Radość, która prowadzi dalej. Nie zatrzymuj się w połowie drogi

W Niedzielę Lætare antyfonę na wejście rozpoczyna wezwanie: Lætare Ierusalem – „Raduj się, Jerozolimo”. Dlatego myślę, że warto postawić sobie pytanie, czym właściwie jest radość.
Czyta się kilka minut
Fresk przedstawiający ostatnią wieczerzę na suficie Ciemnego Kościoła (Karanlik Kilise) w Göreme w Kapadocji, Turcja fot. Santiago Urquijo/ Getty Images
Fresk przedstawiający ostatnią wieczerzę na suficie Ciemnego Kościoła (Karanlik Kilise) w Göreme w Kapadocji, Turcja fot. Santiago Urquijo/ Getty Images

Oczywiście najprostsze rzeczy najtrudniej jest opisać, co świetnie oddaje definicja zwierzęcia pociągowego z osiemnastowiecznej encyklopedii: „Koń, jaki jest, każdy widzi” (Benedykt Chmielowski, Nowe Ateny). Czy mamy więc pozostać na stwierdzeniu: radość, jaka jest, każdy czuje? Właśnie: czy jest to tylko reakcja emocjonalna? Medycy pewnie rzuciliby w tym temacie kilka mądrze brzmiących nazw hormonów i neuroprzekaźników, neurobiolodzy opowiedzieliby o aktywności określonych obszarów w mózgu, mnie jednak dręczy przekonanie, że to nie wyczerpuje tematu. Dlatego uzupełnię te źródła o dane z autobiografii C.S. Lewisa.

Słodko-gorzki smak

„Wszystkie te wydarzenia miały cechę wspólną: przynosiły ze sobą niezaspokojone pragnienie, które samo w sobie było godniejsze pożądania niż cokolwiek, co mogłoby je zaspokoić. Taki właśnie stan nazywam Radością. (…) Wątpię, czy ktoś, kto go raz doświadczył, chciałby, gdyby było to w jego mocy, zamienić jedną chwilę Radości na wszystkie przyjemności świata. Radość jednak, inaczej niż przyjemność, nigdy nie zjawia się na zawołanie” (C.S. Lewis, Zaskoczony Radością). W tym opisie stan ten przypomina bardziej tęsknotę, ale żeby dobrze zrozumieć autora Opowieści z Narnii, trzeba wziąć pod uwagę to, że z natury był on romantykiem: człowiekiem wielkich pragnień, otwartości na to, co nie do końca uchwytne w naukowej terminologii, wreszcie szlachetnym i ceniącym wysokie wartości, które nie są na wyciągnięcie ręki. Dla kogoś takiego opisane tu pragnienie było jak słyszane z oddali wołanie znajomego, kochanego głosu. Już sam jego dźwięk budzi w nas ożywienie i podnosi wewnętrznie, rodzi się więc pokusa, by jedynie stać, słuchać i cieszyć się tym, że się to słyszy.

Radość jednak nie jest czymś, na czym mamy się zatrzymać, i to stanowi istotną część jej opisu. Zresztą pod koniec autobiografii Lewis pisze o tym stanie następująco: „Muszę przyznać, że temat ten prawie zupełnie przestał mnie interesować, odkąd zostałem chrześcijaninem. (…) Teraz wiem, że doświadczenie to, jako stan mego umysłu, nie miało nigdy znaczenia, które mu kiedyś przypisywałem. Było ważne tylko o tyle, o ile wskazywało mi drogę ku czemuś innemu, na zewnątrz mnie” (tamże). To podsumowanie idealnie oddaje istotę niedzieli świętowanej w połowie Wielkiego Postu: to moment, który budzi radość, bo wskazuje na istnienie, co więcej: bliskość tego, ku czemu dążymy przez ten czas. Nie chodzi o trwanie i rozkoszowanie się tą chwilą, ale dostrzeżenie, czemu służą wszystkie praktyki i wysiłki, które podejmujemy. Może też być głośnym dzwonkiem alarmowym, że warto odnowić albo i na nowo podjąć nawrócenie, jeśli od Środy Popielcowej nie bardzo nam się to udawało. Mamy więc do czynienia ze słodyczą płynącą z nadziei na realizację naszych pragnień połączoną z goryczą płynącą z tego, że cel jest wciąż przed nami. To nie koniec wysiłku, ale Duch na chwilę przegania mgły przesłaniające cel drogi i możemy na nowo odnaleźć sens działań.

