Ten kraj upadł – tak uzasadnił swoją interwencję w Wenezueli Donald Trump. Każdy, komu nieobca jest najnowsza historia Polski, nie może nie skojarzyć tej wypowiedzi z inną, która padła niedługo po 17 września 1939 roku. Polska była już wtedy „upadłym państwem”, dlatego Związek Sowiecki miał prawo, a wręcz moralny obowiązek, wkroczyć na terytorium tej ziemi niczyjej. Autorem owego sylogizmu był Wiaczesław Mołotow, ówczesny sowiecki minister spraw zagranicznych.
Nie sądzę, aby prezydent Stanów Zjednoczonych znał tamtą argumentację, a gdyby nawet ją znał – czy zmartwiłby się jej zadziwiającym współbrzmieniem z jego własną retoryką. Porównania, które w naszych oczach okazują się kompromitujące, dla niego wcale takimi być nie muszą. To człowiek ulepiony z zupełnie innej gliny niż większość z nas. Pora to wreszcie zauważyć.
Jawne złamanie przez USA wszelkich możliwych norm międzynarodowego prawa świat przełyka bez większego sprzeciwu. To działa efekt ciosu: zanim zastanowisz się, czy oddawać, czy też uciekać, stoisz oszołomiony uderzeniem. Zaskoczenie przeżywają nawet sami Amerykanie. Kiedy nowojorski sąd w pośpiechu przygotowywał zarzuty, które postawi – będącemu jeszcze w drodze – porwanemu prezydentowi Nicolasowi Maduro, znalazło się wśród nich oskarżenie o posiadanie w domu broni maszynowej. W Stanach nie wolno osobom cywilnym posiadać jej egzemplarzy wyprodukowanych po 1986 roku. Maduro miał taki egzemplarz, ale przecież nie na terenie USA, lecz u siebie w domu, w Caracas. Absurd goni absurd.
Trump mówi o przywróceniu sprawiedliwości, ale przecież wszyscy wiemy, że nie o żadną sprawiedliwość tu chodzi. Chodzi o ropę, której Wenezuela ma bez liku, choć nie umie nią gospodarować. Teraz jej sprawne wydobycie, z pomocą amerykańskich koncernów, zapewnić ma nie żadna tam demokratyczna opozycja, ale tenże sam reżim. Tyle że już bez Maduro.
Wychodzi na to, że Delcy Rodriguez, która przejęła ster władzy po porwanym, ma rację: Stany Zjednoczone szykują się zrobić z Wenezueli swoją kolonię. To nie pomówienie, potwierdza to swoimi wypowiedziami prezydent Trump, jak również członkowie jego ekipy i doradcy. Można by jeszcze, do kompletu, przypomnieć słowa pewnego nieboszczyka – o imperializmie, jako najwyższym stadium kapitalizmu. Do czego to doszło, by afirmatywnie cytować Marksa w katolickim tygodniku!
Co lepsze: kolonia czy dyktatura?
Wszystkie powyższe zarzuty, które na międzynarodowych gremiach należy głośno, poważnie i z należytym naciskiem wyrazić, nie zwalniają nas przecież z intelektualnego obowiązku myślenia o konsekwencjach. Co dalej? Postawmy sobie jasno to pytanie: czy chcielibyśmy, aby efektem naszego moralnego protestu było oddanie Wenezueli jej prezydenta? Najlepiej jeszcze ze stosownymi przeprosinami. Żadną miarą! Bo byłoby to dodawaniem zła do zła, której już się dokonało i którego skutków się nie odwróci.
Maduro to pod każdym względem łotr spod ciemnej gwiazdy, zakapior, jakich mało nawet w skali Ameryki Łacińskiej, która przecież niejedno w tej mierze już widziała. A co jeszcze ważniejsze – to człowiek który funkcję prezydenta sprawuje niegodnie, bo za pomocą terroru i wyborczych fałszerstw. Jego pochwycenie jak zwykłego bandziora – pomijając wszelkie subtelności międzynarodowego prawa – jest właściwie tym, na co pracowicie sobie zasłużył.
Widzieliśmy ludzi świętujących dzień wolności na ulicach Caracas. Nie wiemy, jak poważną część ogółu wenezuelskiej populacji reprezentują, możemy jednak przypuszczać, że poważną. Prawdopodobnie nawet przeważającą. Tych ludzi, ich na nowo rozbudzonej nadziei, nie godzi się teraz zawieść.
