Londyn się przygotowuje

Łacińska sentencja mówiąca, że najlepszym sposobem na utrzymanie pokoju jest przygotowanie się do wojny, w Europie pobrzmiewa regularnie od momentu, w którym Rosja rozpoczęła pełnoskalowy najazd na Ukrainę. Wiedzą o tym także Brytyjczycy, którzy niedawno ogłosili pierwszą od 1945 roku aktualizację planów wojennych.
Edynburg
Czyta się kilka minut
Książę William, następca brytyjskiego tronu, i pułkownik Gwardii Walijskiej oglądają pokaz nowego sprzętu w obozie Bulford, 18 marca 2026 r. Fot. Finnbarr Webster/Getty Images
Książę William, następca brytyjskiego tronu, i pułkownik Gwardii Walijskiej oglądają pokaz nowego sprzętu w obozie Bulford, 18 marca 2026 r. Fot. Finnbarr Webster/Getty Images

Rzeczywista odległość z Londynu do najbliższej linii frontu na Ukrainie – w okolicach Charkowa czy Zaporoża – wynosi ponad 
3 tys. km. Jednak biorąc pod uwagę brytyjskie zaangażowanie wojskowe w różnych regionach świata, w Londynie wiedzą, że w obecnych czasach nie ma dystansu, który gwarantowałby bezpieczeństwo. Zagrożenie to w dość obrazowy sposób opisał przed pięciu laty Władimir Żyrinowski: „Anglicy myślą, że są bezpieczni na swojej wyspie, ale nasze rakiety Sarmat dosięgną ich w kilka minut. Jeśli wejdą na Ukrainę, zamienimy ich kraj w pustynię radioaktywną” – wieszczył na rok przed swą śmiercią propagandzista Kremla.

Nie ma czasu do stracenia

Konflikt na Ukrainie stał się głównym bodźcem dla brytyjskich wojskowych do rozpoczęcia prac nad aktualizacją „Księgi Wojennej”. To zestaw procedur dedykowanych czasom zagrożenia militarnego, wypracowany jeszcze w okresie zimnej wojny. Czystki dokonywane przez Izrael w Palestynie, starcie amerykańsko-irańskie oraz wzrost ryzyka dalszej eskalacji ogólnoświatowych napięć przyspieszyły tempo prac, które są już bardzo blisko końca.

Jak tłumaczył sir Richard Knighton, szef brytyjskich sił zbrojnych, w kwietniowej rozmowie ze Sky News: „Musimy zaktualizować nasz sposób myślenia o wojnie. Przez dekady żyliśmy w przekonaniu, że pokój jest stanem naturalnym, ale dzisiejsze zagrożenia wymagają od nas powrotu do mentalności, w której musimy być gotowi do walki w każdej chwili (…). Współczesny teatr działań wojennych nie wybacza powolności. Musimy uczyć się szybciej niż nasi przeciwnicy, co oznacza włączenie całego społeczeństwa i przemysłu w proces budowania gotowości obronnej”.

Machina ruszyła

Być może turysta, który wpadnie na Wyspy z weekendową wizytą, nawet nie zorientuje się, że coś się zmieniło. London Eye dalej się kręci, dźwięk Big Bena rozbrzmiewa co godzinę, a ludzie na ulicach biegają za swoimi sprawami. Jednak żyjąc w Zjednoczonym Królestwie na stałe, trudno nie zauważyć chociażby szeroko zakrojonej kampanii reklamowej, w sugestywny sposób promującej wstąpienie w szeregi armii „You Belong Here” („Ty tu pasujesz”), która w zamierzeniu rządzących ma pomóc w rekrutacji 8–10 tys. żołnierzy rocznie.

Akcja stanowi wierzchołek góry lodowej. Zgodnie ze Strategicznym Przeglądem Obronnym, określającym przyszłość armii, na Wyspach realizowany jest wielki projekt wzmacniania mostów i dróg, przeglądu luk w bezpieczeństwie energetycznym i cyfrowym. Powstają nowe fabryki amunicji. Można też zauważyć zwiększoną obecność wojska w sytuacjach kryzysowych (jak np. usuwanie skutków częstych tutaj huraganów), co jest elementem strategii ocieplania wizerunku armii i przyzwyczajania społeczeństwa do jej obecności w życiu publicznym.

„Poradnik Bezpieczeństwa” w wersji brytyjskiej

Edukacja, o której wspominał sir Richard Knighton, przestała być jedynie teorią wykładaną w akademiach wojskowych, a stała się częścią rządowego portalu. Dwa lata temu Londyn uruchomił witrynę „Prepare”, która instruuje mieszkańców, jak przetrwać pierwsze 72 godziny w sytuacji, gdyby w kraju doszło do awarii sieci energetycznych. Rządowa kampania – która swoją drogą w wielu punktach promuje działania podobne do tych znanych Polakom z „Bądź gotowy!” lub „Poradnika Bezpieczeństwa” – sugeruje każdemu gospodarstwu domowemu zgromadzenie zapasów: radia na baterie (by odbierać komunikaty BBC, gdy braknie dostępu do internetu), latarek oraz wody i żywności niewymagającej obróbki cieplnej.

