Od katastrofy promu Jan Heweliusz minęło już przeszło trzydzieści lat. Wydarzenie to wciąż jest jednak żywe w zbiorowej pamięci i wyobraźni Polaków – popularność serialu Netfliksa poświęconego zatonięciu tego promu nie jest więc ani przypadkiem, ani zaskoczeniem.
Tryumfy i dramaty
Zapewne większość z nas, zapytana o najważniejsze daty w historii naszego kraju, wymieniłaby te, w których miejsce miały najważniejsze bitwy (na czele z tą pod Grunwaldem, którą umiejscowić w czasie potrafi nawet ktoś, kto zwykle spał na lekcjach historii), powstania, transformacja ustrojowa, a może także wstąpienie Polski do NATO czy Unii Europejskiej. Historię ojczyzny opowiadamy zwykle przez pryzmat zwycięstw lub zbrojnych porażek. Są to momenty, w których Polacy – przynajmniej ich część – zachowywali sprawczość i realizowali polityczne cele. Po drugiej stronie „sprawczościowego wahadła” znajdują się jednak zgoła inne wydarzenia: narodowe katastrofy i dramaty, w których ludzie tracili życie i zdrowie nie dla wielkiej idei, lecz dlatego, że coś nie zadziałało zgodnie z planem, ktoś zlekceważył procedury bezpieczeństwa, a jeszcze inna osoba lub instytucja zareagowała zbyt późno. Opowieści o katastrofach są – z pewnymi wyjątkami – mniej romantyczne niż historie niepodległościowych zrywów i w przeciwieństwie do nich nie napawają nas dumą, lecz frustracją i smutkiem (a czasami również wstydem). Bezsensowne i nagłe śmierci wielu osób wywołują lęk i niezgodę, nie „stymulując” przy tym uczuć patriotycznych – pomijanie ich w historiozoficznych narracjach byłoby jednak niezmiernie szkodliwe i niebezpieczne. Koszmarne wypadki, takie jak pożar rafinerii w Czechowicach, zderzenie czołowe pociągów pod Szczekocinami czy rozbicie się samolotu w Lesie Kabackim należy przechowywać w zbiorowej pamięci – nie po to, aby je romantyzować i doszukiwać się w nich patosu, lecz po to, by wyciągać z nich wnioski na przyszłość. Większości wielkich katastrof, które miały miejsce w ciągu ostatniego stulecia, można było zapobiec lub chociaż osłabić ich niszczycielską siłę. Przeszłości oczywiście nie da się zmienić, a osoby odpowiedzialne za śmiertelne w skutkach zaniedbania często z racji wieku lub nawet własnego odejścia z tego świata nie mogą zostać ukarane – możemy jednak, jako społeczeństwo, dążyć do tego, by pewnych błędów nigdy więcej nie powtórzyć. Przechowywanie w pamięci katastrof i wypadków buduje także poczucie narodowej jedności. To zrozumiałe, że wolimy gromadzić się wokół wielkich zwycięstw i triumfów. Jednak, podobnie jak zgrana rodzina, wspólnota narodowa potrzebuje także być razem w momentach trudnych, rozdzierających – one także budują nasze wspólne DNA. Z tego powodu ostatnie ożywienie pamięci o mającej miejsce w 1993 roku katastrofie promu Jan Heweliusz jest zjawiskiem korzystnym dla naszego społeczeństwa – choć jest to dramat nieco inny niż większość katastrof ostatnich dekad.
