prawdziwa troska o nasze rodziny polega na trosce o wartości. A wśród tych wartości jest również solidarność bez granic – nie tylko w obrębie własnej wspólnoty, ale i wobec ludzi spoza niej. Pewnie myślisz, że to trochę naiwne?
Na tyle, na ile naiwna jest Ewangelia. Ale nie chciałbym, żebyśmy ugrzęźli w abstrakcji, Ewangelia przecież pokazuje nam bardzo konkretne, praktyczne obrazy.
– Dokładnie tak było w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Samarytanin był dla Żydów kimś obcym, wrogiem, kimś odrzuconym. A jednak zatrzymał się przy pobitym człowieku, opatrzył jego rany, zawiózł go do gospody i zapłacił za jego opiekę. W ikonografii prawosławnej istnieje piękny obraz, na którym Samarytanin i pobity mają tę samą twarz. To znak, że w każdym cierpiącym spotykamy Chrystusa.
Ta scena pozostaje dla mnie inspiracją: jeśli potrafimy otworzyć się na innych, również tych spoza naszej rodziny czy wspólnoty, to ocalimy nie tylko nasze rodziny, ale i parafie, wspólnoty lokalne, a wreszcie samą duszę narodu. To właśnie jest prawdziwa solidarność bez granic.
Skąd więc bierze się tak silny lęk przed migrantami?
– Tak naprawdę dlatego, że są inni. Mają inną kulturę, religię, kolor skóry. To rodzi obawy, czasem uzasadnione, gdy zdarzają się przypadki agresji. Ale politycy i media chętnie ten strach podsycają. Czasem myślimy, że tracimy własną tożsamość, przyjmując obcych, ale jest dokładnie odwrotnie. Największym zagrożeniem dla naszej tożsamości nie jest obcy, jesteśmy nim my sami – to, że stopniowo tracimy własną tożsamość, korzenie i wiarę. Polska przez wieki była jednym z najbardziej wielokulturowych krajów Europy, to jest również część jej historii. Zatem dzisiejsze narracje o jednolitej etnicznie i kulturowo Polsce są po prostu zafałszowaniem jej tradycji. To nie jest prawdziwa Polska.
Tak zwany patriotyzm, czy raczej nacjonalizm, który opiera się na strachu przed innymi i zamykaniu granic, nie jest prawdziwie polski. To raczej „etno-katolicyzm”: katolicyzm etniczny, który w imię rzekomej tradycji sprzeciwia się papieżowi, a w rzeczywistości odcina się od źródeł tradycji. To katolicyzm, który zamiast Ewangelii i posłuszeństwa papieżowi wybiera konsumpcjonizm i indywidualizm. Dlatego jeśli mam wybierać – wybieram Ewangelię i papieża, a nie etniczną wersję katolicyzmu.
Mówi Pan, że sami tracimy tożsamość przez zamykanie się na innych. Zapytam więc nieco konkretniej o ideę, której jest Pan promotorem, czyli o korytarze humanitarne. Czy to sposób na otwarcie się na innych i odzyskiwanie tożsamości?
– Tak. Przypomnę historię sprzed lat: zdjęcie trzyletniego chłopca, który utonął podczas próby przedostania się do Europy. To dziecko trzeba było ratować – tu nie ma miejsca na kalkulację. Dyskutowałem o tym publicznie z włoskim politykiem Matteo Salvinim. Spytałem: „Czy jeśli dziecko tonie, należy je ratować?”. Odpowiedział: „Winni są ci, którzy je tam wysłali”. Ale to nie jest odpowiedź. Najpierw trzeba ratować człowieka, a potem zajmować się przyczynami. Problem w tym, że migracja stała się wygodnym tematem zastępczym. Politycy, którzy nie mają realnego programu, straszą uchodźcami. Inni, bojąc się utraty poparcia, robią to samo. To absurdalne, ale powszechne.