Staliśmy się niewolnikami słów, pojęć, które już dawno się zdewaluowały. Spróbujmy choć na chwilę odrzucić ich zasłonę i popatrzeć świeżym okiem: czy dla Wenezuelczyków nielepiej jest być „kolonią” USA, niż żyć w „niepodległej” dyktaturze i nędzy? Bo przecież po pierwsze liczy się wolność człowieka – jako jednostki. A to słowo nie straciło aktualności.
Kradzież zawsze jest kradzieżą
Idziemy po swoje – zapowiedział Trump. Amerykanie chcą po prostu odzyskać petrochemiczną infrastrukturę, ukradzioną im przez socjalistycznego prezydenta Hugo Cháveza. I w tym akurat tłumaczeniu, paradoksalnie, jest nieco więcej prawdy niż w banialukach o przywracaniu sprawiedliwości.
Odkrycie złóż ropy naftowej nad jeziorem Maracaibo w 1922 roku trwale zmieniło najnowszą historię Wenezueli. Bo złoża te okazały się jednymi z największych na świecie. W krótkim czasie odległy od cywilizacyjnych centrów kraj przeszedł społeczną rewolucję, podobną chyba tylko do losu szczęścia, jaki o pokolenie później spotkał zacofane arabskie emiraty, zwane dziś „naftowymi”. Wenezuela została dosłownie zasypana petrodolarami, albowiem to głównie amerykańskie koncerny z Teksasu, jak Exxon czy Mobil, zajęły się wydobyciem ropy. To szczęście okazało się jednak zapowiedzią przyszłego kryzysu, gdyż krajowa gospodarka całkowicie uzależniła się od światowego popytu na ten towar, wrażliwego na giełdowe wahnięcia. Odpowiedź na pytanie, dlaczego Arabom na dłuższą metę się udało, a Latynosom nie, wykraczałaby poza rozmiary niniejszego tekstu. W każdym razie wspomnieć tu trzeba, że to właśnie Wenezuela, wtedy jeszcze wiodąca w tej branży, była w 1960 roku inicjatorką powstania Organizacji Państw Eksportujących Ropę (OPEC).
W 1976 roku państwo dokonało nacjonalizacji przemysłu naftowego. Odtąd właścicielami szybów nie byli już milionerzy z Teksasu, lecz „naród wenezuelski” – przynajmniej w teorii. Technologia pozostała wszak przy Amerykanach, więc zarządzane przez gringos koncerny nadal okazywały się potrzebne, tym razem jako kontrahenci. Był to układ korzystny dla obu stron, chociażby dlatego, że specjaliści ze Stanów wykształcili w ten sposób całą rzeszę inżynierów z PDVSA, jak skrótowo nazywa się państwowa spółka naftowa. Krach nastąpił w 1999 roku, kiedy to marksizujący Chávez odebrał Amerykanom także te prawa, które mieli w Wenezueli jako wspólnicy petrochemicznego interesu. Skomplikowane, wypracowane w Stanach urządzenia do przeróbki naftowego surowca miały być odtąd obsługiwane wyłącznie przez ludzi z PDVSA.
Była to istotnie kradzież. Jeśli z moralnego punktu widzenia ganimy interwencję USA w Wenezueli, nie możemy jednocześnie usprawiedliwiać tamtego zaboru sprzętu i technologii. W tym punkcie z Marksem się nie zgadzamy.
Co było dalej? Pamiętamy żart z epoki PRL-u, że gdyby wprowadzić socjalizm na Saharze, to po pewnym czasie musiałaby ona zacząć importowanie piasku. Dokładnie coś takiego stało się w Wenezueli. Kwitnący dotąd kraj szybkimi krokami zaczął się staczać na dno społecznej nędzy, gdyż zyski ze sprzedaży ropy, zamiast być mądrze inwestowane w rozwój przemysłu, poszły na utrzymanie państwowych kacyków. Naród, teoretyczny właściciel złóż i szybów, w ostatecznym rozliczeniu nic z tego nie uzyskał. Gwóźdź do trumny krajowej gospodarki wbito w kwietniu 2002 roku, kiedy to Chávez zwolnił połowę personelu PDVSA, by wstawić tam swoich ludzi, przysłowiowo „miernych, ale wiernych”. Naftowy przemysł, zarządzany odtąd skrajnie nieudolnie, a w dodatku obejmowany coraz ściślejszymi kleszczami międzynarodowych sankcji, znalazł się w kompletnym upadku.