Romantyczna zagłada
Nasze postrzeganie zbiorowych dramatów i śmierci nie jest kształtowane wyłącznie przez liczbę ofiar czy mechanizmy, które doprowadziły do odejścia ich z tego świata. Na działanie naszej percepcji wpływ ma także socjalizacja, osobiste przekonania, ale i – choć to słowo może tu wydawać się nie do końca adekwatne – estetyka tragedii. Trudno byłoby zaprzeczyć, że katastrofy morskie, o wiele bardziej niż kolejowe czy samochodowe, zawierają w sobie pewien posępny romantyzm. Nie trzeba być oczywiście człowiekiem morza, by zdawać sobie sprawę z tego, że dzisiejsze wypadki na wodzie i sama żegluga przebiegają inaczej niż w XIX stuleciu. Nowoczesne systemy nawigacyjne wyparły ocenę położenia statku opartą na układzie gwiazd, a marynarze bardziej niż syreniego śpiewu i gniewu Neptuna obawiają się konfliktów z armatorami i braku podwyżek. Dzięki rozwojowi łączności nawet w razie poważnego uszkodzenia statku podróżujący na nim ludzie nie dryfują po morskich falach niczym załoga „Tratwy Meduzy”, lecz mogą liczyć na pomoc profesjonalnych służb ratunkowych. Zmiana warunków, w jakich odbywają się morskie podróże, nie zmieniła jednak zasadniczo zbiorowego postrzegania katastrof na wodzie jako zjawiska niezwykle mrocznego, fascynującego i symbolicznego zarazem. Wizja ludzi walczących z żywiołem i rozpaczliwie wzywających pomocy, a także elementy morskiego etosu (chociażby motyw kapitana, któremu honor nakazuje ratować się na samym końcu) przerażają nas i pociągają jednocześnie. Okrutny los, który spotkał „Heweliusza”, budzi grozę przy jednoczesnym rozpalaniu wyobraźni: jego załoga pod osłoną nocy mierzyła się z wichurą i sztormem, jakie właściwie nie mają miejsca na Bałtyku, rozbitkowie długo oczekujący na pomoc próbowali ratować siebie nawzajem, a kapitan niczym romantyczny żeglarz (i człowiek przestrzegający morskiego kodeksu) do końca pozostał na mostku. Pełna rozmachu realizacja scen katastroficznych przez twórców serialu sprawiła, że widzowie otrzymują to, co na myśl o tym i podobnych wydarzeniach podpowiada im wyobraźnia: pełen skrajnych emocji teatr grozy, poruszający morski danse macabre. Zaczynem sukcesu netfliksowego Heweliusza jest zatem sama niezwykła w swoim dramatyzmie historia, którą następnie starannie (i kosztownie) przełożono na język filmu. Obraz ten jawi się nam również jako filmowa parabola – ostrzeżenie przed chciwością i spokrewnioną z nią brawurą.
Dwie batalie
Bądźmy szczerzy sami ze sobą: serialu o „Heweliuszu” czy filmów i podcastów o innych katastrofach nie oglądamy wyłącznie po to, by przyjąć pouczenia i przestrogi serwowane przez scenarzystów, ani też nie tylko po to, by opłakiwać ofiary. Podobnie jak w przypadku podcastów i seriali z gatunku true crime, popularność tekstów kultury osnutych wokół historii prawdziwych katastrof budzi pewne wątpliwości etyczne: czy cierpienie ofiar i ich rodzin powinno stawać się rozrywką, wręcz „hitem” platformy streamingowej? W jaki sposób należy opowiadać o śmierci niewinnych osób, by uszanować pamięć o nich, a z drugiej – by obraz był atrakcyjny, zdolny do przykucia uwagi widza? Nie sądzę, aby dało się na takie pytania znaleźć jednoznaczne odpowiedzi – dobrą praktyką może być jednak poszukiwanie ich razem z bliskimi ofiar, którzy chcą na ten temat rozmawiać. Dla niektórych osób z otoczenia ofiar katastrof fakt tworzenia popkulturowego serialu czy książki opowiadających o tragediach sprzed lat może oznaczać bolesne otwieranie starych, ale wciąż słabo zabliźnionych ran. Szczególnie drażniący dla rodzin, partnerów czy przyjaciół zmarłych bywa fakt monetyzacji (czasami bardzo obfitej) tego typu historii. Istnieje jednak także inna perspektywa: serial, książka czy podcast są formą upamiętnienia nie tylko samej tragedii, ale także życia czy mężnej postawy przedwcześnie zmarłego. Dodatkowo, głośne teksty mogą też stawać się głosem wołającego o sprawiedliwość, jeśli ofiary i ich rodziny jej nie uświadczyły. Historia „Heweliusza” jest zresztą jedną z tych, które wiele osób znających sprawę uważa za nierozwiązaną do końca. Pierwszą odsłoną dramatu była, co oczywiste, walka ze wzburzonym morzem, zaś drugą – batalia z systemem sądownictwa, żywiołem nieprzejrzystych zależności, korupcji i uwikłania w lęk. Opowieść o systemowej niesprawiedliwości, z którą spotkały się rodziny niektórych ofiar, stanowi swego rodzaju zadośćuczynienie i próbę przywrócenia im dobrego imienia. Z filmoznawczego punktu widzenia wiemy doskonale (co najmniej od czasów Dwunastu gniewnych ludzi), że dramaty sądowe i opowieści o systemie sprawiedliwości (bądź niesprawiedliwości) potrafią przykuć uwagę widza i wyzwalać w nim silne emocje, co nierzadko przekłada się na komercyjny sukces produkcji. Oczywiście „rodzicami chrzestnymi” tego sukcesu są znakomicie wykonujący swoją pracę aktorzy i charakteryzatorzy: Magdalena Różczka i Justyna Wasilewska w rolach świeżo owdowiałych i jednocześnie pełnych determinacji kobiet czy Joachim Lamża jako cyniczny wiceminister czynią Heweliusza widowiskiem więcej niż poruszającym.
