Na nieswoich wodach

Wojna hybrydowa – w obszarze tego pojęcia prezydent Donald Trump czuje się jak ryba w wodzie. Teraz są to wody Morza Karaibskiego, na których Amerykanie walczą z kartelami narkotykowymi.
Czyta się kilka minut
Narkotyki przechwycone przez wenezuelską armię. To przez ten kraj prowadzi szlak, skąd środki odurzające, produkowane przede wszystkim w Kolumbii, docierają ostatecznie do Stanów Zjednoczonych, Wenezuela, 5 września 2022 r. fot. Esteban ROJAS/AFP/ east news
Narkotyki przechwycone przez wenezuelską armię. To przez ten kraj prowadzi szlak, skąd środki odurzające, produkowane przede wszystkim w Kolumbii, docierają ostatecznie do Stanów Zjednoczonych, Wenezuela, 5 września 2022 r. fot. Esteban ROJAS/AFP/ east news

Gdy 1 listopada sekretarz obrony USA Pete Hegseth z dumą pokazywał dziennikarzom film, na którym w niezidentyfikowanej łodzi motorowej, trafionej amerykańskim pociskiem rakietowym, giną trzy osoby, przynajmniej niektórych uczestników tego widowiska musiało ogarnąć zdumienie. Nie chodzi już nawet o sam fakt prezentowania zabijania cywilów przez wojsko na wodach międzynarodowych – do tego przyzwyczaił media sam prezydent Donald Trump, już trzy miesiące wcześniej publikując podobny filmik. Rzecz w tym, że do tej pory przynajmniej tłumaczono, jaki narkotykowy kartel był celem uderzenia. Teraz nie padły żadne konkrety. Ot, łódź, nie wiadomo czyją i nie wiadomo gdzie, pilotowali „narkoterroryści”, a agencje informacyjne mają w to po prostu uwierzyć i nie zadawać niepotrzebnych pytań.

Skrajny przykład prewencji

Wspomniane wystąpienie Trumpa miało miejsce 2 września. Wtedy to podczas konferencji prasowej, poświęconej zupełnie innym sprawom, prezydent USA pokazał dziennikarzom film – podobno nadesłany mu „w ciągu ostatnich kilku minut” – na którym pocisk amerykańskiej piechoty morskiej unicestwia stateczek wenezuelskiego gangu narkotykowego Tren de Aragua. Zginęło wówczas 11 osób. Według agencji CBS News w kilkunastu podobnych atakach, przeprowadzonych od września do października, wojsko USA zabiło co najmniej 64 członków załóg małych morskich jednostek.

Uderzenia przeprowadzane są z bombowców B-52H oraz myśliwców tzw. piątej generacji F-35B. Co ciekawe, do połowy października przecieki z amerykańskiego ministerstwa obrony pozwalały na lokalizację tych uderzeń: prawie wszystkie miały miejsce w pobliżu wód terytorialnych Wenezueli, około stu kilometrów od jej wybrzeży. A to z kolei 2,5 tys. kilometrów (w linii prostej) od brzegów Stanów Zjednoczonych. To dość skrajny przykład prewencji, stosowany chyba jeszcze tylko przez armię Izraela.

Niestety od 16 października wszelkie informacje o miejscach rakietowych uderzeń są ściśle utajniane. Widzimy więc płonące łodzie, nie wiemy jednak, w którym miejscu Morza Karaibskiego je trafiono.

 „Zabijemy ich, okej?”

Wojskowa akcja tymczasem eskaluje: 13 listopada oficjalnie ruszyła operacja „Południowa Włócznia” (Southern Spear), której celem ma być zatamowanie transportu narkotyków do Stanów Zjednoczonych. Ale już dwa dni wcześniej na wody Morza Karaibskiego wpłynął krążownik „Gerald Ford”, dołączając do obecnej tam już od dawna floty amerykańskiej piechoty morskiej.

Trzeba przyznać, że ta odpowiedź na narkotykowe zagrożenie – nie wchodząc w szczegóły jej realizacji – bynajmniej nie jest przesadzona. Nielegalny eksport narkotyków z państw Ameryki Łacińskiej, z racji jego skali, jest dla obywateli USA śmiertelnym zagrożeniem. W tej sytuacji rząd w Waszyngtonie ma prawo traktować je w kategoriach wojennego ataku i, co za tym idzie, odpierać wroga z ostrością i skutecznością militarnych działań.

To wszystko jest jednak teorią. W praktyce bowiem znacznie trudniej jest zidentyfikować „nieprzyjaciela”, który zamiast obcego munduru ubrany jest w skafander motorniczego cywilnego kutra.

Prezydent Trump, jak dotąd, nie daje zdecydowanej odpowiedzi na pytanie, czy i komu USA wypowiedzą tę wojnę. Bo fakt działań stricte wojennych nie ulega tu wątpliwości. Dziennikarzom odpowiada w znanym nam już stylu; zacytujmy go dosłownie: „Nie sądzę żebyśmy koniecznie potrzebowali wypowiedzenia wojny. Myślę, że po prostu będziemy zabijać ludzi. Okej? Zabijemy ich. Będą, no wiecie, martwi”.

