Szukając odpowiedzi na pytanie o przyszłość świata w tym czasie pełnym chaosu, nie sposób nie zacząć od słów św. Pawła z Pierwszego Listu do Koryntian: „Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy (...) Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno”. Faktycznie, poznajemy wyłącznie po części, z jakichś skrawków, choć problemem jest raczej ich nadmiar, a nie niedostatek. Mamy ułożyć układankę stu puzzli z kilku tysięcy kawałków. Większość z nich kompletnie do niej nie pasuje, ale są i takie, które wydają się częścią pożądanego obrazu, jednak nią nie są.
Z każdym dniem wyłania się nam jednak coraz wyraźniej obraz. Wciąż jest za mgłą, wciąż spora część jest przysłonięta, ale chyba da się już powiedzieć, co przedstawia. Nie da się oczywiście wykluczyć, że to, co zaczynamy widzieć, jest wyłącznie optycznym złudzeniem. Co zatem widzimy?
USA wycofują się z Europy
Koniec powojennego ładu międzynarodowego, którego symbolicznym elementem było NATO. Pierwszy sekretarz generalny Paktu Północnoatlantyckiego, lord Hastings Ismay, miał powiedzieć, że cel tej instytucji oddaje maksyma: „to keep the Russians out, the Americans in, and the Germans down”. W wolnym tłumaczeniu, zadaniem NATO powinno być zatem trzymanie Rosjan z daleka od Europy, Amerykanów w Europie, a Niemców pod kontrolą.
Wydarzenia ostatnich dni pokazują, że wszystkie trzy elementy tej quasi-definicji zdają się podważone. Po pierwsze, Amerykanie wysyłają nader wyraźne sygnały resetu z Rosją, który w praktyce będzie oznaczać poświęcenie Ukrainy. Zakończenie wojny na rosyjskich warunkach stworzy przesłanki zachęcające Kreml do dalszych działań na kierunku europejskim – w najskromniejszym wydaniu mowa głównie o państwach bałtyckich. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują zatem, że rosyjska obecność wojskowa we wschodniej Europie umocni się.
Po drugie, z komunikatów wysyłanych przez Donalda Trumpa i jego otoczenie, zarówno wobec partnerów europejskich, jak i sojuszników w Azji (z wyjątkiem Bliskiego Wschodu), można wnioskować o realizacji składanych od dawna (przynajmniej wobec Starego Kontynentu) zapowiedzi wycofania amerykańskiej obecności wojskowej i parasola bezpieczeństwa. Nie jest chyba żadnym przypadkiem, że w rekordowo długim orędziu o stanie państwa prezydent USA w zasadzie kompletnie nie poruszył wątków międzynarodowych, skupiając się wyłącznie na sprawach wewnętrznych i najbliższym otoczeniu geograficznym (Kanał Panamski, Meksyk i Kanada, Grenlandia). Trump mówi to, czego oczekują amerykańscy wyborcy, a oni domagają się powrotu do izolacjonizmu i zakończenia epoki, w której ich kraj odgrywał rolę globalnego żandarma. To w jakimś sensie powrót do tradycji polityki zagranicznej USA, dla której okres globalnego zaangażowania lat 1945–2025 wydaje się dziś raczej wyjątkiem niż regułą. Podsumowując, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Amerykanie w sensie militarnym zwiną się z Eurazji.
Rewolucja w Niemczech. Koniec ery pacyfizmu
Po trzecie wreszcie, nowy niemiecki rząd, czytając sygnały o załamaniu się powojennego ładu międzynarodowego, opartego na amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa dla Europy, podjął w ubiegłym tygodniu bezprecedensową decyzję o zawieszeniu reguły wydatkowej, gwarantującej zbilansowanie federalnego budżetu, i przeznaczeniu sporych publicznych nakładów na wzmocnienie potencjału militarnego. Decyzja ta stanowi zakwestionowanie dwóch największych świętości niemieckiej polityki od momentu powstania Republiki Federalnej w 1949 roku – sztywnej kontroli wydatków publicznych oraz systemowego pacyfizmu. Już nawet podważenie jednej z tych świętości stanowiłoby sygnał, że dzieją się rzeczy istotne. Połączenie ich obu to znak, że mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją w niemieckim myśleniu. Nie twierdzę oczywiście, że mamy się w Polsce obawiać ducha pruskiego militaryzmu – ten został skutecznie zdławiony przez Amerykanów oraz politykę migracyjną. W tej decyzji widzę raczej wykorzystanie dobrego pretekstu do wpompowania miliardów euro w niemiecki przemysł, który znajduje się w bardzo złym położeniu, a po wprowadzeniu ceł przez USA będzie ono tylko gorsze.
