Koalicja (nie)chętnych

W cieniu rajdu Amerykanów na Caracas toczą się rozmowy dotyczące  wojny, która nieoczekiwanie zeszła na drugi plan. Tymczasem ataki Rosji na Ukrainę nie zelżały, a sytuacja Kijowa jest bardzo trudna. O pomocy Ukraińcom w Paryżu rozmawiali reprezentanci 30 państw.
Czyta się kilka minut
Prezydenci Emmanuel Macron i Wołodymyr Zełenski podczas spotkania w Paryżu, 6 stycznia 2025 r. fot. Yoan VALAT/POOL/ AFP/East News
Prezydenci Emmanuel Macron i Wołodymyr Zełenski podczas spotkania w Paryżu, 6 stycznia 2025 r. fot. Yoan VALAT/POOL/ AFP/East News

Przyznanie Ukrainie 90 mld euro pożyczek z Unii Europejskiej poprawi jej finanse, ale zestrzeliwanie dronów i rakiet balistycznych kierowanych w ukraińskie miasta wymaga nieustannych dostaw broni, której na rynku brakuje. Atmosfera międzynarodowa stała się tak napięta, że wszyscy rzucili się do zakupów i produkcji na własne potrzeby. W związku z tym na Kijowie ciąży coraz większa presja, szczególnie ze strony Waszyngtonu, który zupełnie oficjalnie oczekuje bardziej uległej postawy Ukraińców. Ci ostatni nie mogą jednak podpisać niekorzystnego porozumienia, gdyż w ten sposób przegrają swoje szanse na odbudowę i integrację z Europą Zachodnią, więc ich krew dosłownie pójdzie w piach.

Autostrada do Kijowa

Najbardziej kontrowersyjną kwestią jest wyznaczenie tak zwanej linii rozgraniczenia, czyli de facto nowej granicy między Ukrainą a Rosją. Kijów nie zamierza oddać swoich ziem de iure, gdyż to zablokowałoby możliwość ich odzyskania nawet drogą dyplomatyczną w przyszłości. Może jednak przyjąć do wiadomości utratę kontroli nad regionami podbitymi przez Moskwę. Problem w tym, że Kreml, zgodnie ze zmienioną w trakcie wojny konstytucją, uważa Krym i ziemie całych czterech wschodnich regionów Ukrainy za swoje. Mowa o obwodach: donieckim, ługańskim, zaporoskim i chersońskim. Rosja żadnego z nich w całości nie podbiła. Na stole obecnie jest propozycja, by w ostatnich dwóch regionach linia rozgraniczenia biegła po linii frontu, ale pierwsze dwa obwody – czyli cały Donbas – trafić miałyby w ręce Rosjan. Kijów nie może jednak się na to zgodzić, gdyż na niepodbitych terenach Donbasu zbudował cały szereg umocnień, które musiałby bez walki oddać w ręce wroga. A to otworzyłoby Rosji „autostradę do Kijowa”.

Kolejną sporną kwestią jest liczebność ukraińskiej armii w czasie pokoju. W pierwotnym planie Witkoffa-Dmitrijewa Kijów mógłby utrzymywać maksymalnie 600 tys. żołnierzy. Oznaczałoby to, że musiałby zredukować swoje wojska o ponad 200 tys. Dlatego też wśród poprawek, które naniosła Europa, znalazła się liczba 800 tys. W tej sprawie tak naprawdę liczby mają jednak drugorzędne znaczenie. Nawet 600-tysięczna armia w czasie pokoju jest bardzo duża. Polska dopiero planuje rozbudować swoje siły zbrojne do 300 tysięcy. Kijów nie miałby pieniędzy na utrzymanie tak dużej armii bez kroplówki finansowej Zachodu. Sam ten zapis kłóci się jednak z główną ideą porozumienia pokojowego, jakim jest uznanie pełnej niepodległości Ukrainy. Tym bardziej, że Rosja do niczego podobnego nie będzie zobowiązana. Zresztą suwerenność Ukrainy ograniczałby również zapis zakazujący jej wstąpienia do NATO.

Kijów mógłby iść na powyższe ustępstwa, gdyby miał zagwarantowaną perspektywę dostatniej przyszłości. Część państw UE chciałaby sfinansować odbudowę zamrożonymi rosyjskimi aktywami, co oczywiście Ukraina przyjęłaby z otwartymi ramionami. Problem w tym, że nie ma żadnych szans, by zgodziła się na to Moskwa. Przekazanie jej części rezerw wartych ponad 200 mld euro byłoby formą reparacji, ale te płacone są zwykle przez przegrywającego. Tymczasem Rosjanie aktualnie nie czują się przegranymi. Sprawę komplikuje fakt, że rękę na zamrożonych w Brukseli aktywach chce położyć sam Donald Trump, dzielący już skórę na niedźwiedziu i snujący plany o utworzeniu funduszu inwestycyjnego, którego operatorem byłyby oczywiście Stany Zjednoczone.

