Piąty rok wojny i co dalej?

24 lutego wejdziemy w piąty rok rozpętanej przez Rosję pełnoskalowej wojny z Ukrainą. Walki trwają już dłużej niż tzw. wojna ojczyźniana pomiędzy ZSRR a hitlerowskimi Niemcami.
Czyta się kilka minut
Uszkodzony po rosyjskim ataku blok w Kramatorsku w obwodzie donieckim, 8 lutego 2026 r. fot. IRYNA RYBAKOVA/AFP/East News
Uszkodzony po rosyjskim ataku blok w Kramatorsku w obwodzie donieckim, 8 lutego 2026 r. fot. IRYNA RYBAKOVA/AFP/East News

Rosyjska inwazja na Ukrainę miała trwać dwa dni. Zdradzili to niechcący sami Rosjanie. Państwowa agencja RIA Nowosti najwyraźniej przez niedopatrzenie w dwa dni po rozpoczęciu wojny opublikowała artykuł Rosyjska ofensywa i nowy świat. „Nowy świat rodzi się na naszych oczach. Rosja przywraca swoją jedność. (…) Przezwyciężyliśmy tragedię 1991 roku [rozpad Związku Radzieckiego – MP]. Rosja przywraca swoją pełnię, zbiera wszystkie rosyjskie narody, Rosjan, Białorusinów i mieszkańców Małorosji (…) Okres podziału (…) dobiega końca” – napisał felietonista agencji Petr Akopow. Materiał musiał być wcześniej przygotowany, bo w momencie jego publikacji było już wiadomo, że „blitzkrieg” się nie udał. Artykuł został zresztą bardzo szybko usunięty. Znalazła go w serwisie archive.org i nagłośniła jedna z polskich gazet. Dlatego dowiedzieliśmy się nie tylko o tym, jak wyglądały rosyjskie plany wobec Ukrainy. Mowa była także o wchłonięciu Białorusi.

W tym miejscu warto dodać, że o szybkim zakończeniu „specjalnej operacji wojskowej” przekonana była nie tylko Moskwa. Ukraiński ambasador w Belinie usłyszał od swoich niemieckich kolegów, że nie ma co wracać do Kijowa, bo  w trzy dni będzie po wszystkim. Można odnieść nieprzyjemne wrażenie, że bohaterska postawa skutecznie broniących swego kraju Ukraińców rozczarowała wówczas nie tylko Rosjan, ale także Berlin, ciągnący przecież znaczące zyski z bezpośrednich dostaw taniego rosyjskiego gazu przesyłanego rurociągiem Nord Stream. Ukończenie jego drugiej nitki, uniezależniającej dostawcę od tranzytu przez Ukrainę, stało się przypuszczanie jednym z ważniejszych powodów rozpoczęcia pełnoskalowej agresji.

W Polsce coraz częściej pojawiają się głosy, że Warszawa zbytnio się wówczas pospieszyła, natychmiast udzielając Kijowowi znaczącej pomocy wojskowej. Wpływ na tę krytykę ma przypuszczalnie późniejsze niezbyt eleganckie zachowanie ukraińskich władz. Trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że dozbrojenie Ukrainy zwłaszcza wtedy, ale także i teraz, leży bezwzględnie w polskim interesie. Gdyby błyskawiczna wojna Władimirowi Putinowi się udała, graniczylibyśmy w tej chwili z agresywnym państwem rosyjskim, wzmocnionym sukcesem na ukraińskim froncie.

Cztery lata później

Niemal w przeddzień czwartej rocznicy wybuchu pełnoskalowej wojny odbyła się w stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Abu Zabi, kolejna runda amerykańsko-ukraińsko-rosyjskich rozmów pokojowych. Przedstawiciel USA, tradycyjnie pełen optymizmu Steve Witkoff, oznajmił, że przebiegły one w pozytywnej, konstruktywnej atmosferze i będą kontynuowane. Trudno ocenić, na ile jest to fragment dyplomatycznej gry, a na ile naiwność wysłannika Donalda Trumpa. Oświadczenie strony rosyjskiej stoi bowiem w sprzeczności z komunikatem Waszyngtonu.

