Mądrość memów oraz konsumenckie doświadczenie wskazują jasno, że tuż po dniu Wszystkich Świętych i kupowaniu zniczy przychodzi czas na kuszenie konsumentów świątecznymi artefaktami. Ogromne ilości czerwono-złotych ozdób, wszechobecna rytmiczna muzyka z dzwoneczkami w tle i agresywne kampanie reklamowe powodują u wielu z nas przedświąteczne przebodźcowanie.
Miesięczny festiwal kupowania
W katolickich mediach niemal co roku daje się zaobserwować trend polegający na utyskiwaniu na nadmierną komercjalizację Bożego Narodzenia, która utrudnia duchowe przeżycie tego czasu. Z narzekania na „niedobre czasy” rzadko wynika głęboka zmiana, zaś epoka, w której żyjemy, pod wieloma względami nie powinna być obiektem narzekania – większości z nas żyje się dziś lepiej, niż żyłoby się w wieku XIX! Nie chciałabym – poniekąd z uwagi na osobistą przekorę – przyłączać się do licznego grona krytyków współczesnego stylu celebrowania świąt, jednak… z uwagi na aspekty zarówno duchowe, jak i psychologiczne, częściowo muszę to zrobić. Okołoświąteczna dusząca komercja jest nie tylko karykaturą betlejemskiej ciszy i prostoty, ale także gwałtem dokonywanym na układach nerwowych części Polek i Polaków. Grudniowy przesyt i nadmiar blasku nie tylko uderza w zmysł estetyczny wielu z nas – może on negatywnie odbić się na funkcjonowaniu poznawczym i emocjonalnym ludzi, którzy mają z nim styczność. Zdolność człowieka do bezproblemowego przetwarzania docierających do niego bodźców jest ograniczona. Ciągła konieczność rejestrowania dźwięków i zmieniających się obrazów oznacza trwanie w nieustającej gotowości, co powoduje przeciążenie, wyczerpanie, a czasami także frustrację przyjmującą postać agresji. Większość z nas doświadczyła zapewne poczucia zmęczenia (być może połączonego z bólem głowy i napięciem ciała) po wizycie w centrum handlowym lub po prostu pobycie „na mieście” w okresie zalewu miasta przedświątecznym blichtrem. Gdyby ekspozycja na nadmiar bodźców wizualnych, akustycznych i zapachowych trwała jeden dzień, nasze umysły byłyby w stanie sprawnie zregenerować się po zwiększonym wysiłku – tak jak dzieje się to po hucznym i całonocnym (ale mającym miejsce jedynie co jakiś czas) przyjęciu. Festiwal lśniącego marketingu trwa jednak przez cały grudzień – a w ostatnich latach „rozlewa” się także na listopad. Można więc przyjąć, że przez mniej więcej dwunastą część roku jesteśmy narażeni na przebodźcowanie z powodu „zanieczyszczenia” wizualnego (ang. visual pollution – na temat jego skutków powstało już całkiem sporo naukowych opracowań) i akustycznego. Nieubłaganie pojawiającym się skutkiem takiego stanu rzeczy może być nerwowość, zaburzenia koncentracji, obniżenie nastroju, poczucie zmęczenia, a czasami także obniżenie odporności organizmu. Oczywiście, nie wszyscy w tym samym stopniu będziemy odczuwać wywołany przez szalony marketing dyskomfort: na skutki „zanieczyszczenia” przestrzeni bodźcami szczególnie wrażliwe są małe dzieci, osoby z zaburzeniami lękowymi lub po prostu mające wysoko reaktywny temperament, czy wreszcie osoby w spektrum autyzmu.