Hipokryzja jako atut
Dyktatorzy z reguły mają krótką pamięć, więc zdążyli już zapomnieć o losie, jaki spotkał Ceaușescu, Husajna czy Kadafiego. Teraz każdy z nich przynajmniej się dwukrotnie zastanowi, gdy przyjdzie mu ochota na popełnienie jakiejś nowej zbrodni. To niewątpliwie duży plus akcji Trumpa, choć z pewnością nie o taki skutek w pierwszym szeregu mu chodziło.
Szkoda tylko, że powyższa zasada dotyczyć będzie jedynie przywódców państw małych i średnich. Rządzący tymi najsilniejszymi i jednocześnie najbardziej groźnymi – poczynając od nuklearnej Korei Północnej, kończąc zaś na putinowskiej Rosji – mogą spać spokojnie, Ameryka im nie zagrozi. Trochę inaczej ma się sprawa z Chinami, które w geopolitycznej perspektywie rysują się jako jedyny poważny przeciwnik USA w walce o dominację nad światem. Waszyngton z Pekinem walczyć musi, bo nie ma innego wyjścia – jeśli chce utrzymać swoją mocarstwową pozycję.
W piątkowy wieczór 2 stycznia Maduro przyjął w swojej rezydencji, z wielkimi honorami, delegację wysokich urzędników Chińskiej Republiki Ludowej, osobistych delegatów Xi Jinpinga. „Na dobre i na złe” – powiedział im wtedy, wiążąc swój los z azjatyckim smokiem. Delegaci chyba byli zaskoczeni, gdy rano w Caracas obudziły ich odgłosy pocisków z amerykańskich bombowców. Na taki numer nie odważył się nawet Putin. Lecz reakcja Pekinu na ten wyjątkowy afront była zadziwiająco stonowana; interwencję USA oczywiście potępiono, ale rytualnie i bez większych emocji. Chińczycy dali Amerykanom sygnał: nie będziemy umierać za Wenezuelę. Bierzcie sobie tę Amerykę. Ale spróbujcie powalczyć tak z nami chociażby w Afryce… Zobaczymy, kto na tym wyjdzie jako zwycięzca.
Na to Amerykanie raczej się nie poważą. Rysujący się podział świata na dwie półkule, oddzielone od siebie wodami Atlantyku, to dla nas, Polaków, wiadomość niedobra. Bo tym samym znajdziemy się w chińskiej, a konkretnie w naszym przypadku – rosyjskiej strefie wpływów. O niegotowej do obrony Unii Europejskiej na razie nie ma co wspominać.
Dobra wiadomość jest taka, że Ameryka Północna to jednak część wspólnej nam cywilizacji, połączona z Europą setkami milionów nitek międzyludzkich powiązań. Tego nie da się, ot tak, zaprzepaścić przez jedną tylko kadencję rządów izolacjonisty z Waszyngtonu. Stany Zjednoczone potrzebują Europy i kiedyś nad Potomakiem rządzący sobie o tym przypomną. Choć być może nas już wtedy nie będzie, ale będą żyły nasze dzieci i wnuki.
Warto pamiętać, że hipokryzja, która w międzyludzkich relacjach jest grzechem, w skali międzynarodowej polityki może okazać się wielkim atutem. Ale widać to dopiero w momentach tak wyraźnego kryzysu jak obecnie. Dlatego, mimo wszystkiego, co tu napisano, Europa powinna trzymać się Trumpa. Przynajmniej do momentu, w którym on sam nie przekroczy jakiejś drastycznie przez nas nakreślonej czerwonej linii, np. zawrze jawny sojusz z Władimirem Putinem. Ale Europa, nikt inny tylko ona, musi jednocześnie umieć szantażować Trumpa moralnie. Naciskać go tak, aby przynajmniej udawał, że wierzy w to, co sam mówi. Przywróciłeś sprawiedliwość w Wenezueli? Brawo. A teraz pora pomóc nam ją przywrócić na wschodniej flance Europy, zmuszając Rosję do oddania minimum tego, co zrabowała napadniętej Ukrainie.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