Urząd zięcia prezydenta

Nawet największy fundusz na nic się jednak zda, jeśli Ukraina nie otrzyma poważnych i skutecznych gwarancji bezpieczeństwa. Luźne i nieobarczone sankcjami zobowiązania o szanowaniu jej integralności terytorialnej, podobne do słynnego już Memorandum Budapesztańskiego, w którym Kijów zobowiązał się do oddania broni jądrowej, już raz zostały skompromitowane, gdyż jeden z sygnatariuszy dokumentu zwyczajnie Ukrainę najechał. Można sobie jednak wyobrazić taką formułę, w której Ukraina pozostaje poza NATO, ale ma podobnie silne gwarancje, np. zawierające automatyzm przywrócenia wszystkich sankcji i rozpoczęcie pomocy wojskowej w razie ponownej inwazji.

Skuteczne gwarancje muszą jednak obejmować partycypację USA, które obecnie jako jedyne na Zachodzie mają potencjał odstraszania Rosji. Niestety Amerykanie do wysyłania wojsk nad Dniepr się absolutnie nie palą. Wręcz przeciwnie: oficjalnie zapewniają, że but US Army tam nie postanie. To również da się jednak obejść. Amerykanie nie muszą przecież dotykać ukraińskiej ziemi, wystarczy, że będą nad nią latać i w razie czego strzelać. A także – a może przede wszystkim – zapewniać rozpoznanie i komunikację. Amerykanie dysponują potęgą lotniczą, satelitarną i szpiegowską, więc wojska lądowe zorganizować może sobie sam Kijów przy wsparciu Europy.

W święto Trzech Króli w Paryżu miał miejsce szczyt, którego celem było uzgodnienie szczegółów gwarancji Zachodu dla Kijowa. Zjawili się przywódcy i reprezentanci 30 państw, wśród których poza 27 członkami UE znalazły się Kanada, Turcja i USA. Te ostatnie reprezentowali jednak nie liderzy polityczni, lecz Steve Witkoff, specjalny wysłannik prezydenta USA ds. Ukrainy, oraz Jared Kushner, który pełni stanowisko zięcia Donalda Trumpa, co w aktualnej administracji stawia go całkiem wysoko. Polskę reprezentował premier Donald Tusk, który z niezwykłą regularnością zapewnia, że Warszawa żołnierzy do Ukrainy nie wyśle. Polska deklaruje jednak pełne wsparcie logistyczne i zasadniczo każde inne, które nie będzie miało charakteru ściśle militarnego.

Za dużo marchewki, za mało kija

Niechęć do wysyłania wojsk nad Dniepr deklaruje jednak większość tzw. koalicji chętnych. Mimo wszystko podpisała ona „deklarację paryską”, która mówi o utworzeniu wielonarodowych wojsk do szybkiego reagowania w razie ponownej agresji oraz stworzeniu mechanizmów monitorowania sytuacji, by sprawnie odczytywać rosyjskie zamierzenia. Trudno przypuszczać, by Moskwa zgodziła się na stacjonowanie tych sił w Ukrainie, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by przebywały one na co dzień na przykład w Polsce, niedaleko granicy z Ukrainą. Najbardziej zdecydowani na wysłanie wojsk ekspedycyjnych są Francuzi i Brytyjczycy. Niemcy nie mówią wyraźnie „nie”, chociaż najchętniej by tak powiedzieli. Berlin wie jednak, że wymiksowanie się z partycypacji w gwarancjach dla Kijowa oznaczałoby utratę czołowej roli w Europie.

Głównym problemem tych wszystkich wysiłków jest to, że zgodzić się na te konkluzje będzie musiała jeszcze Rosja. Tymczasem Zachód zasiadł do negocjacji z Kremlem bez wytworzenia przewagi. Trump był pewien, że Putin wykaże dobrą wolę i skusi się na perspektywę wspólnych interesów, ale Rosjanie nie rozumują w sposób biznesowy, tylko postimperialny. Jedyne, co może skłonić Kreml do cofnięcia się, to przewaga siły. Waszyngton jakby to zrozumiał, gdyż zaostrzył kurs wobec całego bloku zgromadzonego wokół Pekinu i Moskwy. Nie tylko uprowadził – bezprawnie, dodajmy – dyktatora Wenezueli, ale też zajął jeden ze „statków widmo”, którymi Rosja handluje ropą pod różnymi banderami. Kongres zapowiada również uchwalenie nowego pakietu sankcji wtórnych, autorstwa senatora Lindseya Grahama, które uderzą w nabywców rosyjskich surowców. Dotychczas blokował je sprzeciw Trumpa, ale lokator Białego Domu traci do Putina cierpliwość. Stany Zjednoczone chwyciły więc wreszcie kij, szkoda tylko, że wcześniej zaoferowały Rosji całą górę marchewki.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 3/2026