W poszukiwaniu głębi

Nie ma przesady w opisywaniu radości jako stanu całego człowieka, a nie jedynie jego emocji. Dowodem na to są sytuacje, kiedy pomimo głębokiego smutku, na przykład żałoby, w głębi serca pozostajemy radośni. Taka sytuacja może nawet budzić poczucie winy, moim zdaniem nieuzasadnione, jeśli ta bardziej wewnętrzna postawa płynie z wdzięczności, bo oprócz ciemności widzimy także dobro. Kluczową rolę odgrywa tu również pamięć, czasem jeszcze miłosierdzie, głównie gotowość do przebaczenia. Przede wszystkim jednak konsekwentne stawianie Boga zawsze na pierwszym miejscu i wołanie do Niego o wsparcie.

Jak to ostatnie wiąże się z radością? Przede wszystkim zdejmuje nam z ramion ciężar odpowiedzialności za całe zło świata (wygenerowana przez nas porcja naprawdę wystarczy) i konieczność zbawiania tego ostatniego. Jeśli ktoś ma tendencje do postawy z drugiej strony spektrum, czyli oczekiwania, że „na koniec dnia” przyjdzie ktoś dorosły i posprząta, odkrycie (na początek) pierwszego przykazania może mu pomóc w dostrzeżeniu, że nikt nie zdejmie z niego odpowiedzialności za podjęte lub zaniechane decyzje, bo Bóg traktuje nas serio i stworzył nas jako wolnych, a więc i odpowiedzialnych.

Trudności z utrzymaniem się na fundamencie

Kluczowe jest przylgnięcie i trwanie przy prawdzie, którą tak oddaje psalm 84: „Szczęśliwi, których moc jest w Tobie, a Twoje ścieżki są w ich sercu (…). Wciąż w siłę wzrastać będą” (Ps 84[83], 6.8). Tu dotykamy jednej z najtrudniejszych do wcielenia w życie chrześcijańskich postaw, której przykład stanowi modlący się w Getsemani Chrystus: przyjęcia z ufnością w Bożą opatrzność także tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się przeczyć wszechmocy lub miłosierdziu Ojca.

Pierwsza trudność polega na roztropnym rozeznaniu, czy to rzeczywiście jest wola Boga, a nie coś, do czego popycha nas pokusa złego, manipulacja ze strony innych, a nawet nasza własna słabość. Jezus był w o tyle lepszej sytuacji, że z doskonałą jasnością wiedział, mimo iż cała Jego ludzka natura była temu przeciwna, że krzyż jest jedyną słuszną drogą – przecież to o Golgocie rozmawiał z Mojżeszem i Eliaszem na górze Tabor, w chwili objawienia apostołom swojej chwały.

Drugą trudnością jest zachowanie w sercu zaufania Bogu, kiedy już wejdziemy w opisane wyżej doświadczenie. Nie oznacza to, że nie mamy prawa spierać się z Nim, skarżyć czy potykać, że nie będziemy tkwili we mgle, bo czasem nawet nie w ciemności, ale mamy się trzymać z uporem desperata postawy zaufania. Przychodzi mi tu na myśl rada, którą często powtarzał ks. Jan Kaczkowski, kiedy pytano go, jak sobie poradzić z doświadczeniem paliatywnego etapu choroby i umierania (parafrazuję): uznaj za pewnik dobroć Boga i to, że On jest po twojej stronie. Rada o tyle cenna, że udzielona przez kogoś, kto z pewnością sam to praktykował. Do tego nie był człowiekiem ze stali czy spiżu – jeden z jego przyjaciół, do którego domu na Podkarpaciu ks. Jan przyjeżdżał, żeby odpocząć, wspominał zdarzające się temu ostatniemu napady paniki. Przychodziły i mijały, jak odbijające się od przybrzeżnej skały fale, bo w głębi chory pozostawał ufny. Myślę, że głównie z tej ufności także płynęła jego zdolność do żartu i traktowania choroby z dystansem, dzięki czemu był świadkiem prawdziwości fragmentu innego psalmu: „Szczęśliwy lud, co umie się radować, chodzi, o Panie, w świetle Twego oblicza. Cieszą się zawsze Twoim imieniem, wywyższa ich Twoja sprawiedliwość” (Ps 89[88], 16–17).

Radość płynie z zaufania, a Bóg nigdy nie zaniedbuje tego, by nam dać do niego podstawy: pozwala nam zachwycić się celem, do którego nas prowadzi, ostrzega przed trudnościami i zapowiada ich nadejście, ale temu zawsze towarzyszy Jego wsparcie. Zwróćcie uwagę, że Jezus za każdym razem, kiedy zapowiada swoją mękę, dodaje także zapowiedź zmartwychwstania, także podczas mowy w Wieczerniku. Jak mawia moja znajoma, chrześcijaństwo jest jak dobry, klasyczny western: garstka dobrych pokonuje zło i wszystko dobrze się kończy. Ktoś o wysublimowanym smaku literacko-medialnym może pogardliwie uznać to za banał, ale w codzienności to właśnie „banalna” (bo kto powiedział, że tak być musi?) przewidywalność dobra jest najpewniejszym źródłem najgłębszej radości.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 11/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Radość