Logo Przewdonik Katolicki

Słaba armia wielkiego państwa

Grzegorz Górny
Fot.

Jednym z efektów wojny w Iraku może być reforma sił zbrojnych w... Rosji. Coraz więcej polityków w Moskwie zdaje sobie sprawę, że w obecnym kształcie armia rosyjska nie ma szans na skuteczne działanie. 16 maja w swym orędziu prezydent Władimir Putin zapowiedział dokonanie do 2007 roku reorganizacji wojsk. W czasie "zimnej wojny" naprzeciw siebie stały dwa bloki militarne: Układ Warszawski...

Jednym z efektów wojny w Iraku może być reforma sił zbrojnych w... Rosji. Coraz więcej polityków w Moskwie zdaje sobie sprawę, że w obecnym kształcie armia rosyjska nie ma szans na skuteczne działanie. 16 maja w swym orędziu prezydent Władimir Putin zapowiedział dokonanie do 2007 roku reorganizacji wojsk.


W czasie "zimnej wojny" naprzeciw siebie stały dwa bloki militarne: Układ Warszawski i Sojusz Północno-Atlantycki. Ich trzon stanowiły armie: Związku Sowieckiego i Stanów Zjednoczonych. W wielu analizach wojskowych jawiły się one jako dwie równorzędne sobie siły.

Wygrani i przegrani


Wyścig zbrojeń, którego nie wytrzymała gospodarka komunistyczna, wygrany został przez USA. Amerykanie nie tylko powiększali swój potencjał nuklearny, lecz również inwestowali w rozwój wysoko zaawansowanych technologii wojskowych, tzw. "broni inteligentnej". Przewaga technologiczna, jaką osiągnęli, sprawia, że żadne wojska konwencjonalne na świecie nie są w stanie nawiązać z nimi walki.
Nic więc dziwnego, że ostatnie kilkanaście lat to dla armii Stanów Zjednoczonych pasmo sukcesów militarnych. Operacja "Pustynna Burza" w 1991 roku w Iraku zakończyła się wielkim triumfem wojskowym, który nie został niestety należycie wykorzystany politycznie. Powodzenie przyniosła również interwencja zbrojna w Jugosławii w 1999 roku, która uspokoiła nieco sytuację na Bałkanach. Amerykańscy żołnierze błyskawicznie wygrali też kampanie wojenne w Afganistanie w 2002 i w Iraku w 2003 roku.
W odróżnieniu od nich wojska rosyjskie odnosiły w ostatnich kilkunastu latach niemal same klęski. Po przegranej wojnie w Afganistanie, która kosztowała życie kilkunastu tysięcy żołnierzy, armia sowiecka w 1989 roku musiała wycofać się do domu. Porażką zakończyła się też pierwsza wojna czeczeńska (1994-96), zaś nieudany szturm Groznego w grudniu 1994 roku zapisał się jako czarny dzień w historii rosyjskiej armii. Nie widać też końca obecnie trwającej drugiej wojny czeczeńskiej, mimo że Rosjanie dysponują w tej niepokornej republice znacznie większymi siłami zbrojnymi niż partyzanci.
Największą kompromitacją rosyjskiej armii okazała się jednak sprawa okrętu podwodnego "Kursk", który zatonął z całą 118-osobową załogą w sierpniu 2000 roku podczas manewrów na Morzu Barentsa. Na okręt zabrano niesprawną torpedę z wyciekającym nadtlenkiem wodoru, który zmieszany z paliwem tworzy mieszankę wybuchową. To było przyczyną zatonięcia jednostki, której inne okręty nie mogły odnaleźć przez 31 godzin. Stało się tak dlatego, że zepsuta była boja sygnalizacyjna i radiowy nadajnik alarmowy. Kiedy wreszcie ustalono miejsce spoczywania okrętu, wówczas statkowi ratunkowemu, który popłynął "Kurskowi" na pomoc, najpierw zabrakło paliwa, a potem pomylił się kurs. Batyskafy, które spuszczano pod wodę, albo były dziurawe i przeciekały, albo uszkodzili je marynarze, spuszczając w morze. Naprawa batyskafów była niemożliwa, ponieważ na statku nie było kluczy francuskich, wiertarki i gumy, które zostały wcześniej rozkradzione. Gdyby sprzęt był sprawny, zaś akcja ratunkowa przebiegła bez opóźnień, zdołano by uratować 23 marynarzy. Tymczasem dowództwo rosyjskiej floty wydawało oświadczenia, jakoby za zatonięciem "Kurska" stał amerykański okręt podwodny.
Nic więc dziwnego, że kiedy zaczynała się wojna w Iraku, rosyjscy generałowie trzymali kciuki za wojska Saddama Husajna. Nie tylko z powodu swoich antyamerykańskich nastrojów, lecz również dlatego, że struktura i sposób działania armii irackiej opierały się na wzorcach rosyjskich.
W przededniu wybuchu wojny generał armii Walentin Warennikow przewidywał, że w Bagdadzie "Irakijczycy zamienią w twierdzę każdy dom. Każdy budynek, każde podwórko trzeba będzie zdobywać w oddzielnej, zaciętej bitwie." Do niczego takiego jednak nie doszło. Myśl wojskowa rosyjskiego generała zatrzymała się po prostu na latach czterdziestych, na walkach o Stalingrad czy Berlin, natomiast nie przystaje ona zupełnie do realiów dnia dzisiejszego. Podobnie zresztą jak myśl marszałka Dmitrija Jazowa, który widząc wyposażenie współczesnego żołnierza amerykańskiego (kamizelki kuloodporne, termowizjery, indywidualny sprzęt łączności), wybrzydzał, że ci biedacy muszą nosić na sobie tyle żelastwa, i przywoływał obraz dzielnych sowieckich sołdatów, którzy z okrzykiem "wpieriod!" z gołą piersią szli na nieprzyjacielskie czołgi.
Zakończenie kampanii irackiej w ciągu 21 dni było dla rosyjskich elit szokiem. Uzmysłowiło im, że siła wojska nie polega na jego liczebności, lecz na dobrym przygotowaniu i organizacji.