Łatwość wyrokowania
Powrót do katastrof sprzed lat, który dokonuje się za sprawą filmów czy książek, może również umożliwiać dociekliwym odbiorcom lepsze zrozumienie emocji i motywacji osób dotkniętych nieszczęściem, a niekiedy także przeżycie katharsis. Heweliusz i inne produkcje, traktujące o dramatach rozgrywających się przed laty, łączą z jednej strony wgląd w obyczaje i estetykę wcześniejszych lat (fenomenalnie sentymentalna jest w Heweliuszu scena wrzucania żetonu do budki telefonicznej przez wdowę po kapitanie!) z uniwersalnym przekazem ostrzegającym przed „bylejakością”. Lekceważenie procedur bezpieczeństwa, skupienie na zysku, zamiast na unikaniu oczywistych zagrożeń, pośpiech i uleganie rutynie bywało dramatyczne w skutkach w latach 90. i 2000. (wystarczy wspomnieć katastrofę budowlaną na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich) i może być takie obecnie. Uważna refleksja na temat przeszłych tragedii – o ile nie zawiedzie nas w kierunku teorii spiskowych – może w bolesny sposób przypomnieć o konieczności dbania o siebie nawzajem i respektowaniu praw fizyki oraz natury. Socjopatyczne skupienie jedynie na zarobkowaniu przyczynia się nie tylko do wzrostu gospodarczego, ale i do wzrostu liczby wdów, sierot i rodziców opłakujących swoje dzieci. Kino, nawet wybitne, raczej nie nauczy nas jednak wrażliwości, jeśli do tej pory nam jej brakowało – może jednak uruchomić zasoby współczucia i wyrozumiałości choćby na chwilę. Zjawisko uczuciowego angażowania się w przeżycia bohaterów (oraz antybohaterów) i poznawanie ich perspektywy posiada jednak również drugą stronę: może wywoływać pokusę bezwzględnego oceniania postępowania ludzi, którzy znaleźli się w dramatycznych okolicznościach. Ferowanie wyroków, a także prowadzenie prywatnych „śledztw” przychodzi nam bardzo łatwo – po części za sprawą internetu. Opinie oparte jedynie na domysłach i pogłoskach mogą jednak być nie tylko oddalone od rzeczywistości, ale także krzywdzące dla osób bezpośrednio zaangażowanych w sprawę.
Odkrywanie tajemniczych i wielowymiarowych historii o dramatach ludzi podobnych – przynajmniej po części – do nas ma potencjał, by uczynić nas bardziej ostrożnymi i odpowiedzialnymi. Zredukowanie ich jedynie do roli intrygującej fabuły może stępić naszą wrażliwość, bez której nie ma mowy o budowaniu zdrowego, solidarnego społeczeństwa. Nie pozwólmy więc samym sobie zapomnieć, że inspirowane prawdziwymi tragediami seriale oznaczone na platformach jako „mroczne, trzymające w napięciu” to również fragmenty najbardziej ponurych wspomnień prawdziwych osób.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