To zerwanie z dotychczasowym tabu, kiedy to informowanie ludzi uważano za niepotrzebną formę niepokojenia. Jednak w dobie konfliktów hybrydowych i potencjalnych ataków na sieci energetyczne, ważne jest, by każdy obywatel stał się elementem systemu obronnego państwa. W ten sposób „Księga Wojenna” schodzi z biurek generałów prosto pod dachy zwykłych szeregowców: mieszkańców Londynu, Manchesteru czy Glasgow.

Drogi konflikt

Prace nad nową „Księgą wojenną” są bliskie ukończenia. Ostatnie szlify natrafiają jednak na barierę równie starą, jak konflikty zbrojne – braki budżetowe. Wdrożenie ambitnych planów wiąże się z poziomem kosztów, na który nie stać kraju wciąż osłabionego skutkami fatalnie przeprowadzonego brexitu. Realizacja celu obronnego pochłania 60 mld funtów rocznie, a w roku 2030 ma sięgnąć rekordowych 87 mld. Na budżecie wyraźnie ciąży brytyjskie zaangażowanie w operacje zbrojne na świecie, w tym na Ukrainie. Do końca marca łączna pomoc (militarna i cywilna) dla Kijowa sięgała już 22 mld funtów.

Największe wyzwanie dla budżetu obronnego stanowią obecnie działania w ramach projektów nuklearnego odstraszania oraz modernizacji lotniskowców. Sama budowa czterech okrętów podwodnych typu Dreadnought ma kosztować 31–41 mld funtów, a uzbrojenie – kolejne kilkanaście. Dodatkowo odrestaurowanie lotniskowców pochłonęło już środki, które miały wystarczyć także na ich pełne wyposażenie. Wydatki rosną wykładniczo, zaś wzrost gospodarczy – wynoszący obecnie 0,5 proc. rok do roku – trudno nazwać oszałamiającym.

Nie pomaga również fakt, że w brytyjskim społeczeństwie coraz trudniej znaleźć chętnych do obrony kraju. Wspomniana kampania „You Belong Here” mierzy się z własnymi problemami. Akcja miała jasny cel: dotarcie do osób w wieku 16–34 lata i przełamanie stereotypów (59 proc. młodych ludzi uważa, że nie pasuje do wojska). Niesieni falą patriotyzmu chłopcy i dziewczęta mieli zgłaszać się przez stronę internetową, wnioski miały być rozpatrywane natychmiastowo, by w ciągu 10 dni dać młodym odpowiedź odnośnie do ich dalszej drogi życiowej – zanim marzenie o zostaniu żołnierzem zostanie zastąpione jakimś innym. Niestety system był niewydolny, wieszał się i zamiast przyciągać, zniechęcał do dalszych starań o wojskowy angaż.

Dwa kraje, jeden obowiązek

Spośród 700 tys. Polaków na stałe mieszkających na Wyspach ok. 240–260 tys. to mężczyźni w wieku poborowym. Dla nich i ich rodzin brytyjskie przygotowania do wojny mają jeszcze jeden, bardziej skomplikowany wymiar. W obliczu zagrożenia wielu zadaje sobie pytanie: kogo mieliby bronić w razie „godziny W”? Odpowiedź prawna jest bezlitosna: posiadanie statusu rezydenta, a nawet brytyjskiego paszportu, nie zdejmuje z obywatela polskiego obowiązków wobec Rzeczypospolitej. Zgodnie z ustawą o obronie ojczyzny, każdy mężczyzna posiadający polskie obywatelstwo, bez względu na miejsce zamieszkania, podlega obowiązkowi obrony kraju.

To generuje narastającą dezorientację. W polskim systemie prawnym emigracja nie jest ucieczką od mobilizacji; w przypadku ogłoszenia tej powszechnej osoby przebywające za granicą są teoretycznie zobowiązane do powrotu do kraju i stawienia się w punktach mobilizacyjnych. Jednocześnie brytyjska kampania „You Belong Here” sugeruje im, że ich miejsce jest w strukturach RAF czy Royal Navy.

Emigracyjna pułapka

Dezorientacja rodaków na Wyspach wynika też z braku jasnych procedur informacyjnych. Podczas gdy brytyjski rząd uczy ich, jak zabezpieczyć londyńskie mieszkanie, polskie MSZ rzadko komunikuje, co polski emigrant powinien zrobić w momencie ogłoszenia mobilizacji w kraju. Czy ma czekać na wezwanie w konsulacie? Czy polskie bazy danych o poborowych są zsynchronizowane z brytyjskim systemem adresowym? Obecnie odpowiedzi na te pytania pozostają w sferze domysłów, tworząc niebezpieczną lukę w poczuciu bezpieczeństwa tysięcy rodzin. Aby temu zapobiec, może dobrze by było, gdyby poradniki podejmujące tę kwestię zagościły w polskich ambasadach i konsulatach.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 18/2026