Małe dziecko nikomu nie zagraża, ale dobrze wiemy, że migranci bywają instrumentalizowani w tzw. wojnie hybrydowej. Czy otworzenie szeroko ramion w geście zaproszenia nie będzie gestem naiwności?
– Nie, to nie naiwność. To jedyna droga. Owszem, migranci bywają wykorzystywani w wojnach hybrydowych – ale to nie oni są winni, tylko ci, którzy ich instrumentalizują. Na migrację trzeba patrzeć jak na zjawisko strukturalne, nie doraźny kryzys. Europa starzeje się i wyludnia. Bez migrantów Włochy czy Polska w ciągu dekady stracą miliony mieszkańców. Zamykanie się nie rozwiąże problemu – to mit, który już w przeszłości doprowadził do wojen.
Jak działają korytarze humanitarne?
– To inicjatywa Wspólnoty Sant’Egidio. Polega na tym, że państwa w ramach Schengen mogą dobrowolnie przyjąć ograniczoną liczbę uchodźców – tych najbardziej potrzebujących – i zapewnić im bezpieczny przyjazd. Wspólnota odpowiada za ich utrzymanie, zakwaterowanie i integrację. Przed przyjazdem organizuje się tzw. matching: wolontariusze znajdują mieszkania, szkoły dla dzieci, przygotowują lokalną społeczność. Po przylocie rodziny są od razu objęte opieką. Dzieci po kilku dniach chodzą do szkoły, rodzice uczą się języka, szukają pracy. To nie jest projekt bezproblemowy, ale w 90 proc. przypadków działa dobrze. Co więcej, angażuje lokalną społeczność, która na nowo odkrywa własną tożsamość – chrześcijańską, humanistyczną, europejską.
I to faktycznie zmienia postawę ludzi na bardziej otwartą?
– Gdziekolwiek byłem, spotykałem wspólnoty, które dzięki inicjatywie korytarzy humanitarnych na nowo odkrywały swoją tożsamość. W jednej z włoskich parafii starszy sąsiad, który początkowo protestował przeciwko syryjskiej rodzinie, po dwóch tygodniach odprowadzał ich dzieci do szkoły. Ludzie odkrywają, że uchodźcy to po prostu inni ludzie.
A dzięki współpracy można bardzo wiele zyskać. Dobrym przykładem jest południe Francji, region, gdzie produkuje się słynny ser Comté – niemal tak znany jak parmezan. To kraina górska, od wieków budowana na współpracy i wymianie. Dawniej, gdy mężczyźni wyruszali na wojny, ich miejsce zajmowali szwajcarscy chłopi. To oni wprowadzili sztukę wyrobu sera i nauczyli miejscowych, że można wspólnym wysiłkiem ocalić coś, co samodzielnie zostałoby zmarnowane. Zamiast pozwolić, by mleko się zepsuło, ludzie łączyli siły, zbierali je razem i przetwarzali – tworząc produkt, który stał się symbolem regionu. Comté nie jest więc tylko serem, ale także owocem solidarności i gościnności.
Jak takie dawne doświadczenia przekładają się na konkretne gesty wobec uchodźców?
– We Włoszech znam przykład wspólnoty zakonnej, która przyjęła pod swój dach rodzinę uchodźców. Mnisi nie tylko zapewnili im mieszkanie, ale wręcz zaczęli zastępować rodziców w codziennych obowiązkach – jeden z nich chodził do szkoły rozmawiać z nauczycielami tak, jak czyniłaby to matka. Nie tworzyli sytuacji nierealnych ani sztucznych, ale bardzo konkretne, ludzkie rozwiązania.
Ten przykład pokazuje, że gościnność nie jest luksusem ani abstrakcją. Jest powrotem do tego, co stanowi fundament naszej kultury – do solidarności, która pozwala ludziom nie tylko przetrwać, ale i odnaleźć swoją tożsamość.
Mario Marazziti
Dziennikarz, członek Wspólnoty Sant’Egidio, jeden z inicjatorów korytarzy humanitarnych, były poseł do włoskiego parlamentu
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