Trzy ukryte szlaki

Pora naszkicować geografię owego wrogiego transportu. Jego trasy ustaliły się mniej więcej kilkanaście lat temu i od tego czasu mapa narkotykowego eksportu do USA nie zmienia się, przynajmniej w grubszych zarysach.

Głównym obszarem produkcji są kokainowe pola Kolumbii. Stamtąd „towar” przeprowadzany jest tranzytem przez terytorium sąsiedniej Wenezueli. Jednak również Wenezuela należy do producentów narkotyków. Ukryte plantacje i fabryczki rozmieszczone są tam w zachodnich, sąsiadujących z Kolumbią prowincjach.

Tamtejszy „urobek” nie dociera na teren USA bezpośrednio. Jego 60 proc. transportowane jest przez Meksyk, pozostałe 40 proc. przybywa na wybrzeże Stanów Zjednoczonych za pośrednictwem dużych wysp karaibskich: Haiti, Portoryko i Jamajki. W tym drugim wariancie dokonuje się to przeważnie za pomocą niewielkich, szybkich łodzi motorowych, które obecnie są właśnie obiektem amerykańskich ataków. Jeśli chodzi o szlak meksykański, w grę wchodzą głównie awionetki. Większość z nich, po wystartowaniu z jednego z wenezuelskich lotnisk, przelatuje nad Morzem Karaibskim w kierunku zachodnim, lądując w trudno dostępnych rejonach pogranicza Hondurasu i Nikaragui. Stamtąd „towar” transportowany jest dalej na północ. Awionetki lądują też w Haiti i Dominikanie.

Warto też odnotować istnienie trzeciego szlaku, którego celem są odbiorcy w miastach Europy. Wiedzie on lądowymi rzekami: z Kolumbii poprzez Wenezuelę, Gujanę (byłą kolonię brytyjską), Surinam (byłą kolonię holenderską) do Gujany Francuskiej. Tam paczki z narkotykami upychane są po ładowniach i skrytkach statków płynących przez Atlantyk.

Dyktator i „ojciec chrzestny” w jednym?

Jeśli wierzyć płynącym z Waszyngtonu sugestiom, akcja antynarkotykowa ma być tylko preludium pełnowymiarowej ofensywy militarnej, skierowanej przeciw rządowi Wenezueli. A konkretnie przeciw jej prezydentowi, dyktatorowi Nicolasowi Maduro. Ten skrajny lewicowiec od zawsze był ikoną antyjankesizmu („jankesami” nazywają mieszkańcy Ameryki Łacińskiej swoich białych sąsiadów z Północy), jednak atak na niego motywowany jest innym zarzutem: otóż Maduro stać ma, i to osobiście, na czele całego narkotykowego interesu.

Sprawa nie jest nowa, już w 2020 roku oskarżył go o to departament sprawiedliwości USA, wyznaczając za schwytanie i dostarczenie głowy wenezuelskiego państwa nagrodę 50 mln dolarów. Maduro ma przewodniczyć „Kartelowi Słońc” (Cartel de los Soles), głównej instytucji zajmującej się produkcją i dystrybucją narkotyków. Założyło go w 1993 roku kilku wenezuelskich generałów, w tym, uwaga, dowódca brygady antynarkotykowej. Nazwa kartelu wzięła się zresztą od wojskowych dystynkcji: na generalskich mundurach armii Wenezueli nie ma gwiazdek, są za to małe słoneczka.

W pięć lat później generałowie ci stali się podporą tzw. rewolucji boliwariańskiej, która wyniosła do władzy Hugo Chaveza. Ten zmarł w 2013 roku, schedę po nim przejął Maduro. Odtąd rządzony przezeń kraj „realnego socjalizmu” pogrążył się w stagnacji, chaosie i biedzie. Zaś sam Maduro „wybierany” jest w kolejnych wyborach wbrew protestom opozycji, która nie bez racji oskarża go o „cuda nad urną”.

Wszystko to oczywiście sprzyja rozwojowi półlegalnych i nielegalnych sfer krajowej gospodarki. Jednak oskarżenie Maduro o to, że jest wenezuelskim capo di tutti capi nie ma stuprocentowych podstaw w dowodach. Jego autorem jest Jean-Claude Melendez, dziennikarz i pracownik naukowy katolickiego uniwersytetu w Maracaibo. Melendez chodzi tam po ulicach cały i zdrowy, co chyba jednak nie najgorzej świadczy o Maduro – jeśli ten rzeczywiście jest gangsterem.

Sam Maduro oczywiście zaprzecza. Wątpliwości też mają kongresmeni z Waszyngtonu, i to nawet republikanie. Głośno stawiane jest tam pytanie, czy wojna z Wenezuelą może być prowadzona bez zgody Kongresu. Ale prezydent zbywa te głosy i nawet to już nikogo nie dziwi. Żyjemy w świecie, gdzie znowu coraz więcej do powiedzenia mają różni „królowie” i „cesarze”, na razie jeszcze, dla niepoznaki, nazywający się prezydentami.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 48/2025