Rosjanie nie tylko nie ustąpili ze swoich żądań przekazania im całego obwodu donieckiego, łącznie z terytoriami, których nie udało im się opanować. Sprzeciwili się także przyznaniu Kijowowi gwarancji bezpieczeństwa dla Odessy. Sprawa istotna, jeżeli przypomnieć powtarzające się stwierdzenia szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa, że Odessa powinna wrócić do Rosji (razem z Charkowem, Dnieprem i Mikołajowem). Są to warunki absolutnie nie do przyjęcia – nawet gdyby Moskwa łaskawie odpuściła sobie Charków i Dniepr, oznaczałyby bowiem odcięcie Ukrainy od Morza Czarnego. Co więcej, mimo telefonu Trumpa do Putina i jakoby złożonej przez tego ostatniego obietnicy nieatakowania ukraińskiej infrastruktury energetycznej, rosyjskie naloty trwają. Dlatego, zdaniem większości analityków, szansa na szybki pokój jest minimalna, co nie oznacza, że żadna.

Jak bowiem zauważa komentator portalu Defence24 ppłk Maciej Korowaj, w piąty rok wojny „Rosja wchodzi z ograniczonymi, nadwyrężonymi rezerwami i paraliżującą zależnością od obcej infrastruktury łączności [wyłączenie przez Muska systemu Starlink wywołało chaos na froncie – MP]. W 2026 roku Kreml ma jeszcze przestrzeń na  jedną poważniejszą kampanię ofensywną, ale każdy błąd w użyciu, ludzi, sprzętu i czasu może zmienić sytuację (…) Jeżeli przyszła kampania 2026 roku nie przyniesie strategicznego przełomu, a Ukraina utrzyma zdolność bojową przy stałym wsparciu Zachodu, rosyjska machina wojskowa z modelu «wojny na wyniszczenie» zacznie stopniowo przechodzić w model «wojny na kredyt», gdzie każdy kolejny rok będzie coraz trudniejszy do udźwignięcia – nie tylko na froncie, ale i wewnątrz państwa rosyjskiego” – konkluduje analityk.

Trump sojusznikiem Putina?

Za głównego orędownika szybkiego pokoju na Ukrainie uchodzi Donald Trump. Amerykański prezydent nie przestaje podejmować kolejnych wysiłków, by do przerwania walk doprowadzić. Wystarczy wspomnieć liczne telefony na Kreml, wysyłanie na rozmowy do Moskwy biznesmena Witkoffa, ewidentnie nieznającego się na polityce wschodniej, czy wreszcie słynne spotkanie na Alasce, uznane za tryumf rosyjskiej dyplomacji. Wszystko to sprawiło, że amerykański przywódca przez wielu został uznany za sojusznika rosyjskiego agresora.

Jak jednak wygląda rzeczywistość? Niewątpliwie Ukraina nie należy do priorytetów obecnej amerykańskiej administracji. Dla Waszyngtonu ważniejsze są Chiny, Ameryka Łacińska czy Iran. Trump wychodzi z założenia, że toczona na naszym kontynencie wojna to przede wszystkim problem Europy, która przez lata opierała swoje bezpieczeństwo na utrzymywanym głównie z amerykańskich pieniędzy NATO. Z typową dla siebie arogancją amerykański przywódca stwierdził, że dłużej nie myśli tolerować tracenia środków na unijne kraje, które stać na idiotyczny „zielony ład” czy utrzymywanie imigrantów, ale nie na zbrojenie. Oczywiście Amerykanie zrobili to w sposób mało elegancki, ale cel został osiągnięty. Prócz Hiszpanii wszystkie państwa członkowskie zobowiązały się w ciągu 10 lat podnieść swoje budżety obronne do 5 proc. PKB. Ta wymuszona przez Trumpa decyzja na pewno nie jest Moskwie na rękę, podobnie jak drastyczne cła wprowadzone na część rosyjskich koncernów energetycznych czy przekonanie Indii, by zrezygnowały z kupowania rosyjskiej ropy oraz gazu i dołączyły do polowania na „flotę cieni” – statki nielegalnie szmuglujące rosyjskie surowce. Kolejnym zadanym Rosji ciosem jest udana interwencja w Wenezueli, kraju nie tylko mającym jedne z największych złóż gazu, ale także będącym przez lata najwierniejszym sojusznikiem Federacji Rosyjskiej w Ameryce Łacińskiej.