Choć same struktury Paktu Północnoatlantyckiego mogą jeszcze trwać miesiącami, podobnie jak obecność wojsk amerykańskich, które będą najprawdopodobniej wycofywane stopniowo, to faktycznie NATO na naszych oczach dokonuje swojego żywota. Powyższe procesy już mają i w najbliższej przyszłości będą mieć fundamentalne znaczenie zarówno dla Ukrainy, ale także Polski i całej Unii Europejskiej (nie wspominając o świecie).
Dociskanie Ukrainy
Zacznijmy od Ukrainy. Choć taki scenariusz jeszcze kilka miesięcy temu wyglądał jak opowieść science-fiction, i to raczej niskich lotów, dziś prawdopodobnym scenariuszem rozwoju wypadków jest wymuszenie przez USA na Kijowie całkowitego wycofania się z czterech obwodów, które zostały formalnie anektowane przez Rosję w 2022 roku. Mowa tu o obwodach donieckim, ługańskim, chersońskim oraz zaporoskim, z Chersoniem i Zaporożem, które wciąż są w ukraińskich rękach. W zamian za oddanie tych ziem Ukraińcy będą musieli oddać (sic!) dochody z wydobycia surowców, byle tylko powstrzymać dalszą rosyjską ofensywę na nowej granicy rosyjsko-ukraińskiej oraz naloty, które nękają ten kraj od kilkudziesięciu miesięcy. No i dostać jakieś gwarancje bezpieczeństwa od USA, które jednak będą warte tyle, ile gwarancje udzielone afgańskiemu rządowi w 2017 roku. Rządowi, pozwalam sobie przypomnieć, który w sierpniu 2021 roku został obalony przez talibów.
Podkreślam – może prawdziwy przebieg wypadków nie będzie aż tak beznadziejny, ale trudno dziś doszukiwać się powodu do optymizmu. Amerykanie wstrzymali nie tylko dostawy sprzętu, ale także udostępnianie danych wywiadowczych. Choć prezydent Zełenski ukorzył się i wysłał ekspiacyjny list do Donalda Trumpa, nie zmieniło to realnie obrazu sytuacji, co tylko wzmacnia we mnie przekonanie o fasadowości spektaklu, który odbył się w Gabinecie Owalnym. Trump i Vance potrzebowali go, aby uzasadnić w oczach świata decyzję o wstrzymaniu pomocy dla Ukrainy. Naprawdę nie zdziwię się, gdyby 9 maja, w ramach obchodów Dnia Zwycięstwa, na moskiewskim Placu Czerwonym pojawił się amerykański prezydent niczym zbawca, który przyniósł pokój. Rosjanie potrafią godnie uhonorować człowieka, zwłaszcza kiedy ten lubi być chwalonym. To może być zresztą osobliwa „boska liturgia”, okraszona elementami chrześcijańskiej obrzędowości, do której zarówno Donald Trump czy JD Vance, jak również Władimir Putin, lubią się odwoływać. Czy jest bowiem na świecie ktoś, kto potrafiłby w deklaracjach troszczyć się o najważniejsze chrześcijańskie wartości, takie jak sprzeciw wobec homoseksualizmu, lepiej niż Trump i Putin? (Proszę wybaczyć ironię).
Czy Rosja wymusi wycofanie z Polski amerykańskich żołnierzy?
Pora na wnioski dla Polski. Wycofanie amerykańskich gwarancji w teorii oznacza realizację rosyjskich postulatów, zgłoszonych w grudniu 2021 roku przez szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa, oraz powrót do sytuacji sprzed 1997 roku, czyli podpisania Aktu Stanowiącego o podstawach wzajemnych stosunków, współpracy i bezpieczeństwa pomiędzy NATO i Rosją. W teorii, bo praktyka jest już nieco bardziej zniuansowana. Jeśli wierzyć w słowa Kremla, a nie widzę specjalnie powodów, aby tego nie robić, bo Rosjanie zwykle komunikują swoje oczekiwania w dość bezpośredni sposób, Polska ma być strefą buforową pomiędzy Rosją a Zachodem. W praktyce oznacza to brak sił amerykańskich na terytorium naszego kraju. Czy to oznacza, że Rosja planuje ofensywę na Polskę? Wydaje mi się to wciąż radykalnie mało prawdopodobne. Nie tylko dlatego, że nie wynika to z rosyjskiej doktryny. Ważniejszym argumentem jest stan rosyjskiej armii po trzech latach wojny na Ukrainie. To prawda, że wciąż może ona liczyć na zaciąg ochotników, bo premia finansowa za pójście na front, a szczególnie za śmierć, jest na tyle wysoka, że Rosjanie widzą interes w wysyłaniu swoich braci, mężów, ojców czy synów do wojska, choć nam może się to wydawać upiorne. Ważniejszy jest jednak stopień zużycia sprzętu wojskowego i zdolność do jego odtwarzania. Jeśli wierzyć analitykom, straty w tym obszarze sięgają 60 proc. stanów magazynowych, co realnie oznacza, że świecą one pustkami, bo to, co w nich zostało, zostało już „skanibalizowane” do remontów uzbrojenia wykorzystywanego na froncie. Nie jest absolutnie żadnym przypadkiem, że obecne straty ludzkie po stronie rosyjskiej są największe od początku wojny. Po prostu walczą sami ludzie, a nie sprzęt, którego brakuje.