Zwyczajność kontra blask
Nie można oczywiście obwiniać specjalistów od marketingu i architektów kampanii reklamowych o wysoką zapadalność na depresję czy zaburzenia lękowe – problemy ze zdrowiem psychicznym mają niemal zawsze złożoną etiologię. Nieustanna ekspozycja na silne bodźce może jednak pogarszać stan osób mających określone predyspozycje – wyczerpanie układu nerwowego, stres i ciągła gotowość do przetwarzania docierających do nas z zewnątrz sygnałów osłabia wszak naszą „psychologiczną odporność”. Wiele reklam żeruje także na ludzkich kompleksach i lęku przed byciem niewystarczającym. Obserwowanie plastycznych, „długich i pięknych” reklam często sugeruje nam, że nasze życie jest nijakie, jałowe, nudne – antidotum na to miałyby być oczywiście zakupy. Potencjalny konsument o niskim poczuciu własnej wartości być może nie będzie mógł pozwolić sobie na zakupienie reklamowanych dóbr – jego umysł nie „pozwoli” mu natomiast zapomnieć o tym, że jest zbyt biedny i słaby, aby zdobyć szczęście i spełnienie. Karmienie narracją o tym, że „zwykli ludzie” (czyli tak naprawdę osoby zatrudniane do uczestnictwa w kampaniach) świętują i żyją piękniej, zdrowiej, bardziej „instagramowo”, dla niejednej zapracowanej i spłacającej kredyty osoby bywa obciążające i głęboko zasmucające. Obrazy błogiej obfitości, które są nam prezentowane od końca listopada do Wigilii, skonfrontowane ze zwyczajnością życia większości z nas, wzbudzają nie tylko poczucie braku konkretnego, reklamowanego produktu, ale także – choć rzecz jasna nie u każdego – myśli o byciu nieudacznikiem i „przegrywem”. Nie można jednak pominąć również faktu, że niemała część z nas po prostu lubi uczestnictwo w świątecznych jarmarkach, wybieranie dekoracji do domu czy świąteczną muzykę, która przenosi nas wspomnieniami do lat dzieciństwa i wczesnej młodości. Gdyby przedświąteczny blask ulic i reklam powodował u nas wyłącznie rozdrażnienie, korporacje nie wydawałyby bajońskich sum na grudniowy marketing – jego czarowi można ulec nawet wtedy, gdy na co dzień ceni się umiar i minimalizm. Jednak nawet dla osób, które doskonale odnajdują się w świecie świątecznych zakupów i przygotowań, zanurzenie w ogromnej ilości bodźców może być przeciążające. Nie jest zatem dobrym pomysłem codzienne udawanie się do centrów handlowych albo na jarmarki – nasz układ nerwowy zasługuje na chwile regeneracji z dala od świateł, hałasów i napierających zewsząd tłumów.
Nadmiar i praca emocjonalna
Grudzień jest również dla większości Polaków miesiącem wymagającym pod względem ekonomicznym. Prezenty wręczamy sobie już nie tylko w wieczór wigilijny i obdarowujemy nimi o wiele więcej osób niż tylko bliską rodzinę, z którą spędzamy święta. Niemal cały ostatni miesiąc roku jest dla nas czasem ciągłych zakupów i zjawiska, które można określić mianem prezentowej czujności – nigdy bowiem nie wiadomo, czy dalsi znajomi, z którymi spotkamy się w połowie grudnia, nie wręczą nam jakiegoś upominku. Należy zatem być przygotowanym i również posiadać w zanadrzu choćby drobny podarunek, a być może nawet wyprzedzić prezentowy atak. Prezentami obsypują się dzieci w szkołach i przedszkolach, pracownicy na spotkaniach opłatkowych, a kosmetyczki czy fryzjerki coraz częściej do rachunku za grudniową wizytę dołączają pilniczek bądź miniaturowe opakowanie odżywki do włosów. Grudzień stał się miesięcznym festiwalem konsumpcji, zaś Adwent dla wielu z nas oznacza oczekiwanie nie tylko na spotkania z rodziną, ale też na ustanie tego szaleństwa i na następną wypłatę. Ogromne ilości otrzymywanych prezentów i ciągłe myślenie o tym, kogo jeszcze i czym powinniśmy obdarować, staje się kolejnym wymiarem przedświątecznego przebodźcowania. Otrzymane breloczki, skarpety i kremy do rąk o zapachu piernika często nie mogą znaleźć swojego miejsca w naszych domach – mieszkania mają wszak ograniczone zdolności do absorbowania kolejnych zbędnych przedmiotów. Nieustanne wybieranie prezentów i składanie się na podarunki dla szefów, wychowawców czy ważnych klientów jest de facto wykonywaniem ciągłej pracy emocjonalnej, która może wyczerpywać nasz układ nerwowy w nie mniejszym stopniu niż tysiące lumenów emitowanych przez podświetlane billboardy. Dla introwertyków czy osób neuroatypowych męczące może być również uczestnictwo w wielu spotkaniach „opłatkowych”, mikołajkach, wigiliach firmowych czy przedświątecznych imprezach. Efektem „opłatkowania”, które potrafi trwać cały grudzień, bywa towarzyski burn-out, czyli totalne wyczerpanie interakcjami z ludźmi i paląca potrzeba przebywania w pojedynkę, co – jeśli posiada się na przykład zobowiązania rodzinne – może być trudne do osiągnięcia. Odczuwanie społecznego wypalenia może zatem negatywnie wpływać na bliskie relacje – kiedy ma się dosyć przebywania między ludźmi, trudno jest wykazać się cierpliwością i łagodnością wobec spragnionych uwagi własnych dzieci czy wnuków.