Skrzywdzeni i poniżeni


Armia rosyjska traci jednak nie tylko zdolność bojową, lecz również morale. Niedawny sondaż socjologiczny ujawnił, że w przypadku konfliktu zbrojnego aż 40 proc. żołnierzy odmówiłoby walki, nawet na terytorium własnego kraju. Według oficjalnych danych, w ubiegłym roku zdezerterowało ponad 2 tysiące wojskowych, według nieoficjalnych natomiast było ich ponad 6 tysięcy. Oznacza to, że każdego dnia ucieka z koszar (według różnych danych) od 6 do 18 żołnierzy. Często zabierają ze sobą broń i strzelają do kogo popadnie. Po którymś z kolei tego typu incydencie minister obrony Siergiej Iwanow oświadczył, że armia to potencjalne zagrożenie dla społeczeństwa.
Jest ona zagrożeniem także dla samej siebie. W zeszłym roku pod Chankałą na Kaukazie Północnym zestrzelony został największy transportowy helikopter rosyjskiej armii Mi-26, na pokładzie którego zginęło 118 żołnierzy. Okazało się, że rakietę, która trafiła śmigłowiec, odpalili rosyjscy pogranicznicy pilnujący granicy z Gruzją.
Raporty Komitetu Matek Żołnierzy mówią o demoralizacji w rosyjskim wojsku. Kwitną w nim alkoholizm i narkomania. Powszechnym zjawiskiem jest tzw. "diedowszczyna", po polsku "fala", czyli znęcanie się fizyczne i psychiczne nad młodszymi rocznikami poborowych. Żołnierze są bici, gwałceni, zmuszani do oddawania żołdu, a w niektórych rejonach (np. na Kaukazie Północnym) sprzedawani lokalnym biznesmenom jako niewolnicy. Coraz częstsze ostatnio dezercje stały się dla wielu żołnierzy jedynym środkiem obrony przeciw dręczeniu ich przez podoficerów lub oficerów. Największa ucieczka miała miejsce w zeszłym roku w miasteczku Mga pod Petersburgiem, gdzie z miejscowych koszar zdezerterowało wspólnie 30 żołnierzy.
Komentując praktyki znęcania się nad młodszymi żołnierzami, szef Sztabu Generalnego, gen. Anatolij Kwasznin oświadczył, że odgrywają one ważną rolę w armii, gdyż pomagają przekształcić niedojrzałych chłopców w prawdziwych mężczyzn.
Nie wszyscy jednak są w stanie znieść owo "przekształcanie", dlatego plagą w rosyjskiej armii są także samobójstwa. Najgłośniejsza tego typu próba miała miejsce w styczniu tego roku na Kremlu, sto metrów od gabinetu prezydenta Putina. Szeregowy Aleksander Fokin, który służył w elitarnym pułku łączności na Kremlu, nie mógł wytrzymać dręczenia ze strony jednego z sierżantów i podciął sobie żyły w kremlowskiej łazience. W ostatniej chwili zdołano go uratować.