Do tego warto dodać działania tuż pod nosem Kremla, czyli doprowadzenie do zawarcia pokoju pomiędzy dwoma skłóconymi od 1992 roku krajami Kaukazu: Armenią i Azerbejdżanem. W momencie gdy piszę ten tekst, do Armenii przybywa wiceprezydent USA J.D. Vance, który następnie odwiedzi Azerbejdżan. Rozmowy mają toczyć się wokół flagowego projektu USA – modernizacji szlaków energetycznych i handlowych w tym strategicznym regionie. Joshua Kucera, analityk ds. Kaukazu Południowego w Crisis Group, uważa,  że amerykańska inicjatywa TRIPP (Trump Route for International Peace and Prosperity), czyli licząca 43 km droga przez Armenię, może okazać się kluczowym korytarzem tranzytowym dla surowców z Azji Środkowej, m.in. uranu, miedzi i złota, na rynki zachodnie, w tym amerykański. Do tej pory historyczne wpływy na Kaukazie miała Rosja, obecnie w jej miejsce wchodzą Stany Zjednoczone. Reasumując, należałoby Putinowi życzyć więcej podobnych do Trumpa sojuszników.

Samodzielna Europa?

W jednej sprawie amerykański prezydent poszedł Moskwie na rękę. Ostra krytyka Waszyngtonu pod adresem Brukseli, Zielonego Ładu, polityki migracyjnej i równościowej sprawiły, że dla unijnych elit Trump stał się wrogiem – kto wie, czy nie gorszym niż Putin. W efekcie dochodzi do tego, o czym Rosja marzy od dawna: niszczenia transatlantyckich więzi i skłócania głównych stolic Europy – Berlina, Paryża czy Londynu – z Waszyngtonem. Głównie Niemcy, ale także Francja, nie ukrywają, że chcieliby wypchnięcia USA z Europy. Przy czym Berlin bardzo chętnie zająłby opuszczone miejsce, stając na czele zmienionej w federację Unii. Problem w tym, że chociaż Unia Europejska zaczęła się zbroić, to jak niedawno przestrzegł europosłów sekretarz generalny NATO Mark Rutte, Europa bez pomocy USA sama obronić się nie zdoła. Nie ma więc co obrażać się na Donalda Trumpa, tylko trzeba z tym niełatwym partnerem współpracować.

Powinna to rozumieć zwłaszcza Polska, podobnie jak kraje bałtyckie, szczególnie narażona na rosyjską agresję. Dlatego dla Warszawy dużo lepszy niż niedawna niemiecka propozycja tworzenia do spółki z Niemcami, Francją, Włochami, Hiszpanią i Holandią grupy E-6 jest sojusz z krajami skandynawskimi, bałtyckimi i Rumunią. Z tymi państwami wiążę nas bliskość Rosji, a więc podobnie rozumiane kwestie bezpieczeństwa. Tutaj Polska ma szansę na rolę lidera, odwrotnie niż w gronie państw E-6, z którymi Warszawa tak naprawdę ma niewiele wspólnego. Można zrozumieć niemieckie marzenia o powrocie do tanich rosyjskich surowców, jednak taki powrót zdecydowanie nie leży w polskim interesie. Pamiętajmy, że wojna na Ukrainie trwa i ciągle nie wiemy, jak się skończy.


Maria Przełomiec

Specjalizuje się w tematyce związanej z państwami byłego ZSRR; w latach 1990–2006 była korespondentem Sekcji Polskiej BBC, a w latach 2007–2023 prowadziła na antenie TVP Info program Studio Wschód; dziś publicystka „Gościa Niedzielnego”

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 8/2026