Jak uciekać przed bodźcami
Czy istnieje skuteczny sposób ucieczki przed okołoświątecznym nadmiarem bodźców, związanych z nawoływaniem do konsumpcji? Dopóki mieszkamy w Europie i wychodzimy – choćby co jakiś czas – z domu, to raczej nie. Całkowite odcięcie się od lampek, agresywnych reklam i płynących z głośników Christmas songs wydaje się zadaniem wręcz karkołomnym. Pewną ulgę może przynieść spędzanie wolnego czasu na łonie natury: w lasach, nad wodą, w parkach (o ile nie zainstalowano w nich rażących jaskrawym światłem zimowo-świątecznych instalacji), albo po prostu w domowym zaciszu. Duch konsumpcyjnych świąt czyha na nas jednak również w mediach: zalane reklamami są nie tylko ulice i centra handlowe, ale i bezdroża internetu. Znów: rada, by odciąć się od mediów, wydaje się buńczuczna i świadcząca o ograniczonym kontakcie z rzeczywistością. Cenne mogłoby natomiast okazać się ograniczenie czasu spędzanego ze smartfonem w ręku czy przed ekranem laptopa oraz ustawienie blokady reklam tam, gdzie to możliwe. Refleksja nad tym, ile energii wkładamy w relacje z elektroniką i jakiej jakości treści pochłaniamy, może być wspaniałym elementem zdobywania wglądu w siebie – zaś świadome zmniejszenie ilości zakupów (również tych online) oraz godzin, podczas których towarzyszą nam media społecznościowe, może być wspaniałym narzędziem samowychowania i autorefleksji na czas Adwentu. Dość miarodajnym sposobem na określenie stopnia naszego „zaangażowania” w relacje ze smartfonami jest weryfikowanie liczby odblokowań urządzenia w ciągu dnia – w wielu modelach telefonów można bardzo łatwo sprawdzić, jak często uruchamiany jest nasz sprzęt. W zachowaniu wewnętrznego spokoju może pomóc również „dawkowanie” sobie świątecznych imprez i przyjęć. Firmy z pewnością nie ogłoszą upadłości, jeśli z uwagi na grudniowy przesyt interakcji nie będziemy uczestniczyć w spotkaniu opłatkowym; odwiedziny u krewnych czy znajomych, jeśli to możliwe, warto natomiast planować w pewnych odstępach – chwile ciszy i samotności są potrzebne niemal każdemu z nas. Ukojenie w okołoświątecznym zgiełku może przynieść także pielęgnacja sfery duchowej: przykładowo, cisza i ciemność, rozpraszana jedynie subtelnym światłem lampionów podczas mszy roratnych, mogą być tym, za co nasz utrudzony mózg będzie nam bardzo wdzięczny.
W ciągu najbliższych lat raczej nie uda się odwrócić trendu marketingowej karnawalizacji Adwentu. Możemy natomiast zadbać o to, by docierający nadmiar bodźców równoważyć chwilami spędzonymi na refleksji i – tak rzadko docenianym – milczeniu.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