Zdaję sobie sprawę, że po wprowadzeniu resetu Rosja może próbować szybko odbudować swój potencjał. Tyle że zajmie to sporo czasu, a co więcej – nie będzie to wcale takie proste bez kapitału, czyli inwestycji i technologii z Zachodu. Reset w polityce jest stosunkowo prosty, ale zachodnie firmy, których rosyjskie aktywa zostały w trakcie wojny znacjonalizowane, nie tak szybko wejdą drugi raz do tej samej rzeki. O ile w ogóle się na to zdecydują, patrząc z jednej strony na ryzyko, a z drugiej na potencjalne zyski, które raczej w zmilitaryzowanym społeczeństwie nie przyprawiają o zawrót głowy, delikatnie mówiąc.
To zresztą w moim odczuciu stanowi ważny argument za tezą, że wciąż to kapitalizm, a nie narodowe interesy, decydują o losach świata. Analogicznie bowiem postrzegam zmianę amerykańskiej polityki – jawi się ona bardziej jako pokłosie rywalizacji różnych elit i grup interesu. W miejsce lobby zbrojeniowego czy naftowego wchodzą giganci technologiczni i świat Wall Street, którzy już nie potrzebują tak silnego amerykańskiego zaangażowania militarnego w realnym świecie, bo swoje zyski realizują w rzeczywistości wirtualnej.
Bezpieczeństwo krajów bałtyckich jest w interesie Polski
Wracając jednak do sytuacji Polski, brak widma rosyjskich czołgów na przedpolach Warszawy wcale nie oznacza, że możemy być spokojni. Naszym głównym bólem głowy powinna być dziś sytuacja państwbałtyckich, które choć należą do NATO i UE, stanowiły część Związku Sowieckiego i zgodnie z doktryną Putina należą do tzw. rosyjskiego świata („russkij mir”). Ich położenie jest zupełnie nie do pozazdroszczenia, bo bez bardzo silnych gwarancji ze strony USA i największych europejskich państw ich niepodległość wisi na bardzo cienkim sznurku. Z naszej perspektywy wydłużenie granicy z Rosją od obwodu królewieckiego do Bieszczad to ogromny problem, wymuszałoby to na nas bowiem utrzymywanie w stałej gotowości ogromnych zdolności wojskowych, a to z kolei wprost przekładałoby się na sytuację gospodarczą i możliwości rozwojowe naszego państwa.
Dlatego powinny nas niepokoić wszelkie próby pomijania Litwy, Łotwy i Estonii w rozmowach o nowej, europejskiej architekturze bezpieczeństwa, nawet jeśli te rozmowy mają bardziej symboliczny niż rzeczywisty charakter. Z tej perspektywy brak zaproszenia dla przywódców tych państw na szczyt w Londynie musiał spotkać się ze zdecydowaną reakcją polskich władz, choć niestety tak się nie stało. Dobrze, że kilka dni później odbył się już „normalny” unijny szczyt, w którym uczestniczyły wszystkie państwa członkowskie. Pytanie, czy to wystarczy, jeśli faktycznie wojna na Ukrainie się zakończy, a Rosja będzie mogła przesunąc swoje siły na inny kierunek.
Skoro już wspomniałem o wymiarze unijnym, na sam koniec warto podkreślić, że to właśnie Unia staje się dla nas podstawowym punktem odniesienia. Mimo dzielących nas różnic interesów, w tym bardzo istotnych, takich jak percepcja zagrożenia płynącego ze strony Rosji, nie mamy dziś specjalnie alternatywy wobec wzmacniania naszego zakotwiczenia w strukturach europejskich. Nie będzie to jednak zadanie proste, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, takie zakotwiczenie będzie się wiązało z pewnymi kosztami, które niekoniecznie chcemy ponosić, jak choćby silniejszego uzależnienia od woli politycznej Paryża czy Berlina. Po drugie, społeczeństwa Europy Zachodniej, a co za tym idzie, także ich elity polityczne, niekoniecznie muszą być zainteresowane wzmacnianiem integracji z naszym regionem. To w naszym interesie jest uczynienie wszystkiego, aby ich przekonać, że nie tylko nie da się wzmocnić Europy bez nas, ale dodatkowo będą mieć z tego korzyści. A jednocześnie zapewnić sobie jakikolwiek wpływ na kształt decyzji podejmowych w tej nowej, „postamerykańskiej” Unii. Wpierw jednak cała klasa polityczna w Polsce musi porzucić nadzieję, że sojusz z USA jest dla nas ważniejszy niż integracja europejska.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!