Reformatorzy i generałowie


Ostatnie wydarzenia spowodowały, że zarówno administracja prezydenta, jak również Ministerstwo Obrony i Sztab Generalny zaczęły mówić jednym głosem o konieczności głębokich zmian w armii. Zapowiedziana przez Putina reforma przewiduje, że trzonem rosyjskich sił zbrojnych będzie 166 tysięcy żołnierzy zawodowych, którzy służyć mają głównie w jednostkach desantowych, piechocie morskiej, wojskach pogranicznych i wewnętrznych. Nacisk ma zostać położony zwłaszcza na rozwój sił szybkiego reagowania - w tym kontekście publicyści przypominają, że jedyny sukces rosyjskich żołnierzy w ostatnich latach, czyli zajęcie lotniska w kosowskiej Prisztinie w 1999 roku był dziełem małej grupy komandosów (choć, prawdę mówiąc, był to bardziej sukces propagandowy niż militarny).
W ciągu najbliższych lat armia ma zostać "odchudzona" z 1,2 do 1 miliona żołnierzy. Z pracą pożegna się też ok. 800 z 2 tysięcy rosyjskich generałów. Zasadnicza służba wojskowa zostanie skrócona z dwóch lat do roku. Łatwiej będzie można uzyskać zwolnienie z wojska lub skierowanie do służby zastępczej. Inicjatorzy reform mają nadzieję, że nie powtórzy się sytuacja z ostatniego jesiennego poboru, kiedy to 80 proc. poborowych nie spełniało zarówno fizycznych, jak i psychicznych norm zdrowotnych.
Zmianom sprzeciwiają się już wysocy oficerowie, którzy boją się stracić etaty, przywileje i wpływy. Zdaniem komentatora wojskowego "Moskowskich Nowosti" Pawła Felgenhauera, generałowie wychowani w Związku Sowieckim "traktują armię jak swój folwark, a żołnierzy jak tanią siłę roboczą i mięso armatnie".
Wiele zależeć będzie również od tego, czy rządowi uda się znaleźć w budżecie środki na przeprowadzenie reform. Ich koszt szacuje się na ok. 150 miliardów rubli, podczas gdy premier Michaił Kasjanow zadeklarował jedynie jedną trzecią tej sumy.
Zdaniem ekspertów, utrzymywanie wielkiej i nieudolnej armii z poboru nie tylko nadmiernie obciąża budżet kraju, lecz również nie sprzyja obronności państwa. Reformy są więc konieczne. Nie tyle po to, by móc rywalizować militarnie z USA (na to nie ma szans, gdyż brakuje funduszy na unowocześnienie sprzętu), lecz po prostu po to by nie wstydzić się za własne wojsko.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki